Reklama

Reklama

Gdy dziecko zabija. Tragedia Silje Redergård

15 października 1994 roku zapisał się w historii Rosten, wioski w pobliżu Trondheim w Norwegii, jako najczarniejszy i najbardziej tragiczny dzień. Pięcioletnia Silje Redergård została zamordowana w makabryczny sposób. Sprawców odnaleziono już następnego dnia. Nie ponieśli jednak kary.

Październikowe popołudnie w Rosten było mroźne. Nie przeszkadzało to jednak trójce dzieci w wesołej zabawie. Pięcioletnia Silje i dwóch starszych od niej o zaledwie rok chłopców wspólnie wznosili igloo, rzucali się śnieżkami, gonili nawzajem pomiędzy domami. Cała trójka znała się dobrze, często bawili się w swoim towarzystwie, bo ich rodzice mieszkali obok siebie. 

W pewnym momencie, z powodów których do dziś nie znamy, zabawa przerodziła się makabryczną egzekucję. Chłopcy zaczęli bić Silje pięściami i kopać, później okładać kamieniami, aż do utraty przytomności. Bezwładną dziewczynkę w końcu rozebrali do naga i pozostawili w śniegu. Silje zmarła w wyniku bardzo szybkiego wychłodzenia organizmu. Jej ciało kilka godzin później znalazł w zaspie ośmioletni chłopiec z sąsiedztwa. Natychmiast pobiegł do jej domu, by zawiadomić rodziców o tragedii.

Reklama

Matka zamordowanej dziewczynki wspomina, że gdy wraz z mężem pobiegli na miejsce wskazane przez chłopca, zastali tam już policjantów. Teren był ogrodzony, więc nie mogli podejść bliżej ciała. Stróże prawa odwieźli zrozpaczonych rodziców na komisariat. Dopiero tam dowiedzieli się, że pomimo reanimacji ich córka zmarła. 

Ponieważ Silje odnaleziono nagą, śledczy na początku podejrzewali, że to zbrodnia na tle seksualnym, a morderstwa dokonała osoba dorosła. Jako możliwych sprawców brano pod uwagę jej rodziców i członków rodziny. Prawda wyszła na jaw jednak już następnego dnia.

Rodzice ofiary wiedzieli, że pierwsze próby reanimacji ich córki podjęła jedna z sąsiadek. Udali się więc do niej, by podziękować za te starania. W czasie odwiedzin poznali trudną do wyobrażenia prawdę o morderstwie. 

Nie szukano sensacji

Norweskie media podeszły do tragicznej śmierci Silje ostrożnie i z szacunkiem. Nie tylko dla ofiary, ale również ze względu na bezpieczeństwo sześciolatków odpowiedzialnych za jej zabójstwo. Ich nazwiska nigdy nie zostały ujawnione i do dziś nie są szeroko znane, mimo że wiele osób, w tym rodzice ofiary, wiedzą kim są.

Norweskie prawo nie przewiduje możliwości ukarania tak młodych osób. Chłopcy zostali przeniesieni do innego przedszkola i otoczeni opieką psychologów. Cała społeczność Rosten zaakceptowała takie rozwiązanie sprawy. Każdemu zależało na tym, aby tragedia nigdy się nie powtórzyła. 

Ponad ćwierć wieku po tragicznej śmierci Silje wiadomo, że anonimowi sprawcy nigdy nie powrócili do zbrodniczych działań, ani nie zaangażowali się w żaden przestępczy proceder.

Pracownica misji związanej z norweskim kościołem, Margareth Rosenvinge, przyznała, że pozostaje w kontakcie z jednym z tych mężczyzn. Mimo opieki psychologicznej, którą był otoczony od dzieciństwa, jego życie zostało złamane przez czyn, którego się dopuścił. W 2010 roku był osobą w kryzysie bezdomności, uzależnioną od narkotyków. Rosenvinge opisała go jako osobę głęboko nieszczęśliwą, szukającą wciąż ucieczki przed swoją przeszłością. 

- powiedziała w rozmowie z "The Guardian".

***

Zobacz również:

15-latek skazany za brutalne zabójstwo 12-latka

Honduras: Tu kobieta ginie co 36 godzin

Dziecko połknęło baterię? Liczy się każda minuta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje