Reklama

Reklama

Himalajski trekking

Plecaki ciążą. Biali, którzy nas mijają, kiwają z podziwem gło­wami. Albo mają małe plecaki, albo swoich tragarzy. Ci ostatni dziwią się, że tyle niesiemy. No ale oni niosą znacznie więcej, średnio po trzydzieści kilogramów, nawet ci bardzo młodzi. Na czole obowiązkowo pasek, odciążający plecy i barki. Zwykłe, zachodnie plecaki turystów noszą w ten sam sposób. Ciekawe, czemu producenci plecaków jeszcze na takie rozwiązanie nie wpadli? Lata doświadczeń himalajskich tragarzy o czymś chyba świadczą. A może to tylko przyzwyczajenie i tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie każą Nepalczykom właśnie w ten sposób nosić bagaże? W podobny sposób można chyba wytłumaczyć to, że tragarze chodzą w klapkach, bardzo rzadko w innym obuwiu, typu adidasy. A tragarza w butach trekkingowych jeszcze nie widziałam.

Reklama

Idziemy dwa razy dłużej niż podaje przewodnik. Mijane wioski są bardzo kolorowe od kwitnących krzewów i kwiatów. Tarasy, trochę lasów, ale jak na złość nie ma bambusów. Liczyliśmy na nie, żeby zrobić sobie kijki trekkingowe. Szłoby się znacznie łatwiej.

Jesteśmy już blisko Chomrong, kiedy zauważam, że podeszwy moich butów jakoś dziwnie odstają. Przysiadam na kamieniu i oglądam je dokładnie. Włosy stają mi dęba: podeszwy moich niezawodnych od pięciu lat butów Chiruca po prostu się rozpadły! Z tyłu się rozkruszyły, z przodu zaczęły pękać, ukazując spod spodu purchawkę. No tak. Wygodne sandały, które od biedy mogłyby zastąpić moje buty, zostały w hotelu "Lilly" z karaluchami. Jedyne obuwie, które niosę ze sobą, to wytarte niebieskie klapki, lat sześć czy siedem. Podeszwa zjechana prawie do zera. Nadają się tylko pod prysznic. Od biedy.

No, w tych butach dalej nie pójdziesz - stwierdza Tomek.

To wiem.

- Zejście, dojazd do Pokhary, zakup butów i powrót to minimum cztery dni.

- Nie mamy tyle czasu.

- No to możemy zejść do Pokhary i zrobić sobie potem tylko krót­ki spacerek po okolicy.

- Co? Po takiej wspinaczce teraz mamy rezygnować? Nie ma takiej opcji.

- To wymyśl coś mądrzejszego.

- Właśnie próbuję... Tak naprawdę to cały but jest w porządku, więc jakby tak przyczepić od spodu kawałek jakiejś gumy...

Brzmi całkiem niegłupio. A mogą być japonki?

Ciekawe, skąd je weźmiesz.

Widziałem takie na dole. Może jakiś turysta zostawił, a może leżą tam dla gości... W tempie błyskawicy pędzę na dół. Leżą. Przykładam do moich butów. Rozmiar idealny. Teraz musimy znaleźć jakiś klej. Pytam zatem naszą gospodynię. Ma napoczętą tubkę Super Glue. Za mało. Poza tym Tomek twierdzi, że taki klej nie zda egzaminu. Następnego dnia rano idziemy w dół wioski na poszukiwania. Ktoś deklaruje się kupić dobry klej i nam go przynieść, ale czekamy, czekamy i nic. Wracamy bez kleju. Gospodyni naszego hoteliku znajduje jeszcze jedną tubkę Super Glue. Tomek robi próbę i na szczęście jego obawy się nie sprawdzają: wydaje się, że klej trzyma. Nalega też, żeby przed dalszą drogą sprawdzić, jak się buty sprawują w akcji. Idę tym razem w górę wioski, popytać w guesthousach, czy nie mają kleju. Przyda się go więcej w razie kłopotów. Maszeruję żwawym krokiem, rozpiera mnie energia. Idzie się bardzo wygodnie, nawet bardziej miękko niż przedtem, bo japonki dodają amortyzacji. Egzamin wstępny zdany na piątkę. Klej też się znalazł. Jutro czas próby generalnej.

Trasa z Chomrong (2170 m n.p.m.) do Bamboo (2335 m n.p.m.) to znowu mnóstwo zejść i podejść, a zysk wysokości bardzo mizerny. W starej wiosce Chomrong są do kupienia adidasy. Nie kupuję, bo idzie mi się doskonale. Wzbudzam nawet lekką sensację jako posiadacz "new model of shoe 2009"! Za miejscowością Sinuwa wreszcie wchodzimy w las, gdzie pośród starych omszałych dębów i rododendronów rosną bambusy. Wspinam się na skarpę i z pomocą składanego nożyka pozyskuję na nasz użytek dwa solidne pędy. Teraz Tomek, z pomocą tego samego nożyka, docina je, przycina i piłuje. Jednak ten nożyk to mistrzostwo świata. Ja byłam mu przeciwna. Waży kilkakrotnie więcej niż klasyczny scyzoryk i jest dla mnie nieporęczny. Ale wszędzie go z sobą nosimy. A teraz muszę przyznać, że jego dodatkowe funkcje, takie chociażby jak piła, doskonale się przydają. Uzbrojeni w doskonałe, naturalne, wspaniale odciążające stawy kolanowe kijki trekkingowe, ruszamy pełni nowej energii w dalszą drogę. Wokół fruwają motyle, śpiewają ptaki i cykają cykady. Kwaterujemy się w "Buddha Guest House", gdzie na podwórku pasą się młode kózki, a gospodarz wyplata zawodowo bambusowe maty.

- Nie jest dobrze - oświadcza niespodziewanie Tomek przy wieczornym posiłku.

- Jak nie jest, jak jest? Buty dają radę, z kijkami idzie się lepiej... - wyliczam, cudownie odświeżona po gorącej kąpieli.

- Przyjrzyj mi się.

Połowa twarzy mojego małżonka jest wyraźnie spuchnięta. Aż dziwne, że tego nie zauważyłam wcześniej. Zaczynam coś podejrzewać.

 Boli cię ząb, tak?

Boli.

Od kiedy?

- Zaczęło mnie pobolewać w południe, potem niby przeszło. Teraz jest już bardzo kiepsko. Jak do rana nie przejdzie, to schodzimy.

Że co? - nie wierzę własnym uszom.

Przecież nie pójdę do góry z opuchniętym i obolałym ryjem!

Antybiotyki!

Zostawiliśmy w Katmandu.

- Niech to szlag! Może pójdziemy na górę i tam poszukamy lekarza? Założę się, że jest teraz jakaś wyprawa na Annapurnę, a każda wyprawa ma swojego lekarza.

- Nie pójdę do góry, nie mając pewności, że tam będzie jakiś lekarz, rozumiesz?

Próbuję się czegoś dowiedzieć, ale nie udaje mi się potwierdzić obecności lekarza w Annapurna Base Camp (ABC). Gospodarze twierdzą, że najbliższy pewny lekarz jest w... Pokharze. Tomek łyka porcję paracetamolu i idziemy spać, pełni czarnych myśli co do przyszłości naszej wyprawy.

Do rana Tomek spuchł tak, że prawe oko jest prawie niewidoczne. W lewym widzę pełną rezygnację. Listek paracetamolu prawie oskubany do zera. Wybiegam na zewnątrz.

- Przepraszam, jest tu może jakiś lekarz? - rzucam w kierunku grupki turystów.

- Żona jest pielęgniarką - odpowiada ktoś.

Sympatyczna pani niewiele może jednak pomóc. Chce nam dać środki przeciwbólowe, ale my mamy jeszcze własny zapas. Idę wyżej. Tu też jest kilka hotelików, ale nie ma lekarza. Próbuję dalej i wreszcie słyszę upragnione:

- Tak, jestem lekarzem. A co się stało?

Krótko wyjaśniam, o co chodzi, a pani doktor, Amerykanka, pro­si, żeby Tomek przyszedł na oględziny. Biegnę więc po niego.

- Nie wygląda to dobrze - oświadcza chwilę później pani doktor - ale mam bardzo silny antybiotyk. Jakby pan wziął dawkę uderze­niową, jest szansa, że pomoże.

- Ojej, suuuuper! Moglibyśmy kupić od pani ten antybiotyk?

- Kupić? Eee, nie, dam wam go, tylko że... Nasi tragarze zeszli już do Chomrong, a wraz z nimi nasza apteczka. Przykro nam.

- A jakbyśmy może... - szare komórki aż mi skwierczą z wysiłku, bo czuję, że to nasza ostatnia szansa - wynajęli tragarza, który by zszedł do wioski, gdzie będą dzisiaj panie nocować, wziął te leki i przyniósł je nam tutaj?

- Dobra myśl. Jak się państwu uda wynająć tragarza, nie ma żadnego problemu. Tylko proszę zapamiętać: jeśli po wzięciu tabletek w ciągu dwudziestu czterech godzin nie będzie lepiej, trzeba natychmiast schodzić. W razie poprawy radziłabym poczekać tu chociaż dwa dni dla pewności. Tam, w górze, taki stan zapalny mógłby się zakończyć tragicznie. Poza tym niech sobie pan to opuchnięte miejsce nagrzewa, w słońcu, termoforem, jakkolwiek.

- Przecież możemy poprosić jednego z naszych tragarzy, żeby skoczył do Bamboo z lekami - proponuje nagle towarzyszka pani doktor.

Żadne słowa nie potrafią wyrazić naszej wdzięczności...

Około piętnastej melduje się w naszym hoteliku tragarz z paczuszką i listem od pani doktor z informacją, jak brać leki i z życzeniami zdrowia. Nawet nie odpoczywa, tylko kasuje 600 rupii i rusza w drogę powrotną. Ten to ma zdrowie! Tomek łyka medykamenty według zaleceń i czekamy. Od gospodyni dostajemy trochę cieknący termofor i termos z wrzątkiem. Tomek leży w łóżku i się kuruje. Następnego dnia jest już widoczna poprawa. Będzie dobrze.

Tomek doszedł do siebie, więc ruszamy dalej. Postanawiamy zostawić dużą część bagażu w Bamboo. Będziemy tędy wracać. To jedna z naszych najlepszych decyzji. Szkoda, że nie wpadliśmy na to w Chomrong!

Czujemy się, jakbyśmy szli "na lekko". Różnica jest kolosalna. Nie dość, że mamy kijki, to jeszcze dużo lżejsze plecaki. Byle nie było już więcej niespodzianek! Prawie fruwam, choć jest sporo podejścia. Ale te podejścia są logiczne, systematycznie nabieramy wysokości. Albo jest pod górkę, albo po płaskim. To rozumiem. Szlak wiedzie przez ładne lasy - klony i dęby mienią się w słońcu wszystkimi kolorami jesieni. Mijamy kilka wysokich wodospadów. Niektóre rozdzielają się po drodze na tysiące odnóg, opadając z hukiem do rzeki. Kilka razy przekraczamy ją lub jej dopływy po prowizorycznych kładkach. Jesteśmy w Deorali na wysokości 3100 metrów n.p.m. Mój klapek trochę odkleja się od buta, ale bez paniki: nadaje się do naprawy. Po pysznym posiłku oglądamy nieziemski spektakl. Chmury raz zasłaniają, raz odsłaniają oświetlone na poma­rańczowo zachodzącym słońcem szczyty. Nie mogę oderwać oczu. Po zmroku wcale nie jest mniej ciekawie. Jasno błyszczący księżyc ponad ostro zarysowanymi krawędziami gór. Połowa hoteliku wylega na zewnątrz, usiłując zatrzymać tę chwilę na kartach pamięci aparatów. Nikt nie zwraca uwagi na zimno. Wracamy do środka na herbatę, żeby chwilę później wyjść na dwór na kolejny spektakl. Gwiazdy.

Tysiące gwiazd na wyciągnięcie ręki. Siedzimy na ławce i gapimy się w niebo. Mam wrażenie, jakbyśmy byli jego częścią. Nasze "tu i teraz". Może jednak wszystko się uda?

Dzisiaj relaks. Trasa przewidziana na dwie godziny. Idziemy sobie pomalutku, z przyjemnością. Krajobraz robi się coraz bardziej surowy. Jakieś wątłe bambusy, potem już tylko zeschnięta trawa. Widok na ośnieżone szczyty coraz rozleglejszy. Było lato, była jesień, teraz przyszła pora na zimę. Machapuchare Base Camp (MBC) na 3700 m n.p.m. położona jest w przepięknym miejscu. Widzimy stąd, częściowo zakryty chmurami, wierzchołek Annapurny I, Gangapurnę, Glacier Dome i oczywiście Machapuchare. Korzystając z ciepłych promieni słońca, wdrapujemy się na pobliską stację meteorologiczną. Leżymy w trawie, a wokół nas ośnieżone himalajskie szczyty i łopoczące na wietrze flagi modlitewne...

- Cześć!

- Cześć - odpowiadamy, nieco ogłupiali. Nie spodziewaliśmy się tu nikogo, a tym bardziej Polaka.

 Słyszałem, że rozmawiacie po polsku. Skąd jesteście?

Z Poznania.

 Ja ze Szczawnicy, a mój kumpel też z Poznania. No, nie przeszkadzam, na pewno się jeszcze spotkamy w hoteliku. Tak szybko, jak się pojawił, tak zniknął.

- Ej, czy mi się wydawało, że gadaliśmy przed chwilą z jakimś Polakiem?

- Ano, Polaka spotkać można wszędzie. Nawet w sercu Himalajów.

Jakiś czas później poznajemy Poznaniaka i jeszcze parkę z Gdańska. Cała MBC należy dziś wyłącznie do Polaków! Nawet gospodarz hoteliku mówi parę słów po naszemu. Wspomina ciepło Jerzego Kukuczkę. Jest okazja, żeby wymienić doświadczenia, poopowiadać anegdotki z podróży. Zachodzi słońce i z minuty na minutę robi się coraz zimniej.

- Musicie to zobaczyć! - wbiega do jadalni chłopak ze Szczawnicy.

Poznaniak, rozebrany do slipek, polewa się wodą z węża i z okrzykami radości namydla całe ciało. Woda jest prosto z rzeki! Na sam widok zaczynają mną wstrząsać dreszcze. Temperatura na zewnątrz spada poniżej zera, załączony obrazek tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kąpieli dziś nie będzie. Zarządzamy tak zwany "dzień dziecka". Opatuleni we wszystkie ciepłe ciuchy i popijając rozgrzewającą herbatę z rumem (dzięki, chłopaki!) podziwiamy, jak księżyc całuje sam czubeczek Machapuchare.


 

Dowiedz się więcej na temat: książka | podróże | fragment

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje