Cukiernia, która powstała z marzeń, zdradza sekret sukcesu w Tłusty Czwartek
W Cukierni Panda w Słupsku makaroniki są "na bogato", monoporcje wyglądają jak biżuteria, a w Tłusty Czwartek pracę zaczyna się o 22 poprzedniego dnia. To miejsce powstało z dziecięcych marzeń o Francji, słodyczach i o pandzie. Dziś te marzenia mają smak pistacji, malin, czekolady i świeżo smażonych pączków w to święto słodyczy. O tym, jak wygląda Tłusty Czwartek w słupskiej cukierni, ale też o tym, by "uważać, czego sobie życzymy", w rozmowie z Interią opowiadają właściciele cukierni Panda.

Namiastka Francji w Słupsku. "Nie byłam nigdy we Francji. Teraz mam jej namiastkę tutaj"
Cukiernia Panda to nie jest zwykły punkt z ciastkami na mapie Pomorza. To mała wystawa cukierniczej precyzji. Gdy wchodzi się do niewielkiej cukierni, od razu można dostrzec monoporcje, które wyglądają jak miniaturowe dzieła sztuki, makaroniki, które są większe, hojnie nadziane, "na bogato", zupełnie inne niż te klasyczne, francuskie - płaskie i oszczędne w środku. Do tego w oczy, ale też i nozdrza, rzucają się praliny, torty i croissanty, których warstwy liczy się niemal jak kartki w książce i wymagają cukierniczej precyzji, by warstwy złączyły się w perfekcyjną całość rogalika.
Wszystko to zaczęło się od marzenia. Małej Julii, która marzyła o Francji, marzyła o ciastkach i ciasteczkach. Mała Julia przez lata rosła w swoim marzeniu, by w końcu spełnić je w Słupsku.
To miejsce było moim marzeniem z dzieciństwa. Nigdy we Francji nie byłam, ale zawsze podobało mi się to, co piękne. Chciałam stworzyć miejsce, gdzie przychodzisz i czujesz to fizycznie - smakiem, ale też chłoniesz całą atmosferę miejsca i piękno wyrobów psychicznie, duchowo.
Kiedy Julia o tym mówi, uśmiecha się, a oczy błądzą po cukierniczej witrynie, za którą można podziwiać mnogość monoporcji. Na pytanie, kim chciała być jako dziecko, odpowiada bez wahania:
- Zawsze mówiłam, że chcę być cukiernikiem. Cukiernikiem nie zostałam, ale poniekąd jednak nim jestem, będąc właścicielką słodkiego biznesu.
Dziś jej cukiernia rzeczywiście jest namiastką Francji w środku Słupska, bo też historia Pandy zaczęła się od symbolu francuskiego cukiernictwa - od makaroników. Jaki jest sekret makaroników tej słupskiej cukierni? Nie tylko receptura, którą jej brat Viktor dopracowywał miesiącami, ale także detale, których klient nie widzi. Migdałowa mąka mielona specjalnie pod ich potrzeby w jednej fabryce, odpowiedni kaliber, by ciasteczko wytrzymało dużą ilość nadzienia. Śmietanka lokalna, czekolada najwyższej jakości i obsesyjna wręcz kontrola wilgotności, świeżości jajek i jakości cukru pudru. Tu nic nie jest przypadkowe.
- Wystarczy, że mamy źle zmielone migdały, albo za stare jajka i to jest koniec. To moje marzenie wymagało i wciąż wymaga od nas wszystkich zaangażowania i przede wszystkim miłości do tego, co robimy. Gdybyśmy nie dbali o te detale, drobiazgi, nasze makaroniki by tak nie zachwycały, jak dzieje się to obecnie - mówi Julia.
Uważaj, o czym marzysz, czyli siła afirmacji pod postacią domu o stu piętrach

Julia jako dziecko marzyła, by mieć prawdziwą pandę. Jako dziecko nie rozumiała, że jest to dzikie zwierzę i niestety nie może mieć jej w domu, jak psa, czy kota. Ale życie i tak ułożyło się po swojemu lata później. Mała Julia tak pragnęła pandy, że dostała ją pod nieco inną postacią.
- Kiedyś bardzo chciałam mieć pandę. Okazało się, że nie wolno i się nie da. No to mam Pandę, jako cukiernię.
Wcześniej Julia i Przemek Prus zaczynali od lodziarni w Ustce. Tam postanowili w związku z nazwą "Panda" zatrudnić osobę, która będzie zachęcała do zakupu lodów ubrana w strój pandy. Szybko okazało się, że wielką chodzącą maskotkę pandy pokochały dzieci i miś stał się nadmorskim hitem, gotowym do robienia sobie z dziećmi zdjęcia.
Po tym sukcesie lodziarni i pandy, która finalnie przyniosła Julii, Przemysławowi i Viktorowi takie szczęście, powstała cukiernia w Słupsku. To było zwieńczeniem dziecięcych marzeń Julii o Francji i pandzie. Wszystko połączyło się w jedną historię.
Patrząc na mnogość cukierniczych arcydzieł w cukierni, trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym marzeniu z dziecięcych lat.
Julia i jej brat wychowywali się w jednym pokoju, w domu pełnym dzieci. Słodycze nie były codziennością, były rzadkim rarytasem, dlatego wieczorami, przed snem, opowiadali sobie bajkę o domu, który miał sto pięter, a na każdym z nich inne łakocie. Tak bardzo o nich marzyli.
- Na pierwszym piętrze była marmolada, na drugim cukierki, na trzecim coś innego. I tak co wieczór opowiadaliśmy sobie, co jest na kolejnych piętrach - mówi Julia z nostalgią.
Dziś w Pandzie tych "pięter" jest kilkadziesiąt. W smakach makaroników, w monoporcjach, w pralinach, w croissantach. Klient stoi przed ladą i ma dokładnie ten sam problem, który mieli kiedyś jako dzieci: jak wybrać tylko jedno?
Tłusty Czwartek zaczyna się w środę o 22. To wyjątkowe święto tej cukierni

W tej słupskiej cukierni życie, smak i piękno celebruje się każdego dnia. Jednak kto w cukiernictwie pracował choć raz przez krótką chwilę, wie, że Tłusty Czwartek to dzień naprawdę wyjątkowy. W Pandzie Tłusty Czwartek zaczyna się wtedy, gdy większość miasta szykuje się do snu w środowy wieczór. O 22 w środę rusza produkcja. Wyrabianie świeżego ciasta, bez mrożenia, bez skrótów. To jedna z rzeczy, które ich pączki wyróżniają najbardziej.
- Ciasto robimy i od razu z niego smażymy. Nie mrozimy. Wiem, że wielu cukierników jest zmuszona mrozić ciasto ze względu na formę pracy cukierni, ilość osób tego dnia w pracy, ilość zamówień. To nie oznacza, że konkurencja robi coś źle, czasem po prostu nie ma innego wyjścia. W Pandzie mamy to szczęście, że możemy pozwolić sobie na luksus robienia pączków na świeżo, ale wiem jak ogromna jest w tym zasługa gotowości naszych pracowników do pracy nawet w nocy w tym okresie - tłumaczy Julia.
O 3 w nocy do pracy przychodzą też ekspedientki, żeby zdążyć spakować zamówienia. Cukiernia otwiera się tego dnia o 6 rano. W zeszłym roku ilość zamówień zaskoczyła pracowników i właścicieli cukierni, stąd w tym roku tak szeroki plan działania. W 2025 roku klienci weszli do środka, zanim obsługa zdążyła spakować paczki. Zrobił się chaos, którego w tym roku nie chcą powtórzyć.
W tym roku początkowo byliśmy gotowi na 1500 pączków. Szybko okazało się, że to za mało, patrząc na spływające zamówienia długo przed Tłustym Czwartkiem.
W taki sposób tradycja spotykała się tu z nowoczesnością, bo w tym roku Panda wprowadziła system zamówień online. Poprzedni Tłusty Czwartek dobitnie pokazał, że ludzie pragną tych słupskich pączków i właściciele musieli znaleźć sposób, by sprostać oczekiwaniom klientów w takiej ilości.
- Ludzie wolą wejść, zobaczyć, zastanowić się, wybrać spokojnie, bez dzwonienia, czasem bez rozmowy z nami. Mogą więc złożyć w nowoczesny sposób zamówienie przez Instagram, czy przez stronę internetową, a my możemy to wszystko wcześniej przygotować, policzyć na spokojnie - mówią właściciele.
Ważna jest nie tylko ilość pączków, ale też smaki. Budyń, pistacja, malina, róża i czekolada - to one królują w tym roku w Pandzie. Największą popularnością zdaniem ekspedientek i właścicieli cieszą się róża i malina. Prócz świeżego, niezwykle puszystego ciasta, coś jeszcze wyróżnia te pączki - każdy z nich jest ozdobiony tak, że bardziej przypomina deser z witryny paryskiej cukierni niż klasyczny polski wypiek.
"Szykujemy się na armagedon". Pracownicy wcale się jednak nie boją

Martyna i Nikola, ekspedientki Pandy, na pytanie o Tłusty Czwartek tylko śmieją się serdecznie.
- Jest masa pracy, to oczywiste. W tamtym roku jeszcze nie zdążyliśmy wszystkiego spakować, a już mieliśmy pełną cukiernię ludzi. W tym roku szykujemy się na armagedon - mówi Nikola w rozmowie z Interią.
Martyna jednak podkreśla, że mimo zmęczenia lubią ten dzień. Adrenalina, ruch, satysfakcja, że wszystko się sprzedało. Nie brakuje też śmiechu tego dnia. Najbardziej bawi je jedno:
- Ktoś wchodzi w Tłusty Czwartek do cukierni i pyta, czy są pączki, albo pyta z czym są pączki z różą. Oczywiście mówimy, tłumaczymy i wiemy, że czasem ktoś wpada na szybko, zaspany przed pracą i takie drobne wpadki są normalne - tłumaczą ekspedientki.
Za ich oraz cukierników pracą stoją jednak rzeczy, których klient nie widzi. Drogie składniki: pasta pistacjowa po 140 zł za kilogram, migdałowa mąka, czekolada, belgijskie masło od "szczęśliwych krów", dobre wynagrodzenia dla pracowników, by, jak mówią Julia i Viktor "chciało im się pracować".
Ludzie czasem myślą, że płacą tylko za ciastko, za makaronik, za pączka, a tak naprawdę płacą za noc pracy, za jakość produktów, za ludzi, którzy tu stoją od trzeciej rano - mówią właściciele.
I może właśnie dlatego Panda to coś więcej niż cukiernia. To opowieść o dzieciach, które marzyły o stu piętrach słodyczy. O dziewczynce, która chciała być cukiernikiem i mieć pandę. O marzeniach, które spełniły się inaczej, niż planowano, ale może nawet lepiej. Dziś te marzenia pachną masłem, czekoladą i świeżym pączkiem o szóstej rano.
Nie musisz jechać daleko, by poczuć klimat przygody! Zobacz, dokąd warto wybrać się w weekend lub na wakacje. Więcej inspiracji znajdziesz na kobieta.interia.pl/podróże









