Reklama

Reklama

Ratowali, bo tak było trzeba. Wiedzieli, że za pomoc Żydom grozi śmierć

Żydowskie rodziny mieszkające w getcie warszawskim w drodze na Umschlagplatz, 1942 rok /EAST NEWS/LASKI DIFFUSION /East News

Reklama

W okupowanej Polsce granica między śmiercią a życiem była wyjątkowo cienka. Rozstrzelanie albo szubienica groziły za przejaw współczucia, niewłaściwy wyraz twarzy albo radioodbiornik trzymany w domu, a co dopiero za ukrywanie Żydów. Zastraszyć albo przerobić na szmalcowników udało się wielu, ale nie brakowało tych, którzy uchylili Żydom drzwi. Chcieli zachować się przyzwoicie. Po ludzku. Bo tak było trzeba. - Prowadząc rozmowy ze Sprawiedliwymi, miałam niedosyt wielkich słów. Sądziłam, że padną jakieś deklaracje, zdania rozdzierające serce. Z tego przekonania bardzo szybko się wyleczyłam. Niczym mantrę, słyszałam słowa: Pomagaliśmy, bo wypadało, bo to byli nasi przyjaciele, a nawet przypadkowe osoby. Pani Jadwiga Wolf podkreślała, że jej rodzina nie mogła wyrzucić tych dwóch Żydówek za drzwi, bo doskonale wiedzieli, co się z nimi stanie - mówi Katarzyna Pruszkowska- Sokalla, współautorka książki "Ostatni Sprawiedliwi", napisanej z Anną Piątkowską.

***

By zrozumieć bohaterstwo Sprawiedliwych, trzeba nakreślić kontekst, w jakim przyszło im podjąć decyzję o pomocy Żydom. Nim do Polski wkroczyli Niemcy, obok siebie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy, a często też Rosjanie. Byli sąsiadami, prowadzili ze sobą interesy, a ich dzieci chodziły do jednej szkoły i nierzadko się ze sobą przyjaźniły. Ten obraz rozdarła wojna i działania Niemców, którzy zaczęli realizować plan zagłady Żydów i Polaków. Patrząc w tym świetle na postawę Sprawiedliwych, wymiar i ranga ich decyzji uderza jeszcze bardziej.

Reklama

***

Dominika Głowacka, Interia: Sprawiedliwi doskonale wiedzieli, że za pomoc Żydom grozi im śmierć.

Katarzyna Pruszkowska-Sokalla, współautorka "Ostatnich Sprawiedliwych": - Tak. W dodatku śmierć groziła nie tylko tej osobie, która podjęła decyzję o ukrywaniu Żydów, ale także jej najbliższym. Dorośli ryzykowali życiem swoich dzieci. To, co było dla mnie bardzo uderzające, to fakt, że chęć pomocy drugiemu człowiekowi, była u nich może nie mocniejsza, ale równie silna jak potrzeba opieki nad własnym dzieckiem.

Tak było m.in. w przypadku pani Teresy Dietrich.

- Jej mama podjęła decyzję o ukrywaniu swoich przedwojennych przyjaciół niejako na złość Niemcom, którzy zabili jej męża. Podobnie było w przypadku pana Witolda. Po śmierci i pochowaniu jego ojca, matka zadecydowała, że przyjmie żydowskiego chłopca, czym naraziła nie tylko siebie, ale także trzech swoich synów. Moi rozmówcy nie uznawali się za bohaterów, ale ja uważam, że nimi byli. 

Często podkreślali bohaterstwo swoich rodziców. "Moja mamusia była najodważniejsza" - powtarzała często pani Alicja Schnepf. Podobnie zresztą jak pani Teresa. Dlaczego nie dostrzegali go w sobie?

- Być może dlatego, że większość z nich w czasie wojny była dziećmi albo nastolatkami i wiedzieli, że to nie oni bezpośrednio podejmowali decyzję o pomaganiu. Osobiście uważam, że zasłużyli na medale, bo aktywnie uczestniczyli w ukrywaniu i pomocy Żydom. Pani Irena nosiła codziennie jedzenie ukrywającej się rodzinie i czytała żydowskiemu chłopcu bajki na strychu. Dokładnie wiedziała, w czym uczestniczy. Jej młodsze siostry nie były dopuszczone do tajemnicy, ale ona ją znała.

Z zagrożenia i powagi sytuacji zdawała sobie też sprawę pani Alicja.

- Dokładnie tak. Doskonale wiedziała, że jeśli podczas powtarzających się ciągle rewizji otworzy drzwi, to wszyscy trafią pod ścianę i zostaną rozstrzelani. Myślała o tym, że jej mama wróci z pracy, a rodziny nie będzie. Dlatego zaczęła kombinować,  co zrobić, żeby nie otwierać tych drzwi i przeżyć. Po rozmowach ze Sprawiedliwymi mam też wrażenie, że przez to, że sądzili, że to nie oni podjęli decyzję, to nie na nich spoczywa główna odpowiedzialność. Musieli się jakoś odnaleźć w nowej, wojennej rzeczywistości. Nagle okazało się, że żydowskich uczniów się dyskryminuje, wyrzuca ze szkoły, zamyka w gettach i zakłada opaski, a w końcu wywozi do obozów.

Niewykluczone, że do poczucia się bohaterami Sprawiedliwi musieli dojrzeć. Po latach dotarło do nich, czego dokonali. Pani Alicja, już jako dorosła osoba, wzięła kartkę i zaczęła podsumowywać: przeprowadziłam przez całe miasto żydowskie dziecko, chroniłam podczas rewizji, dzieliłam się jedzeniem, itd. Do podobnych wniosków dochodzili, często nie wprost, pozostali.

- Tak, zgadzam się z tym, że potrzebowali czasu. Z moich rozmów wynika, że zaraz po wojnie do tematu pomocy Żydom nie wracali, bo się po prostu bali. Nie wykluczali, że za rok czy za dwa nastąpi kolejna wojna. Woleli może nie zapomnieć, ale zająć się życiem bieżącym. Zwłaszcza, że trzeba było zaczynać wszystko od początku. Trauma była mniejsza lub większa, ale była. W większości rodzin kogoś zabrakło - mamy, taty, rodzeństwa. Poza tym w moich rozmówcach była bardzo silna chęć kształcenia się. O powrocie do szkoły marzył między innymi pan Tadeusz.

Nie bez znaczenia jest też to, że nie były to wygodne tematy.

- Pani Mirka często wspominała w rozmowach historię kobiety z Nowej Huty, która pomagała w czasie wojny Żydom, a Polacy wytykali jej, że byłą "żydowską służką". Dopiero z czasem wątek zaczął się znowu przewijać. Niektóre osoby, jak Pan Witold Lisowski, już w latach siedemdziesiątych przyznawały się publicznie do tego, że w czasie wojny ukrywały Żydów, inni dopiero w latach dziewięćdziesiątych, gdy zaczęło się przyznawanie medali Sprawiedliwym. Zgadzam się z tobą, że troska o codzienność musiała wybrzmieć. Dopiero kolejne lata i całościowe refleksje nad życiem spowodowały, że wspomnienia wróciły.

Pojawiła się przestrzeń w głowie, ale i przestrzeń społeczna do tego, aby o Sprawiedliwych zacząć mówić.

- Osobiście jest mi bardzo przykro, że taka książka nie mogła powstać na przykład dziesięć lat wcześniej, bo żyłoby znacznie więcej osób i można by było spisać cztery tomy wspomnień.

Tylko wtedy nie wszyscy na mówienie o okrucieństwie wojny i pomocy Żydom byli gotowi.

- Otóż to. Pani Teresa powiedziała mi wprost, że wcześniej nie zgodziłaby się na tego typu rozmowę. Dopiero po dziewięćdziesiątce pojawiła się u niej potrzeba podsumowania swojego życia. Już od początku naszej znajomości podkreślała, że chce się rozliczyć z przeszłością i zaznaczała, że teraz już niczego ani nikogo się nie boi.

Sprawiedliwi musieli poradzić sobie z wieloma traumami. Także tymi osobistymi. Pani Łucja straciła podczas wojny rodzeństwo. Jej siostra po wyczerpującym marszu i po tym, jak na jej oczach Niemcy zabili przyjaciółkę, zmarła na zapalenie stawów. Brat został rozstrzelany w Katyniu. Mimo okrucieństwa panującego wokół pomagali nadal, bo uważali, że trzeba zachować się godnie. Po ludzku. Pan Józef, który wciągnął do pracy w fabryce 30 Żydów, negocjował w ich sprawie z esesmanami. To była wielka odwaga, którą tłumaczyli zwykłą przyzwoitością.

- Prowadząc rozmowy ze Sprawiedliwymi, miałam niedosyt wielkich słów. Sądziłam, że padną  jakieś deklaracje, zdania rozdzierające serce. Z tego przekonania bardzo szybko się wyleczyłam. Niczym mantrę, słyszałam słowa, które cytowałaś: Pomagaliśmy, bo wypadało, bo to byli nasi przyjaciele, a nawet - jak w przypadku pani Jadwigi Wolf - przypadkowe osoby. Pani Jadwiga podkreślała, że jej rodzina nie mogła wyrzucić za drzwi tych dwóch Żydówek, bo doskonale wiedzieli, co się z nimi stanie.

Czasem pomagał aryjski wygląd.

- Tak. Osoby pochodzenia żydowskiego z naturalnie jasną cerą i włosami, mogły poradzić sobie znacznie lepiej od tych z typowo semicką urodą. Ci drudzy, nawet jeśli zdobyli odpowiednie papiery, byli szybko identyfikowani i poza  kryjówkami mieli niewielkie szanse na przeżycie. Dlatego Polacy często pomagali z poczucia sympatii i świadomości zagrożenia. Decyzje często podejmowano na szybko. Bo tak było trzeba.

Niektórzy powoływali się na religię.

- Pan Tadeusz mocno podkreślał, że chrześcijaństwo wpłynęło i zdeterminowało ich sposób postrzegania świata. Ale dla niektórych - na przykład dla Pani Teresy Dietrich - Bóg nie był stroną i bardzo zezłościło ją  pytanie o to, gdzie był podczas wojny. Stała na stanowisku, że nie wolno mieszać spraw, bo to nie Bóg budował obozy koncentracyjne i to nie on zabijał ludzi na ulicy. Robili to ludzie. Nie zmienia to jednak faktu, że wiara w Boga była dla nich ważna.

Pani Łucja Jurczak przywołuje jeszcze inny, kluczowy motyw i bodziec do pomagania. Mówiła o tym wprost, wskazując, że rodzicie ratowali Bellę z miłości do niej, bo ona się z nią przyjaźniła.

- To piękna historia przyjaźni dwóch dziewczynek - polskiego i żydowskiego pochodzenia. Bella trafiła do getta, a pani Łucja ją wypatrzyła za murem i tak długo prosiła rodziców, żeby jej pomogli, aż się zgodzili.

Miłość do dziecka zwyciężyła.

- Mimo że byli w bardzo trudnej sytuacji. Pani Łucja wiedziała, że naraziła całą rodzinę na śmierć. Pytałam ją o to.

Istotne jest w tej historii także to, że sama, będąc dzieckiem, Bellę z getta wyprowadziła. Od śmierci uratowała je burza.

- Po tej książce zaczęłam widzieć, że w ogromnej liczbie o przeżyciu decydował przypadek, korzystny zbieg okoliczności, albo tak zwana dobra czy szczęśliwa gwiazda. Ktoś się spóźnił, został w getcie albo uciekł. Czasami burza sprawiała, że przeszłaś przez miasto niezauważona i przeżyłaś.

O życiu często decydował przypadek, a z drugiej strony  można było wpaść w ręce okrutnika, jakim był żandarm Franek, o którym wspominała w detalach pani Łucja. Wyróżniał się nietuzinkową urodą, a przy tym był morderczo precyzyjny w rozpoznawaniu Żydów. Najbardziej radowały go śpiewające dziewczynki, do których strzelał, po czym jak gdyby nigdy nic jadł śniadanie.

- Ci okrutnicy są doskonałym kontrastem dla tych, którzy za wszelką cenę pomagali. Chcę też zaznaczyć, że ta książka wyleczyła mnie z ogólnych prawd i mówienia o grupie ludzi. Do każdej historii trzeba podejść indywidualnie, bo to nie były czarno-białe sytuacje. Zdarzały się na kartach naszej historii wątki, które są nie do usprawiedliwienia.

Masz na myśli między innymi pogrom kielecki w 1946 roku.

- Tak. Rozmawiałam kiedyś z lekarzem, panem Leonem Weintraubem, który był w getcie w Łodzi. Dzięki szczęśliwej gwieździe przeżył kilka obozów, a w 1969 roku został wyrzucony z Polski. Wielokrotnie zaznaczał, że najbardziej adekwatne słowo w kontekście Holocaustu to pojednanie. Wybaczenie i zapomnienie  to określenia niewłaściwe. Mimo że były to czasy mocno niejednoznaczne, moralność - czego dowodzą bohaterowie książki - nie została zawieszona.

Haniebnych zachowań dopuszczali się zdaniem twoich rozmówców źli ludzie.

- Tak, a dobrzy ratowali. Chociaż, powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze się to udawało. Mimo podejmowanych prób. Pan Tadeusz Stankiewicz, który przywołał w swoich wspomnieniach  historię Żydów pomordowanych w bunkrze, płakał podczas rozmowy. Nawet po latach nie mógł się pogodzić z tą stratą. Wciąż zadawał sobie pytanie, dlaczego - mimo doskonałej kryjówki - ci ludzie musieli zginąć.

O wielu próbach ratunku nigdy się już nie dowiemy.

- Tak, bo ci ludzie nie żyją.

Przywołałaś w swojej wypowiedzi historię pana Tadeusza. Gdyby nie profesja ojca, wielu Żydów nie udałoby się im uratować. To, co działo się na podwórku, musiało mocno wpłynąć na psychikę kilkuletniego chłopca i ukształtować jego dorosłe życie. A już na pewno moralny kościec.

- Z pewnością. Chociaż wszędzie tam, gdzie rodzice mogli chronić dzieci przed aktywnym uczestnictwem w wojennych wydarzeniach, w próbach ratunku, robili to. W domu pani Ireny nie wszystkie dzieci były świadome tego, co tak naprawdę się dzieje. Z kolei w przypadku pani Alicji, pani Teresy, czy pani Mirosławy o jakiejkolwiek ochronie nie mogło być mowy, bo wszyscy mieszkali na w jednym mieszkaniu. Wojna sprawiła, że musieli wydorośleć z dnia na dzień, być uważnymi i zdawać sobie sprawę z wielu zagrożeń.

Dając świadectwo, opierają się wyłącznie na swoich wspomnieniach.

- To jest świadomy zabieg tej książki, że bazujemy wyłącznie na opowieściach i świadectwach tych ludzi, dlatego na część pytań możemy nie uzyskać odpowiedzi.

Wychowanie odegrało fundamentalną rolę.

- Bezsprzecznie. Pan Witold i jego bracia, wychowani przez ojca legionistę w duchu wielkiego patriotyzmu, wpłynęli na matkę, która zdecydowała się przyjąć żydowskiego chłopczyka pod swój dach. Tata by go przyjął - powtarzali. Rodzicie dali sprawiedliwym przykład odwagi, niezłomności i nieprawdopodobnego altruizmu. Nad książką pracowałam, gdy byłam w ciąży i trudno mi sobie wyobrazić, że można narażać życie własnych dzieci i jednocześnie starać się, aby wszystkie te rodzone jak i zaopiekowane wyszły z wojny bez szwanku.

Altruizm rodziców Sprawiedliwych sięgał o wiele dalej. Ojciec pana Tadeusza, który był aktywnym działaczem Armii Krajowej, został po wojnie porwany i bestialsko zabity. Opis jego śmierci - obok wszystkich przerażających obrazów Holocaustu - należy do najbardziej drastycznych w tej książce.

- To bardzo tragiczna sprawa. Ojciec pana Tadeusza nie zginął w śledztwie, jak chciano utrzymywać, ale został bestialsko zamordowany. Tę wersję potwierdził zresztą po latach świadek. Podczas przesłuchania został wyrzucony przez okno i zginął na miejscu. Rodzina była przez lata okłamywana. Pan Tadeusz drążył temat i próbował dowiedzieć się, gdzie ojciec został pochowany. Niestety, do dziś nie udało się tego ustalić. Pewnie dlatego w jego przypadku, podobnie jak u pani Teresy, znacznie trudniej było rozmawiać o ojcu niż o ukrywaniu Żydów. Ojciec pani Teresy również działał w AK, został aresztowany w 1940 roku i zginął w obozie w Oświęcimiu. Matka do końca życia się z tym nie pogodziła.

Ale też nie odmówiła pomocy i śmierć męża w kontekście ratowania Żydów odegrała kluczowe znaczenie.

- Z pewnością. Nie dowiemy się nigdy, czy podjęłaby taką samą decyzję, gdyby mąż nie zginął. Podejrzewam, że tak. Pomaganie żydowskim dzieciom byłą formą oporu wobec Niemców, którzy zabili jej męża i niszczyli Polskę.

Jednocześnie była zdolna do ludzkich uczuć, także wobec nich.

- Otworzyła drzwi niemieckiemu żołnierzowi, który usłyszał jak jej córka gra na pianinie. Sam na nim później zagrał, a na drugi dzień przyniósł nuty, bo podejrzewał, że z nich już nigdy nie skorzysta. Pani Teresa do tej historii po latach wracała z sentymentem, bo doskonale wiedziała, że Niemcy pod koniec działań na wojnę wysyłali wszystkich, osoby starsze i kalekie, które poglądowo mogły nie mieć nic wspólnego z tym, co się działo.

Polacy pomagali nie tylko Żydom, ale Rosjanom, Ukraińcom czy Niemcom. Sprawiedliwi wielokrotnie to podkreślali.

- Nie raz, nie dwa powtarzali w rozmowach, że się "uczepiłam Żydów", a oni pomagali ludziom, sąsiadom, często swoim przyjaciołom.

Myślę, że chcieli też dać opór okrucieństwu, które widzieli na co dzień i dążyli do prawdy o tych czasach. Wskazywali, kto mordował w obozach.

- Jeden ze Sprawiedliwych, Leszek Mikołajków, wyraźnie zaznaczył, że nie godzi się z tezą, że Holocaustu dopuściły się hitlerowskie Niemcy czy naziści. To byli Niemcy, którzy przyjęli ideologię zakładającą zniszczenie drugiego człowieka.

Książka "Ostatni sprawiedliwi" opowiada także o wyjątkowo dzielnych kobietach. "Mamusia była z nas najodważniejsza. Gdy Lusia zapukała do naszych drzwi, ona ani przez chwilę się nie zawahała, tylko ją przyjęła - powtarzała pani Teresa.

- Nie wiem, skąd brała się ich dzielność, bo faktycznie były bohaterkami.  W większości przypadków to one podejmowały decyzję o pomocy Żydom i jednocześnie zmagały się z osobistymi traumami. Mama pani Alicji, po tym jak na Krakowskim Przedmieściu zginął jej mąż, codziennie chodziła tam i czekała, aż odkopią jego ciało. Mnie coś takiego trudno sobie wyobrazić. Mimo traum, musiała zapewnić byt swoim córkom, dlatego zajęła się handlem i jeździła za Bug, a potem pracowała na stołówce. Zresztą dzięki tej pracy mogła wyżywić swoje i żydowskie dzieci. Z kolei mama pani Mirosławy robiła w domu elementy dekoracyjne, które potem sprzedawała. Wszystkie te kobiety trzymały w ryzach dom, były ostoją dla swoich dzieci i stały się przybranymi mamami dla dzieci żydowskich. Były bardzo twarde i nie analizowały sytuacji tylko od razu działały. Brały się z życiem za bary i nie myślały o tym, co może się stać.

Znaczenie odgrywało też to, że po prostu były matkami i doskonale wiedziały, że dla tych żydowskich dzieci są ostatnią deską ratunku. Więzi, które zawiązały z tymi rodzinami, przetrwały próbę czasu.

- We wszystkich tych historiach bardzo tragiczne jest dla mnie to, że ci ludzie ze względów politycznych na wiele lat tracili ze sobą kontakt. Dla Sprawiedliwych było to wyjątkowo bolesne. Brat pana Witolda już na łożu śmierci, powtarzał: "Zobacz, "Dudek" o nas zapomniał." Umarł w przekonaniu, że tym podyktowane było milczenie. Tymczasem, kiedy tylko pojawiła się możliwość, pod koniec lat osiemdziesiątych, "Dudek" dał o sobie znać natychmiast. Mało tego, gdy upewnił się, że nie zaszkodzi panu Witoldowi, przyleciał do Polski w kilka dni, podekscytowany, że może się z nim spotkać. Wielka szkoda, że odnowienie tej ogromnej przyjaźni mogło nastąpić dopiero po 40 latach.

Mamy też do czynienia z przypadkami absolutnie niezrozumiałymi. W książce została ukazana bardzo poruszająca historia pani Jadwigi, która straciła podczas wojny siostrę i uratowała wspólnie z rodzicami dwie Żydówki. Te kobiety pojawiły się w ich domu z polecenia, a po wojnie nie kwapiły się do tego, żeby okazać swoją wdzięczność za ocalenie.

- Ta historia jest bardzo trudna dla całej rodziny pani Jadwigi. Po wojnie, kiedy pojawiły się prośby o składanie oświadczeń, te dwie panie kategorycznie odmówiły ich podpisania. Nie chciały nawet wspominać o otrzymanym wsparciu. Załatwił tę sprawę pan Grynberg. Wiązało się to z drobną pomocą materialną.

 Pan Grynberg też nie chciał wracać do tej historii.

- Tak, a pani Jadwiga podkreślała, że zależało jej bardzo na tym, żeby mama usłyszała dziękuję. Z drugiej strony wiem, że te Żydówki nie były w komfortowej sytuacji. Często oczekujemy od ludzi, którym pomagamy, skrajnej wdzięczności. Powtarzam, że ta książka oduczyła mnie łatwego oceniania. Już nigdy nie dowiemy się, dlaczego tak postąpiły.

Ktoś dokonywał wyboru, że ratuje, a inny się odcinał i znikał.

- Tak i uważam, że każdy miał prawo do swojego wyboru, nawet jeśli zostawił po sobie smutek i żal.

W tych czasach nic nie było czarno-białe, jak my byśmy chcieli to teraz widzieć. Trzeba jednak pamiętać, że rodzina pani Jadwigi zdecydowała się na pomoc, mimo że poniosła ogromną osobistą stratę. Na rękach pani Jadwigi od kul umarła jej siostra Wanda. Ona sama była sanitariuszką. Codziennie patrzyła na śmierć. Choćby ze względu na to zasłużyła na zwykłe dziękuję.

- Trzeba pamiętać, że Sprawiedliwi przez lata byli niedostrzegani. Żyli w strachu, że to się wyda. Nie wiedzieli, co powiedzą sąsiedzi. Pani Teresa zaznaczała, że Polacy nie patrzyli przychylnym okiem na Żydów powracających do swoich mieszkań, bo często zostawiali coś na przechowanie i trzeba było się tłumaczyć, dlaczego już tego nie ma. Ją to bardzo bolało. Podczas gdy oni zrobili wszystko, żeby ocalić swoich przyjaciół, innych martwiło to, że będą musieli zwrócić mieszkania. Chociażby z tego powodu oni sami, jak i ich rodziny zasługują na dostrzeżenie. Nie chodzi mi wcale o budowanie pomników. Sprawiedliwym należy się szacunek i miejsce na kartach historii. Za to, że pomagali i ocalali życie innym.

Historią można manipulować niezwykle łatwo, co pokazuje m.in. obecna propaganda Władimira Putina, dlatego gdy w Polsce pojawiły się głosy, że Żydów mordowali Polacy a nie Niemcy, pan Witold podjął decyzję, że spisze swoje świadectwo pomocy. "Dudkowi", którego ocalił od śmierci, pokazał z kolei, że nieprawdą jest, iż wszyscy Polacy nienawidzą Żydów.

- Zorganizował spontaniczną akcję odwiedzania znajomych. Tą akcją Dudka bardzo wzruszył. Pokazał mu, że w Polsce wciąż mieszkają ludzie, którzy Dudka Inwentarza traktują jak brata i dobrze o nim myślą. Zresztą panowie mieli takie plany, że zbudują obok siebie domy. "Dudek" chciał do Polski wrócić. Niestety, plany przerwała śmierć.

Do Polski przyjechał też wnuk "Dudka", który chciał zobaczyć miejsca, w których ukrywał się dziadek. Bardzo to przeżył.

- To prawda. Po obu stronach nie brakowało wzruszeń i łez.

"Ktokolwiek, chce uznać Polaków za antysemitów, jest głupcem" - mówił pan Witold, gdy po publicznych podziękowaniach wnuka "Dudka" za pomoc w sali wykładowej ludzi bili brawo. Wiedział też, że jego wystąpienie w mundurze na rocznicy powstania w getcie warszawskim zakończy się sankcjami.

- To jest człowiek bardzo honorowy. Pięknie wypowiadał się o swojej mamie. Przez całe życie daje świadectwo tamtych wydarzeń. Zorganizował też spotkania młodzieży ze Sprawiedliwymi. Zadaniem młodych było spisanie tych historii. Owocem konkursu była książka "Gdy otworzyliśmy drzwi". Swoją drogą myślę, że to najlepszy sposób uczenia się historii. Mocno wierzę w siłę opowieści.  "Ostatni Sprawiedliwi" to opowieści ludzi, którzy byli uczestnikami tych zdarzeń. Myśmy ich tylko wysłuchały i nadały pewien kształt.

Przekaz świadka historii najlepiej trafia do młodych.

- Tak. To fantastyczne, że dzieciaki tych opowieści wysłuchały i mogły je opowiedzieć własnymi słowami. Jeśli u kogoś kiedyś pojawi się pokusa, żeby przedstawić im przekaz niezgodny z prawdą historyczną, będzie ich trudno do niego przekonać. Nie ma lepszego sposobu na uczenie się historii niż spotkanie się z kimś, kto to jeszcze pamięta.

W gronie twoich bohaterów była osoba, która decyzję o pomocy Żydom podjęła samodzielnie. To pan Józef Walaszczyk.

- Pan Walaszczyk tym różni się od pozostałych moich bohaterów, że rozpoczął wojnę jako człowiek dorosły. Dyrektor majątku dał mu zupełnie wolną rękę, jeśli chodzi o sprawę Żydów pracujących w fabryce. Zatem od niego -  w przeciwieństwie do innych bohaterów, którzy w czasie wojny mieli po 8-9 lat, bardzo wiele zależało. Sam podjął decyzję o pomaganiu. Żydzi, którzy dzięki niemu przez pewien czas pracowali w fabryce, mieli zapewnione dobre warunki.  Niestety, esesman, z którym Pan Józef negocjował i brał łapówki, został odwołany do Berlina, a następca już nie był tak przychylny.

Nim w fabryce pojawili się Niemcy, zdążył ostrzec o niebezpieczeństwie.

- Część zatrudnionych tam Żydów zdążyła uciec. Ci, którzy nie uwierzyli, że zagraża im niebezpieczeństwo, zostali złapani. Nie zmienia to faktu, że panu Józefowi udało się zorganizować pomoc na szeroką skalę. Podobnie zresztą jak ojcu panu Tadeusza, który wpadł na pomysł z komandem leśnym. Dzięki temu Żydzi mieli szansę na zarobienie pieniędzy na jedzenie.

Pan Józef, kierując się chęcią pomocy, zawarł też fikcyjne małżeństwo z Żydówką Ireną.

- Tak. Papiery musiały się zgadzać. Potem żonę także ukrywał, co wcale łatwe nie było, bo Irena często ryzykowała, chodząc na spotkania i spacery.

A on ją ratował z opresji i wykupywał...

- Irena miała fantazję i charakterek. Ryzykowała, ale chciała żyć i była młoda. Argument młodości przywoływała zresztą w swoich opowieściach pani Teresa. Zawsze mi powtarzała: "Dziecko, myśmy wtedy byli młodzi, a młodość to zupełnie inny stan ducha". Było ciemno i przejmująco zimno, ale jeśli tyko się dało, śpiewali piosenki. Wojenna zawierucha nie zabiła w nich radości życia, co nam się dziś może wydawać dziwne.

Irena miała charakterek, ale pan Józef pokorą też nie grzeszył. Słynna przejażdżka skradzionym esesmanowi kabrioletem dowodzi, że miał ułańską fantazję. Przy tym był odważny, miał posłuch u ludzi i precyzyjnie definiował świństwo.

- Absolutnie. To był naturalny lider. W rozmowach nieraz podkreślał, że nigdy się nikogo nie radził. Obmyślał plan i działał. Samodzielnie podejmował decyzje. Ożenił się z Ireną, mimo że nie było to w smak jego matce. Ona bardzo się o niego martwiła.

Szczęśliwa gwiazda, o której wspominał, mu pomagała. Dwa razy uciekał z obozu, był też zakładnikiem z powodu Ireny.

- Pan Józef mówił o szczęśliwej gwieździe, inni mówili o Opatrzności, a moim zdaniem swoją rolę odegrał także przypadek i odwaga często granicząca z brawurą, niemal celowym pakowaniem się w problemy. Dziś wydaje się to nie do pomyślenia, bo wiedziemy bardzo przewidywalne życie. Budzimy się rano i  idziemy do pracy. Oczywiście, możemy mieć po drodze wypadek, ale najczęściej do tego domu wracamy. W trakcie wojny już tej pewności nie było. Zawsze mogła zdarzyć się łapanka, a dzieci pozostawione w domu mogły nie przeżyć po donosie.

Niczym bumerang powraca też pytanie o to, gdzie był w tym czasie Bóg.

- Pytanie o obecność Boga jest jednym z najboleśniejszych, jakie po wojnie zadawali sobie Żydzi. Część z nich była bardzo ortodoksyjna. Mocno trzymali się zasad wynikających z Tory. Nagle spadło na nich Szoa, kompletna anihilacja narodu w cierpieniu, które jest momentami niewyobrażalne. Często używamy słów, które są kompletnie nieadekwatne do przeżyć tych ludzi. Wszyscy wiemy,  co się wiąże z uduszeniem. To jest męczarnia. Są opowieści, z których wynika, że matki w naturalnym odruchu chciały w obozach ratować dzieci metodą usta-usta, a zaraz potem ginęły. Nie dysponujemy określeniami, które oddadzą to, co się stało. W tym kontekście odpowiedź, której udzieliła pani Teresa, jest najrozsądniejsza dla osoby wierzącej. Osoba niewierząca nie będzie miała tego dylematu. Zabijali ludzie, a nie Bóg.

Szewach Weiss powiedział, że Bóg był w sercach Sprawiedliwych

- Bo gdzie indziej miałby być. Ja również uważam, że nie miał z tym nic wspólnego.

Sprawiedliwym bardzo zależało na pamięci. Co wynieśliśmy z tej traumy i świadectw bycia człowiekiem? Czy to, co zrobili dla innych i czego nas nauczyli, przekujemy w dobro?

- Uważam, że Sprawiedliwi celowo nie dali nam żadnej lekcji, bo podejmując decyzję między 1939 a 1945 rokiem nie wiedzieli, czy świat będzie nadal istniał.

Wiem, że książkę pisałaś między innymi z myślą o dzieciach.

- Pomysł na książkę wziął się stąd, że moja koleżanka Monika Szubrycht była ze swoją córką na spotkaniu z panią Marią Nowak. Jej córka była pod ogromnym wrażeniem świadka historii i stwierdziła, że dobrze byłoby poczytać o Sprawiedliwych. W 2016 roku jeszcze takiej publikacji nie było i pomyślałam, że dobrze byłoby te historie opowiedzieć ustami tych, którzy to widzieli na własne oczy. Z myślą o dzieciach, żeby miały historię z pierwszej ręki. Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy ta książka niesie za sobą jakieś przesłanie, czy to są to dla niego tylko wzruszające historie. Bardzo bym tylko chciała, żeby egzemplarze tych książek trafiły do szkolnych bibliotek. Mam też nadzieję, że uda się zrealizować projekt, który zakłada stworzenie książki o Sprawiedliwych adresowanej do dzieci. Uważam, że one wyciągną z tych historii najwięcej, bo nie są zakrzewione w żadnych ideologiach.

 ***

Tytułem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata uhonorowano 6992 Polaków. Wśród nich są bohaterowie tej książki. Uratowali kilkadziesiąt istnień. Sami nie uważają się za bohaterów.

***

Książka "Ostatni Sprawiedliwi", autorstwa Anny Piątkowskiej i Katarzyny Pruszkowskiej-Sokalli ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje