Dla jednych sposób na oszczędność, dla drugich koszmar. Mieszkanie ze współlokatorami w dorosłym życiu
Jeszcze kilkanaście lat temu panowało przekonanie, że po trzydziestce życie jest już w dużej mierze "poukładane". Stabilna praca, własne mieszkanie, być może założenie rodziny. Rzeczywistość często jednak wygląda inaczej. W dużych miastach nietrudno jest trafić na osoby, które z wyboru lub konieczności wynajmują mieszkania ze współlokatorami. Dla jednych to sposób na obniżenie kosztów, dla drugich etap przejściowy, a dla innych po prostu styl życia.

Spis treści:
- Wszędzie dobrze, ale we własnym domu najlepiej? Dane mówią jasno
- Czy wynajmowanie mieszkań stanie się modne?
- "Wspólne mieszkanie jest trochę jak związek"
- Dzielenie mieszkania zakończyło wieloletnią znajomość
- Mieszkanie z szeryfem i komitety kolejkowe
- "Dobrze wspominam ten czas, ale za nic bym do niego nie wrócił"
Wszędzie dobrze, ale we własnym domu najlepiej? Dane mówią jasno
Aktualne statystyki jednoznacznie wskazują na to, że posiadanie własnych czterech kątów jest dla Polaków bardzo ważne. Według danych Eurostatu aż 87 proc. obywateli naszego kraju mieszka w lokalach będących własnością ich gospodarstwa domowego. Pozostałe 13 proc. to najemcy, do których zaliczają się zarówno osoby płacące czynsz rynkowy, jak i korzystające z obniżonych stawek, np. w przypadku zajmowania mieszkań komunalnych.
Czy wynajmowanie mieszkań stanie się modne?
Jednocześnie istnieją prognozy, według których wynajmowanie mieszkania w ciągu najbliższych 15 lat przestanie być uznawane za "zło konieczne" i tymczasowy etap, kojarzony z typowo studenckim funkcjonowaniem. Taki sposób życia ma w niedalekiej przyszłości być świadomym wyborem, pozwalającym na zachowanie elastyczności, uwolnienie się od wizji długoterminowych zobowiązań i uniknięcie finansowego ryzyka.
Choć brzmi to dość optymistycznie, nadal duże jest grono osób, które w wynajmowanych mieszkaniach pozostają nie z własnej woli, a przez ograniczenia kredytowe i wysokie ceny. Wiele z nich decyduje się na dzielenie przestrzeni ze współlokatorami, często zupełnie obcymi osobami. Postanowili opowiedzieć o swoich doświadczeniach.
"Wspólne mieszkanie jest trochę jak związek"
Paulina ma 34 lata i aktualnie zajmuje pokój w mieszkaniu dwupokojowym w Gdańsku wraz z kolegą jeszcze z czasów studenckich. Choć po uzyskaniu dyplomu ich drogi rozeszły się, powrót do znajomości na stopie współlokatorskiej przebiegł pomyślnie.
- Plusy są oczywiste. Dzielimy koszty czynszu, mediów, internetu. Lubimy się, więc na razie nie widzę potrzeby, żeby zmieniać ten stan rzeczy. Jedynym minusem może być fakt, że część mojej rodziny widzi to jako wstęp do bycia parą. Regularnie słyszę pytania o to, kiedy oficjalnie ogłosimy radosną nowinę, a ciągłe tłumaczenie, że jesteśmy tylko współlokatorami zaczyna mnie mocno irytować.
- Jednak jest jakaś racja w tym, że wspólne mieszkanie jest trochę jak bycie w związku, bo przecież współdzieli się tę samą przestrzeń, dzieli obowiązkami, widuje się współlokatora codziennie. Dobrze mieć zaufaną osobę. Ja chyba nie mogłabym mieszkać z kimś całkiem obcym. Słyszałam dużo historii znajomych, którzy nie mieli tak różowo. Zdarzało im się mieszkać z osobami leniwymi, kłamiącymi na każdym roku, a nawet agresywnymi. To może być koszmar.
Dzielenie mieszkania zakończyło wieloletnią znajomość
37-letnia Magda z Krakowa od niedawna cieszy się własnym mieszkaniem, które razem z partnerem kupili na kredyt. Przez wiele lat była jednak skazana na wynajem, co doprowadziło do utraty przyjaciółki.
- Obie miałyśmy trzydzieści lat. Sytuacja z pracą i wysokością wypłaty była na tyle słaba, że żadna z nas nie mogła sobie pozwolić na wynajęcie własnego mieszkania. Z Martyną (imię zmienione) znałyśmy się od początku studiów i rozumiałyśmy się bez słów. Wspólne wynajęcie kawalerki brzmiało jak plan idealny. I na początku było super. Poczułyśmy się znowu jak na studiach, chodziłyśmy razem na imprezy, oglądałyśmy filmy do późna, gadałyśmy godzinami.

- Po kilku miesiącach sielanka się skończyła. Ja zmieniłam pracę, przez co nie mogłam już zarywać nocek, więc dla Martyny zaczęłam być nudziarą. Jak jeszcze weszłam w związek to już w ogóle stała się bardzo krytykująca. Coraz częściej mówiła o tym, że jak tylko zwolni się miejsce w mieszkaniu naszych wspólnych znajomych, ona się pakuje i do widzenia. Ja przez to też zrobiłam się drażliwa, bo miałam wrażenie, że z dnia na dzień zostanę sama z mieszkaniem i zbyt wysokimi rachunkami. Do jej wyprowadzki faktycznie doszło, ja sobie poradziłam, ale kontakt straciłyśmy z dnia na dzień.
Mieszkanie z szeryfem i komitety kolejkowe
Tomasz ma 36 lat i nie ukrywa, że dzielenie mieszkania z trzema innymi osobami we Wrocławiu to finansowa konieczność.
- Czy chciałbym mieszać na własnym? Oczywiście, że bym chciał. Nie będę jednak ukrywał, że chodzi o pieniądze. Pokój można wynająć już 1000 zł miesięcznie, a za kawalerkę w dużym mieście trzeba zapłacić ponad dwa razy więcej. Na pewno byłaby lepsza ze względu na prywatność, ale taka różnica w cenie oznacza dla mnie rezygnację z oszczędzania na własny kąt.

- Tutaj dzielę przestrzeń z osobami, których wcześniej nie znałem. W takiej sytuacji nigdy nie wiesz, jakie mają przyzwyczajenia i temperamenty. Tworzą się komitety kolejkowe do łazienki. Jeśli nie zdążę wykorzystać wolnej pralki, okazuje się, że czasem muszę czekać ze zrobieniem prania dzień albo dwa, zwłaszcza jak ktoś ustawi długi cykl.
- W takim otoczeniu dochodzi też do niesnasek. Miałem kiedyś współlokatora, który mimo że był dorosłym, pracującym mężczyzną, często urządzał imprezy, nawet w środku tygodnia. Pojawiały się kłótnie o wszystko - trzaskanie drzwiami, gotowanie. Zdarzało się, że siwy dym podczas smażenia przez jednego współlokatora był tak gęsty, że trudno to było wywietrzyć. Swąd spalenizny zostawał w mieszkaniu na wiele dni.
- Mieszkałem też ze współlokatorem, który był samozwańczym mieszkaniowym szeryfem. Dbał o to, żeby zawsze po 22:00 była cisza. Nie gotować, nie chodzić do kuchni, cisza, cisza, cisza. Któregoś razu musiałem wstać o czwartej i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że szeryf w najlepsze smażył posiłek. Podwójne standardy.
Zobacz też: Rady, których kiedyś nie chcieliśmy słuchać. Czego pokolenie Z może nauczyć się od swoich dziadków
"Dobrze wspominam ten czas, ale za nic bym do niego nie wrócił"
Jakub z Krakowa w tym roku skończy 38 lat. Dziś wynajmuje mieszkanie w pojedynkę, ale przez około 10 lat "dorosłego życia" po studiach dzielił przestrzeń ze współlokatorami.
- Uważam, że jest więcej plusów niż minusów mieszkania z kimś. "Za" przemawiają na pewno kwestie finansowe i organizacyjne. Nie jest się skazanym na siebie i nie trzeba zmieniać planu dnia, jeśli np. wymagana jest obecność kogoś w domu na okoliczność jakiejś kontroli albo naprawy. Ja miałem to szczęście, że zawsze mieszkałem z tylko jedną dodatkową osobą i zawsze był to ktoś znajomy. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie mieszkania z kimś obcym.
- Jasne, że zdarzały się gorsze sytuacje. Długie czekanie na łazienkę, zwłaszcza że jeden współlokator był fanem długich kąpieli w wannie. Kiedyś mnie zmroziło, gdy na weekend przyjechała do niego dziewczyna. W pewnym momencie wydawało mi się, że słyszę przez ścianę wielką awanturę, połączoną z rzucaniem przedmiotami. Na szczęście okazało się, że w rzeczywistości byłem świadkiem miłosnych uniesień. Ogólnie bardzo dobrze wspominam ten czas, ale za nic w świecie już bym do niego nie wrócił. Wynajem mi odpowiada, bo przy obecnych cenach mieszkań nawet się nie łudzę, że kupię własne.
Znajdź codzienną dawkę inspiracji od urody i zdrowia po podróże i styl życia. Sprawdź, co nowego na kobieta.interia.pl









