Reklama

Reklama

Siedem wieków śmierci. Podróż przez życie. Opowieść lekarza medycyny sądowej

Książka "Siedem wieków śmierci. Podróż przez życie. Opowieść lekarza medycyny sądowej" Richarda Shepherda, znanego brytyjskiego patologa, to opowieść o zmarłych - ofiarach chorób, wypadków, morderstw. Autor, zaczynając od autopsji, opowiada o najbardziej interesujących przypadkach, nad którymi pracował w trakcie swojej kariery. Jednak w książce znalazło się coś jeszcze - jego własne świadectwo choroby, która, gdyby nie została wykryta w porę, mogłaby skończyć się śmiercią.

Richard Shepherd to wybitnylekarz medycyny sądowej, który całe życie spędził blisko zmarłych. Jak sam mówi: "Często mam dziwne wrażenie, że znam zmarłego. Oczywiście nie za jego życia, ale dzięki autobiografii zapisanej w jego ciele". Każda przeprowadzona przez niego autopsja to unikalne śledztwo, które nie tylko pozwala odkryć tajemnicę śmierci badanej osoby, ale również poznać, z czym się zmagała i czego doświadczała na różnych etapach życia.

Poniżej publikujemy fragment książki "Siedem wieków śmierci. Podróż przez życie. Opowieść lekarza medycyny sądowej", która ukaże się 10 listopada nakładem wydawnictwa Insignis Media:

Niedawno naprawiałem przeciek pod zlewozmywakiem w kuchni. Musiałem się położyć na plecach, żeby spojrzeć na rury z dołu. Zauważyłem, że trwało to nieco zbyt długo i wymagało kilku niezdarnych manewrów, a kiedy już byłem na podłodze, zrozumiałem, że popełniłem poważny błąd. Po wykonaniu pracy próbowałem wstać, ale mogłem to zrobić, jedynie przetaczając się na kolana, a potem wycofując mozolnie na czworakach, kroczek po kroczku.

Reklama

Wczoraj wieczorem chciałem otworzyć słoik. Moje palce - te, na których guzki Heberdena dwadzieścia lat temu wskazywały na wczesne zmiany artretyczne - odmówiły posłuszeństwa i nie chwyciły zakrętki wystarczająco mocno. Spociłem się i skląłem, ale nic nie pomogło. Na koniec wklinowałem wieczko pomiędzy skrzydło drzwi a futrynę i puściło. Po raz kolejny odkryłem, że mogę wydać swemu ciału polecenie, którego ono nie będzie w stanie wykonać.

A więc, pomyślałem, oto i on. Późny wiek starszy.

W ciągu ostatnich dwóch lat pogorszył się nie tylko stan moich stawów. Leczyłem się również na raka prostaty. To jednak bardzo częsta przypadłość. Kiedy szkoliłem się na patologa, w praktyce zawsze się okazywało, że jeśli się dobrze przyjrzeć, u co najmniej 80 proc. mężczyzn po osiemdziesiątce można w gruczole krokowym dostrzec ogniska komórek nowotworowych. Rzecz jasna, to źle, ale w większości przypadków są one tak nieszkodliwe, że rzadko bywają przyczyną śmierci. Zdarzają się jednak postacie bardziej agresywne: dokładny przebieg choroby może być określony genami.

U mojego ojca zdiagnozowano raka prostaty po sześćdziesiątce, a zmarł na niego, mając ponad osiemdziesiąt lat. Mój brat szczęśliwie wciąż ma się dobrze, chociaż u niego też po sześćdziesiątce znaleziono taki nowotwór. Naturalnie łudziłem się, że akurat ja będę w rodzinie tym jedynym mężczyzną, który na to nie cierpi. Dlatego unikałem testu na swoisty antygen gruczołu krokowego. Pewnego dnia wywiązała się u mnie infekcja - wyjątkowo bolesna, zwłaszcza przy oddawaniu moczu. Poszedłem do lekarza ogólnego. Myślałem, że antybiotyk, który mi przepisał, rozprawi się z zakażeniem w ciągu kilku dni. Tak się jednak nie stało.

 - Dziwne - stwierdził internista. - W moczu nie znaleziono bakterii. Trzeba powtórzyć badanie. Proszę zostawić próbkę, zanim pan pójdzie do domu.

Internista przepisał mi inny antybiotyk. Czułem się okropnie, dostałem gorączki i chciałem tylko, półprzytomny, zwinąć się w kłębek w łóżku. Poszedłem do lekarza po raz trzeci i dostałem antybiotyk będący odpowiednikiem domestosa - dopiero wtedy zapalenie gruczołu krokowego zaczęło ustępować. Gdy tylko poczułem się dobrze, skwapliwie zapomniałem o całym zdarzeniu.

Jednak trudności w zwalczeniu infekcji powinny działać jak czerwona flaga. Bardzo możliwe, że moja prostata wywiesiła właśnie wielki transparent z napisem: "Zbadaj mnie pod kątem nowotworu!". W szpitalu chcieli mi zrobić badania, lecz ja wolałem nie czytać transparentu. Pragnąłem żyć dalej i naprawdę nie miałem czasu na takie komplikacje jak rak, skoro czułem się dobrze.

Oczywiście zrobiono mi test na swoisty antygen gruczołu krokowego (z ang. PSA) i wynik był bardzo wysoki. To normalne po ostrej infekcji. Prostata, inaczej zwana sterczem lub gruczołem krokowym, jest wielkości orzecha włoskiego, a znajduje się za pęcherzem. Wytwarza jeden ze składników nasienia, niezbędnego do ejakulacji. I sperma, i mocz opuszczają ciało tą samą drogą. Działaniem prostaty steruje hormon - chodzi oczywiście o testosteron - i jak w przypadku wszystkich gruczołów oznacza to, że komórki regenerują się w szybkim tempie, a im szybsze tempo podziału komórek, tym szerzej otwarte drzwi do popełniania błędów. Rak zaś to jeden wielki błąd.

Niestety wysoki poziom PSA nie zmalał. Mój lekarz zdążył nabrać podejrzeń. Można by pomyśleć, że będę zachwycony jego troską, lecz ja z wielkim ociąganiem zgodziłem się na badanie rezonansem magnetycznym.

Wykazało ono, że owszem, mój gruczoł krokowy nie wygląda w porządku.

Pomyślałem: no oczywiście, po infekcji jest nieco poturbowany. Wszystko to było bardzo denerwujące. W końcu jednak zgodziłem się na biopsję.

Kiedy mi powiedziano, że mam raka, uświadomiłem sobie, że dotąd żyłem w raju głupców. Miałem nadzieję, że nowotwór mnie ominie. Nie chciałem mieć raka. Założyłem więc, że go nie będę miał. I nawet gdy wszystko na niego wskazywało, począwszy od infekcji, spokojnie płynąłem z prądem rzeki zwanej zaprzeczeniem.

Na tym etapie miałem irytująco wysoką punktację w skali Gleasona, za pomocą której określa się złośliwość rozrostu nowotworowego prostaty. Bada się to pod mikroskopem, sprawdzając stopień ograniczenia i zróżnicowania komórek w guzie. Początkowo skala była dziesięciopunktowa, ale została usprawniona i zredukowana, tak że obecnie zamyka się w widełkach od sześciu do dziewięciu punktów. Mój wynik wynosił siedem.

Siedem punktów w skali Gleasona jest równe nowotworowi o drugim (średnim) stopniu dojrzałości. Zatem stosunkowo łagodnemu i uleczalnemu, ale i tak lepszy byłby pierwszy stopień. Gdyby nie moja nieustępliwość, idiotyczna nadzieja i zaprzeczenie, przypuszczalnie wykryłbym tego raka w stopniu pierwszym.

Dostałem wybór między radioterapią a operacją. To znaczy, że ktoś w fartuchu i masce miał stać nade mną ze skalpelem, zupełnie jak ja nad zwłokami w prosektorium. Nie, dziękuję. Wybrałem radioterapię. Najpierw przeszedłem zabieg chirurgii jednodniowej - w moją prostatę zostały wbite naprowadzane komputerowo radioaktywne igły. Potem przez dwa tygodnie codziennie poddawałem się krótkiej radioterapii pod skomplikowanym aparatem rentgenowskim. Zamieniło się to niemal w towarzyskie posiedzenie ze szpitalną obsługą. To było dwa lata temu. Teraz czułem się zdrowy i wdzięczny za to, że państwowa służba zdrowia okazała więcej troski o mój dobrostan niż ja sam.

Zatem skoro to miałem za sobą, myślałem, że ruszam dalej z czyściutkim kontem zdrowotnym. Do czasu gdy... kilka miesięcy temu zobaczyłem krew na papierze toaletowym w ubikacji i zakląłem. Ojoj. Jakiś niechciany skutek uboczny radioterapii? Tym razem natychmiast przystąpiłem do działania.

Krwawienie okazało się nie powikłaniem po radioterapii, tylko oddzielnym problemem. Zlokalizowanym w jelitach. Z wdziękiem poddałem się upokarzającemu badaniu, jakim jest kolonoskopia. Znaleziono niezłośliwego polipa, ale ponieważ każdy przerost komórek może błyskawicznie stać się czymś paskudnym, usunięto mi go. Z zafascynowaniem oglądałem cały proces na ekranie. Kiedy chirurg zaznaczył wnętrze mojego jelita małym tatuażem, poczułem wręcz radość. Kolejna z małych zagadek życia rozwiązana. Od lat zastanawiałem się, czemu czasami znajduję w ludzkich jelitach takie małe niebieskie zaznaczenia. Jak się tam, u licha, znalazły? Teraz się dowiedziałem. Chirurg zaznacza miejsce wycięcia polipa na wypadek, gdyby w przyszłości doszło do kolejnych rozrostów tkanki.

Wolałbym tego nie przyznawać, ale odkąd osiągnąłem połowę siódmej dekady życia, musiałem przyjąć do wiadomości, że problemy zdrowotne zaczynają się u mnie nawarstwiać.

W pracy zawodowej nieraz widywałem ślady tego, jak ludzkie bestialstwo skierowane wobec bliźnich kumulowało się i powodowało trzaśnięcie na linii uskoku tektonicznego. Proces ten dokumentowałem u innych. Po trzęsieniu ziemi, kiedy zdiagnozowano u mnie zespół stresu pourazowego, poważnie rozważałem samobójstwo. Przedtem często stawałem nad ciałem kogoś, kto zmarł w ten sposób, i zastanawiałem się, jak ten ktoś mógł zadać takie cierpienie swym bliskim. Teraz nareszcie zrozumiałem, że w życiu potencjalnego samobójcy tak niewiele jest miejsca na coś poza jego własnym bólem, że może on nie być świadomy istnienia swoich bliskich. Kiedy rozmyślałem, czy się nie rzucić pod pociąg, ktoś powinien łagodnie zwrócić mi uwagę, że z mojego powodu maszynista będzie pogrążony w cierpieniu do końca życia. Zwyczajnie nie przyszło mi to do głowy, a przecież badałem wielu denatów, którzy zginęli w ten sposób, i wiem, jak odrażające są następstwa dla ciała samobójcy i oczywiście dla maszynisty. Świat przyszłego samobójcy jest bardzo zamknięty, a ja miałem to szczęście, że z czyjąś pomocą wydostałem się z powrotem do świata szczęśliwszego.

Najpierw pojawił się rak o niskim stopniu dojrzałości i łatwo uleczalny. Potem szybko zlikwidowany polip jelita. Następnie idiotyczny upadek z drabiny i wynikłe z niego wstrząśnienie mózgu. Postępujący artretyzm. Niedorzeczny flirt z alkoholem. A ostatnio badania wymagała torbiel na wątrobie. Recytuję tę listę z żalem, świadomy, że po sześćdziesięciu latach bardzo rzadkiego odwiedzania internisty wkraczam w etap nieuchronnego pogarszania się stanu zdrowia. Szeregu niedogodności. Mapy drogowej procesu starzenia się. Zwiastunów przyszłości. Gdyby dziesięć lat temu ktoś mi powiedział, że nazbieram taki bukiet małych nieszczęść, nie uwierzyłbym mu. Takie nagromadzenie jest zupełnie normalne w tym wieku. Nikt z nas jednak nie myśli, że przydarzy się to właśnie jemu.

Jeżeli sądzimy, że oszukamy starość, oszukujemy sami siebie. Niektórzy celebryci poświęcają długie godziny na próby zatrzymania młodości, wydają ogromne sumy na operacje plastyczne, lecz prawda jest taka, że instynktownie już na oko wyczuwamy ich wiek, ponieważ jest on w człowieka wpisany, bez względu na to, ile wysiłku włożymy w zacieranie dowodów. Skóra staje się mniej elastyczna i pomarszczona, na naszych dłoniach pojawiają się zmiany pigmentowe, tracimy owłosienie ciała i przypuszczalnie również włosy na głowie, często przybieramy na wadze, a nawet jeśli nie, tłuszcz przemieszcza się w inne partie ciała, przez co zmienia się nasza sylwetka, mięśnie wiotczeją, inaczej się poruszamy.

Wnętrze ciała jednak na pierwszy rzut oka wydaje się podobne do młodego organizmu. A jeżeli wystąpią jakieś zmiany, większość z nich jest opcjonalna. Ta wybrzuszona ściana tętnicy, która może lada chwila trzasnąć od nagromadzenia płytki i blaszki miażdżycowej blokującej naczynie: mogliśmy przecież odżywiać się zdrowiej, tyle że tego nie robiliśmy. Ta otłuszczona wątroba: mogliśmy pić mniej alkoholu, ale piliśmy sporo. Te szare, dziobate płuca: mogliśmy rzucić palenie, ale się nie postaraliśmy. Oczywiście wiele z tych rzeczy może być uwarukowanych genetycznie. Ale nie wszystkie. Teraz, kiedy jesteśmy bardzo starzy, historia naszego życia, nasze nawyki, zachowania, upodobania i niechęci są w nas zapisane - opowiadają o tym, jak żyliśmy, i przepowiadają, jak umrzemy.


INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje