Reklama

Reklama

Śmierć w szpitalu: Przerażające, co dzieje się później

Na śmierć pacjenta każdy zapewne reaguje inaczej. Nie mogę się wypowiadać za wszystkich, ale mam pewne teorie wynikające z moich obserwacji. Jak zawsze wszystko zależy od ludzi. Od tego, jaki stosunek emocjonalny lekarz miał do chorego. Duże znaczenie ma też to, czy pacjent był uprzejmy, czy raczej chamski, czy witał się z uśmiechem, czy bezustannie narzekał. Absolutnie nie oznacza to, że komuś życzę śmierci (albo ktokolwiek z personelu medycznego). Wręcz przeciwnie, zawsze jak najlepiej wykonuję swoją pracę i każdemu staram się pomóc.

Reklama

Nie ma się co zastanawiać nad głębszym sensem relacji lekarz-pacjent. Czysto profesjonalne podejście eliminuje emocje i nakazuje dystansować się wobec zgonu pacjenta. Smutek jest odczuciem, które bardzo rzadko towarzyszy tego typu sytuacjom. Ot, kolejny przypadek medyczny odszedł w zapomnienie. Nie rozpaczam, bo wbrew wszystkiemu pacjent to dla mnie obca osoba. Często brakuje mi czasu na nawiązanie bliższej czy dłuższej relacji z chorym. Dlaczego więc mam się zamartwić kimś, z kim nic mnie nie łączy? Zgoła odmienne zachowania prezentujemy my, lekarze, w przypadku sukcesów terapeutycznych - chwalimy się nimi, ociekamy dumą i czujemy się panami wszechświata.

Gdy staję w obliczu tragedii, takiej jak śmierć pacjenta, moją najczęstszą reakcją jest obojętność. Po prostu kolejna osoba, która pogorszyła statystyki na oddziale. Trochę - podobnie jak inni lekarze - żartuję z pielęgniarek, które czasami, jeszcze zanim pacjent wyzionie ducha, stoją z gromnicą przed salą i czekają na słowa: "Dajemy sobie spokój z dalszą reanimacją". Godzina zgonu: zapisane.

Wracam do gabinetu, wyciągam śniadanie i przy kawie wypełniam kartę zgonu, bo pewnie niedługo zgłosi się ktoś z rodziny. Czy się zastanawiam, kim ten ktoś był? Co robił? Mogę udzielić jednej odpowiedzi: NIE! Wypełniam kartę i najważniejsze staje się dla mnie znalezienie odpowiedniego kodu statystycznego, by NFZ uznał to w swoich statystykach i odpowiednio zaszeregował. Smutne? Nie do końca. Gdybyśmy my, lekarze, na każdy zgon reagowali emocjonalnie, powstałoby bardzo specyficzne bractwo wariatów w białych kitlach. Drastycznie wzrosłaby liczba osób wpadających w szpony nałogów oraz popełniających samobójstwo. Nie piętnujmy więc lekarza za to, że nie zapłakał nad zmarłym pacjentem. Uszanujmy, że każdy radzi sobie w takich sytuacjach na swój własny, sprawdzony sposób.

Wedle powszechnej opinii lekarze są pozbawienia emocji, zdemoralizowani i zatracili ludzką duszę. A to dlatego, że w dość luźny sposób podchodzą do śmierci. Przyznam szczerze, że sam wielokrotnie wraz z innymi żartowałem sobie w obliczu ludzkiej tragedii. Wiem jednak, że nie można mnie (ani innych) posądzać o złe intencje, brak emocji czy współczucia. Była to nasza odpowiedź na ogromny stres. Powtarzam: każdy ma prawo do przeżywania traumy na swój sposób, każdy inaczej walczy ze stresem i otaczającymi go namacalnymi dowodami kruchości ludzkiego życia. Jedni reagują śmiechem, inni zamykają się w sobie. Można się odwrócić plecami i udawać, że nic się nie stało. Można stanąć w milczeniu i się pomodlić. Można płakać, krzyczeć, panikować, a nawet się śmiać. Widziałem różne reakcje i nikomu nie mówię, co jest właściwe, a co nie. Nie oceniam, nie narzucam. To organizm w przypływie adrenaliny próbuje nas chronić przed negatywnymi emocjami lub smutkiem.

* Więcej o książce przeczytacie TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: zgon | szpital | kostnica

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje