Reklama

Reklama

Dane wrażliwe

Czerwona ze złości Nina wzięła głęboki haust powietrza i, ignorując resztę dziewczyn, zwróciła się do Kasi:

Reklama

- Przyjmij więc do wiadomości, że według twojego idiotycznego kryterium jestem jedną na sześć - warknęła i wyzywająco spojrzała na Kaśkę.

Kasia wciąż robiła miny. Gdy podnosiła do góry brwi i jednocześnie wykrzywiała jeden policzek, wyglądała szczególnie głupio.

- Chcesz nam wmówić, że z kimś już chodziłaś?

- Nie mogę w to uwierzyć. Czy my jesteśmy w przedszkolu? - roześmiała się Ewa, ale ani Nina, ani Kasia nie zwróciły na nią najmniejszej uwagi.

- Nie chcę wam wmówić - powiedział Nina z naciskiem. - I nie chodziłam, tylko chodzę. To, że ty o czymś nie wiesz, nie znaczy jeszcze, że taka jest rzeczywistość. Musisz pogodzić się z tym, że ludzie mają swoje sekrety i mimo twoich starań i wścibstwa, nie o wszystkim wiesz. Owszem, mam chłopaka.

- Akurat! Niedawno mówiłaś, że kompletnie cię to nie interesuje - powiedziała Kasia, przedrzeźniając głos Niny.

- O rany, jak w kinie familijnym - powiedziała Ewa, ale tylko Margerita pokiwała głową.

- Nie kłócimy się, tylko dyskutujemy. Ten, kto nie zmienia poglądów, zarzucił myślenie - powtórzyła zasłyszane od Bogdana zdanie Nina.

Nie wiedziała, po co wchodzi w tę rozgrywkę, ale już nie umiała się wycofać. Chciała zniszczyć Kaśkę, zgnoić ją, pokazać, że jest zerem. Poza tym nie było już odwrotu.

- Kto to taki? - z szyderczym uśmiechem zapytała Kasia, ostentacyjnie oglądając sobie paznokcie.

- Być może go nawet znasz - palnęła Nina, przedrzeźniając Kaśkę.

Z satysfakcją pomyślała, że prowadzi w tej rozgrywce. Wyjęła z torby Kamienie na szaniec i ostentacyjnie otworzyła je na pierwszej stronie, jakby chciała pogrążyć się w lekturze, ale z nerwów nie była w stanie przeczytać nawet pierwszego zdania. Przez chwilę miała ochotę zabrać torbę i odejść, ale wtedy one wszystkie zaczęłyby ją obgadywać i na pewno Kaśka by je przekonała, że Nina kłamie. Nie, teraz nie mogła odejść. To trzeba załatwić do końca.

- Jeśli mogę ci przerwać lekturę - syknęła Kaśka, udając miłą - to jak ten twój wybraniec ma na imię? Chyba możesz nam zdradzić? Może Alek Dawidowski*, co? - Kasia umiała mówić z taką ironią, że człowiek aż gotował się w środku.

Nina poczuła nagle pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziała jak na to proste pytanie odpowiedzieć, ale postanowiła nie dać się sprowokować. Żeby zyskać na czasie, uśmiechnęła się i nabrała powietrza. Usiłowała wyglądać na rozmarzoną.

- Paweł - powiedziała i z wdziękiem się przeciągnęła.

W ich klasie nie było żadnego Pawła, w żadnej z równoległych też nie. W ogóle żaden Paweł nie przychodził jej do głowy. Nie znała żadnego Pawła. I o to właśnie chodziło! Kasia będzie miała zerowe pole do dociekań. To było super bezpieczne imię.

- A może policzymy, jedna na ile piętnastolatek była kiedykolwiek za granicą - powiedziała Nina z miną niewiniątka.

Dobrze wiedziała, że poza szkolnymi wycieczkami, które refundował jej komitet rodzicielski, Kasia nigdy poza Augustów nie wyjeżdża.

Nina uśmiechnęła zadowolona i kolejno, dokładnie tak samo jak Kasia, zaczęła przepytywać dziewczyny, która gdzie była. Margerita była w tylu krajach, że trudno jej było je wymienić, zresztą wcale nie zamierzała się tym chwalić. Ewa była u wujka w Hanowerze i w Słowackich Tatrach z tatą...

- Dziewczyny, a która z was korzystała kiedykolwiek z pomocy społecznej? - zapytała Nina z miną niewiniątka.

Kasia sięgnęła po torbę i bez słowa ruszyła w kierunku szkoły.

Nina poczuła, że wygrała tę rozgrywkę.

ROZDZIAŁ I

Drzwi otworzyła im ciotka. Jak zawsze była w dole od dresu, włosy miała wysoko natapirowane i wyglądało to żałośnie. Zza jej pleców buchnął zapach barszczu. Nina siłą powstrzymała się przed zatkaniem palcami nosa.

Siostra mamy mieszkała przy ulicy Mickiewicza w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Blok stał vis á vis wejścia do gimnazjum, do którego chodziła Nina. Na szczęście okna wychodziły nie na boisko, ale na osiedle. Za to jedno Nina była losowi wdzięczna - że przynajmniej kuzynostwo nie mogą ukradkiem śledzić jej zza firanek. Od piętnastu lat Nina przychodziła w niedziele do wujów, jadła u nich obiad, oglądała telewizję. Spędziła tu wiele godzin, jednak za każdym razem, gdy ojciec otwierał wąskie drzwi na klatkę schodową i przepuszczał mamę, Nina uświadamiała sobie, jak bardzo nie znosi tego miejsca. Jeśli marzyła czasem o tym, że pójdzie na studia do Warszawy czy Gdańska i po ich ukończeniu na pewno już do Augustowa nie wróci, to między innymi z powodu tych wizyt.

- Ojej, jak ty wyglądasz. Jak ci te kości policzkowe wyszły - powiedziała ciotka na jej widok, a potem serdecznie ją uściskała i, nie czekając na jakąkolwiek reakcję siostrzenicy, odwróciła się na pięcie i poszła z mamą do kuchni.

Mama i ciotka były siostrami i gdy się na nie patrzyło, nie było co do tego wątpliwości. Korzystały z usług tego samego salonu piękności na Mostowej, obie robiły zakupy w Lidlu, obie gotowały rzadko, ale za to bardzo dużo, regularnie odwiedzały centrum taniej odzieży na rogu Nadrzecznej i Mostowej, a ponadto obie kochały się w zrzędzeniu i narzekaniu. Zrzędzenie przejęły po swojej matce. Nawisem mówiąc, obie nie znosiły swojej matki właśnie za to jej wieczne zrzędzenie. Obie zawsze podawały za zimne potrawy i wymieniały się tymi samymi beznadziejnymi przepisami, lubowały się w łatwych krzyżówkach, nosiły kolorowe buty i uwielbiały lekarzy. Nina czasem miała wrażenie, że jej mama i ciocia to jedna i ta sama osoba.

- Zupa za pięć minut! Powiedz Justynie - rzuciła mama i bez słowa po prostu otworzyła na oścież drzwi do pokoju kuzynki, po czym ponownie znikła w kuchni.

Nina przełknęła ślinę. Wszystko by zniosła - za zimną zupę (wątroba nie lubi gorącego), stary chleb (bo zdrowszy), gotowane rano ziemniaki (żeby potem już tylko przygrzać). Zniosłaby nawet uwagi na temat tego, że jest leniwa (bo zrezygnowała z plastyki), niekształtna (bo taki wiek), podobna do ojca (to już prawdziwy dramat). Zniosłaby i uwagi w stylu "pryszcze są normalne w tym wieku" i "głupota to natura młodości". To wszystko by zniosła, ale prawdziwym powodem, dla którego nie lubiła tych niedzielnych odwiedzin u wujków, była Justyna.

Nina co tydzień czuła ogromne wyrzuty sumienia. Uważała siebie za przyzwoitego człowieka, a jednak dla Justyny nie zrobiła niczego. Obiecywała sobie, że zacznie ją odwiedzać, bo trzeba, ale potem nigdy nie starczało jej sił, żeby to zrobić. Justyna ją przerażała.

Ostrożnie zajrzała do pokoju kuzynki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje