Reklama

Reklama

Co się stało z rodziną Bogdańskich?

Pusty dom, puste konta

Danuta powiadomiła policję, machina ruszyła. Śledczych i opinię publiczną zdumiało to, co zastano w domu w Starowej Górze. W jednym z pokojów wciąż była podłączona do prądu ładowarka od telefonu komórkowego, na korytarzu stały spakowane szkolne plecaki dzieci, lodówka wypełniona była jedzeniem, biżuteria i cenne sprzęty znajdowały się na swoich miejscach, ubrania - w szafach, a szczoteczki do zębów oraz kosmetyki - w łazience. W schowku leżały nietknięte torby podróżne. Jedno znalezisko naprawdę przyprawiało o dreszcze; w domu zostały lekarstwa, bez których nie mogli się obyć częściowo sparaliżowana Danuta i Jakub - alergik. Oprócz medykamentów natrafiono na niewykupione recepty obojga.

Reklama

Policjanci natknęli się nawet na pamiętnik Małgosi. Nie znaleźli tam typowych infantylnych wpisów nastolatki. Dziewczyna pisała, że tata ma jakieś kłopoty. To samo miała powiedzieć koleżankom, które dopytywały, dlaczego ostatnio tak często płacze. W dzienniku wspomniała też o wspólniku taty. Nieznany z nazwiska mężczyzna miał "przejść już przez granicę". Co chciała przez to powiedzieć? Nie wiadomo.

Niedługo po zaginięciu całej piątki policja otrzymała anonim. Nadawca sugerował śledczym, by przekopali teren posesji i przeszukali dom metr za metrem, ze szczególnym uwzględnieniem piwnic. Autor donosu twierdził, że Krzysztof żyje, a rozwiązanie tajemnicy miało kryć się w "dziurze, którą zalepił tynkiem". Tezy z donosu sprawdzono i odrzucono w całości. Czyżby więc list okazał się okrutną drwiną?

Biorąc pod uwagę stan domostwa i obejścia można by uwierzyć, że Bogdańscy wrócą lada chwila. Zostawili przecież cały dobytek. Dokładniejsze oględziny wykazały, że coś jednak zniknęło. Cztery paszporty, nowe Volvo S70 (okazało się, że Krzysztof sprzedał jedno auto tuż przed zniknięciem) i... twarde dyski komputerów. Są tacy, którzy twierdzą, że to właśnie tam znajdował się klucz do rozwiązania sprawy. Wyczyszczono konta bankowe - jedyne, co się na nich znajdowało, to debety. Wyszło na jaw, że problemem Krzysztofa nie była tylko plajtująca firma, ale i kilkumilionowe długi. Zdaniem Michała Fajbusiewicza rodzina wzięła kredyty o wartości dwóch milionów złotych. W różnych źródłach można wyczytać, że kredyty brane były na nazwiska Krzysztofa, jego żony i matki. Wszystkie pod hipotekę jednej nieruchomości. Oczywiście nie było to legalne, a dziś, w dobie KRD jest już w zasadzie niewykonalne. Ile Krzysztof winien był prywatnym wierzycielom? Trudno tu cokolwiek stwierdzić na pewno. Ludzie dawali mu pieniądze, bo był wiarygodny. Obiecywał, że korzystnie je zainwestuje.

Ludzie nie znikają ot tak

Jak to możliwe, że w XXI wieku w środku Europy pięć osób po prostu znika? Człowiek zawsze przecież zostawia za sobą ślady. Zwykły Kowalski chcąc uciec przed zobowiązaniami nie zniknie jak kamfora na własne życzenie bez pomocy profesjonalistów, wiadomo, że prędzej czy później popełni jakiś błąd, albo zostanie rozpoznany. Tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, wszak chodzi o całą rodzinę, w tym dwoje dzieci i osobę niepełnosprawną. Dziś dzieci Bogdańskich są już dorosłe. Dlaczego milczą? Danuta, jeśli żyje, przekroczyła osiemdziesiątkę. Jak się teraz miewa?

Policja brała pod uwagę różne hipotezy - rozszerzone samobójstwo, rzekome kontakty z ludźmi z półświatka, zemstę pożyczkodawców, ucieczkę do sekty (jeden z wierzycieli oświadczył, że Krzysztof miał przyznać się mu, że wraz z rodziną wstępuje do zagranicznej sekty religijnej), zbrodnię popełnioną przez głowę rodziny, a także, uznawane za najbardziej prawdopodobne, zaplanowane zniknięcie. Swoje teorie mają też internauci - niektórzy wierzą, że Krzysztof otrzymał status świadka koronnego, na ten trop interpretacyjny nie godzą się inni, wskazując, że organy ścigania wiedziałyby coś na ten temat i nie słały za nim listów gończych.

Nieżyjący już detektyw, Waldemar Czerwiński, który przed laty zajmował się przypadkiem Bogdańskich był przekonany, że natrafił na ich ślad już po feralnym kwietniu 2003. Według jego relacji, cała rodzina miała być widziana w radomskim centrum handlowym. Rozpoznała ich miejscowa sprzedawczyni. Kobieta szczególnie dobrze zapamiętała mężczyznę łudząco podobnego do Krzysztofa i utykającą na nogę starszą kobietę. Informacji, których dostarczył Czerwiński nie udało się jednak potwierdzić. Głos w sprawie zabierał też najsłynniejszy łódzki były detektyw, Krzysztof Rutkowski. Wizję na temat zaginięcia Bogdańskich miał podobno jasnowidz, Krzysztof Jackowski. Póki co wszystkie tropy prowadzą donikąd.

Najbardziej zastanawiające są jednak słowa Tadeusza, ojca Bożeny. Mężczyzna przyznał w rozmowie z dziennikarzem Faktu, że swego czasu bardzo się zdziwił, gdy wiosną 2003 roku Krzysztof zaczął go instruować, jak obsługiwać piec gazowy, którym ogrzewana była willa. Pan domu cały schemat postępowania wypisał teściowi na karteczkach. Tak jakby wiedział, że w sezonie grzewczym już go w domu nie będzie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje