Reklama

Reklama

Babskie pisemko

Pierwszy milion w polskiej prasie

Halina Koszutska, późniejsza redaktorka "Przyjaciółki", przyznawała po latach, że mało kto wierzył w powodzenie całego przedsięwzięcia. Na okładce pierwszego numeru znalazła się fotografia podkolorowana za pomocą jednej lub dwóch barw, następne przez długie lata były drukowane na najtańszym papierze gazetowym z użyciem jednego koloru. Tekst urozmaicały odręczne rysunki lub zdobniki drukarskie. Za opracowanie graficzne odpowiedzialna była Jadwiga Issat-Koszutska. Nie wiadomo, jaki nakład miał pierwszy numer. Wiadomo natomiast, że każdy kolejny był dwa razy większy, aż przy 37 numerze osiągnięto liczbę miliona wydrukowanych egzemplarzy. To był pierwszy milion w polskiej powojennej prasie - oczywiście jeśli chodzi o nakład. Początkowo twórcy "Przyjaciółki" adresowali ją do najsłabiej wykształconych kobiet, grupy zarazem zmarginalizowanej, zubożałej i wykluczonej z uczestnictwa w kulturze, w tym kulturze pisma. Wiele problemów, z którymi borykały się czytelniczki, należało do stricte kobiecej sfery doświadczeń. Często nie umiały one czytać, ale też nikt wcześniej nie stworzył dla nich żadnego czasopisma. W tym sensie "Przyjaciółka" miała emancypacyjny potencjał. Monografka tygodnika, Zofia Sokół, pisze: "Pierwsza akcja ogłoszona przez redakcję tygodnika odbyła się pod hasłem "Przeczytasz sama "Przyjaciółkę", gdy nauczysz się sama czytać" i była skierowana do uczestniczek kursów w ramach ogólnopolskiej akcji zwalczania analfabetyzmu. Rola "Przyjaciółki" w tej dziedzinie jest dotąd nieznana i chyba jest już niemożliwa do przebadania, gdyż odeszło już to pokolenie kobiet, które zadawało sobie ten wielki wysiłek i trud opanowania nauki czytania oraz pisania w dorosłym życiu". 

"Przyjaciółko", bo ja chcę wiedzieć...

Reklama

Rola nauczycielki czytania i pisania nakładała na redakcję obowiązek takiego przygotowywania tekstów, by były przystępne i pożyteczne. Język musiał być prosty, lecz nie prostacki. Ton bezpośredni, kameralny, miał wzbudzać zaufanie, nakłaniać do zwierzeń, stwarzać iluzję bliskiego, międzyludzkiego kontaktu. Redaktorki broniły tej konwencji, kiedy partyjni funkcjonariusze próbowali je nakłaniać do większej determinacji w zagrzewaniu do budowy socjalizmu, czemu towarzyszył język bojowy, ofensywny, jak z politycznych sztandarów. Z czytelniczkami "Przyjaciółki" trzeba było rozmawiać na ich zasadach - inaczej odwróciłyby się na pięcie i cały wysiłek poszedłby na marne. 

Halina Koszutska podczas narady w Biurze Prasy KC PZPR tłumaczyła trudność w pisaniu dla odbiorczyń tygodnika: "Jak dalece trzeba u nas pisać popularnie, to mogę dać dwa przykłady. Kiedy był okres wprowadzania religii do szkół i otrzymywaliśmy na ten temat bardzo wiele listów, to w jednym z listów czytelniczka pisała: napisz mi kochana "Przyjaciółko" bo ja chcę wiedzieć, co to są ludzie światopoglądowe. Czyli nie rozumiała słowa "światopogląd", a więc takiego słowa, co do którego wydawało się nam, że to jest pojęcie zupełnie jasne. Druga czytelniczka pisała: "Przestańcie tolerować tę religię. Tolerujecie i tolerujecie. My jesteśmy katolicy i dajcie nam spokój". Czyli słowo "tolerować" rozumie jako "szykanować". A więc są tego rodzaju rzeczy i na tym polega trudność pisania dla "Przyjaciółki".  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje