Afrykanin

"To do Afryki nieustannie wracam, do swojej dziecięcej pamięci. Do źródła moich uczuć i decyzji. Świat się zmienia, to prawda, i ten chłopiec, który tam stoi pośród bezkresu wysokich traw, w gorącym podmuchu niosącym zapachy sawanny i przenikliwe odgłosy lasu, który czuje na wargach wilgoć nieba i chmur - jest ode mnie tak daleko, że żadna opowieść, żadna podróż nie pozwoli mi się z nim połączyć".

W autobiograficznej opowieści "Afrykanin" opublikowanej 11 marca 2003 roku Le Clezio opowiada z pasją o swoim dzieciństwie spędzonym w Afryce i fascynacji Czarnym Lądem. Opisuje szokujące wrażenie ze swojego pierwszego spotkania z ojcem, którego poznał mając osiem lat, gdy po zakończeniu drugiej wojny światowej dołączył do niego w Nigerii. Z zapamiętanych historii wyłania się nostalgiczny obraz dawnej, niemal baśniowej Afryki, nie dotkniętej jeszcze nieszczęściem bratobójczych wojen ani widmem zagłady wskutek rozprzestrzeniania się AIDS.

Reklama

Ta poetycka opowieść, naładowana ogromnym ładunkiem emocji, jest od dawna wyczekiwanym świadectwem, stanowi bowiem najbardziej osobisty tekst, jaki wyszedł spod pióra tegorocznego noblisty. Jest niewątpliwie kluczem do zrozumienia pisarza, jego światopoglądu i literackich wyborów.

Sporo miejsca poświęca Le Clezio niezwykłej postaci swojego ojca - tytułowego "Afrykanina" - który ponad dwadzieścia lat życia poświęcił Afryce. Poznał tam tysiące ludzi, wielu pomógł przyjść na świat, innym towarzyszył w ostatniej drodze. Był jedynym białym człowiekiem i jedynym lekarzem w regionie Cross River, leczył tubylców zajmując się dosłownie wszystkim - od odbierania porodów do przeprowadzania sekcji zwłok. A przy tym namiętnie fotografował, utrwalał swoją leicą miejsca i ludzi, żeby nic nie odeszło w zapomnienie.

"Miał wtedy trzydzieści dwa lata, był człowiekiem zahartowanym przez dwa lata służby medycznej w tropikalnej Ameryce, wiedział, co to choroby i śmierć, ocierał się o nie codziennie, lecząc nagłe przypadki, pozbawiony jakiejkolwiek ochrony. [...] Ale w tym regionie wojna toczy się bez przerwy, wojna między ludźmi, wojna z biedą, wojna ze złym traktowaniem i korupcją, odziedziczonymi po czasach kolonialnych, a przede wszystkim wojna z mikrobami".

Sam Le Clezio dopiero w wieku 64 lat postanowił "odnaleźć" swego dalekiego ojca, spojrzeć mu w twarz i utrwalić jego postać na papierze. Przy okazji odtworzył własną podróż inicjacyjną, rozpoczętą w dzieciństwie, która uczyniła z niego pisarza:

W roku 1948 Francja dźwiga się z powojennej ruiny, liczy poległych, osądza kolaborantów. Jean-Marie ma osiem lat, kiedy razem z bratem i matką odwraca się od starej Europy i porzuciwszy dom w Nicei, wsiada na pokład holenderskiego statku płynącego do Port Harcourt w Nigerii. Czeka na nich ojciec, od wielu lat piastujący tam posadę lekarza (zatrudniony przez brytyjską armię). Podczas wojny ojciec bezskutecznie usiłował przedostać się do okupowanej Francji, aby zabrać żonę i dzieci do siebie. Zatrzymany w pół drogi, musiał wracać do Nigerii. Toteż całą wojnę przeżył w Afryce sam, odcięty od ogarniętej wojną Francji, bez wieści o swojej rodzinie, bez możliwości niesienia bliskim pomocy.

Podróż małego Le Clezia do Afryki zdaje się nie mieć końca. Statek płynie wzdłuż tajemniczych brzegów, przez otwarty bulaj chłopiec wdycha gorący powiew nowego kontynentu wyobrażając sobie, że trafił do tropikalnego raju. W szkolnym kajecie zaczyna pisać dwie pierwsze powieści, w których opisuje Afrykę, chociaż nie postawił jeszcze stopy na lądzie. Na wybrzeżu czeka na niego mężczyzna "zniszczony, przedwcześnie postarzały w równikowym klimacie, nadpobudliwy z powodu teofiliny łagodzącej jego ataki astmy, zgorzkniały wskutek samotności wojennych lat przeżytych w odcięciu od świata". Ten niepokojący obcy człowiek jest jego ojcem.

Lata okupacji i biedowania w ciasnym nicejskim mieszkaniu sprawiają, że dla ośmioletniego chłopca - mimo ojcowskich wymagań i surowej dyscypliny - Afryka oznacza wolność i niemal nieograniczoną swobodę. Wszystkiego jest tu w nadmiarze: słońca, burz, deszczu, roślinności i owadów. Oszałamiają go gwałtowność pór roku, imponujący bezwstyd ciał, gonitwy na bosaka po sawannie, zuchwałe wyprawy na kopce termitów, bezmiar trawiastej równiny, w otoczeniu tropikalnych lasów, ziszczone marzenia o byciu małym dzikusem. Taka Afryka musiała naznaczyć go na zawsze.

Po przejściu na emeryturę ojciec zabiera rodzinę z powrotem do Francji. Ale nie chce być Europejczykiem, bo zbyt długo identyfikował się z Czarnym Lądem, a ponadto dwadzieścia dwa lata wpoiły mu głęboką nienawiść do kolonializmu pod każdą postacią. Z czasem zapada w jakąś uporczywą niemotę, która towarzyszy mu do śmierci. Zapomina nawet, że był lekarzem, że kiedyś wiódł pełne przygód, heroiczne życie. Głęboko rozczarowany, zmarł w roku, kiedy pojawił się AIDS. Zdążył już zrozumieć, że kolonialne mocarstwa spychają wyeksploatowany przez siebie kontynent w niepamięć.

Po wielu latach sam Le Clézio porzuca Francję, zamieszkując z dala od "cywilizacji" i unosząc z sobą niezapomnianą fascynację tamtym kontynentem:

"A jednak czasami, wędrując na los szczęścia ulicami miasta i mijając wejście do budynku w budowie poczuję chłodny zapach świeżo wylanego cementu - jestem w chacie w Abakaliki, wchodzę do mrocznego prostopadłościanu swojego pokoju i widzę za drzwiami dużą niebieską jaszczurkę, którą nasza kotka zadusiła i przyniosła mi na powitanie. Albo w chwili gdy się tego najmniej spodziewam, owiewa mnie zapach wilgotnej ziemi naszego ogrodu w Ogoja, kiedy monsun przetacza się po dachu domu i marszczy powierzchnię strumyków barwy krwi na spękanej ziemi. Słyszę nawet przebijającą się przez warkot samochodów stojących w korku na ulicy łagodną i przejmującą muzykę rzeki Aija".
Weź udział w konkursie
Jean-Marie Gustave Le Clezio
Afrykanin

Dowiedz się więcej na temat: świat | opowieść | ojciec | wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje