Reklama

Reklama

Jej ciała poszukiwano na wysypisku śmieci. Kulisy strasznej zbrodni

Przeczytaj fragment książki "Kroniki zbrodni. Tajemnicze zaginięcia, seryjni mordercy, sprawy, które wstrząsnęły Polską XXI wieku" Moniki Całkiewicz i Roberta Ziębińskiego, by poznać bliżej tragiczną historię zamordowanej pielęgniarki.

Miłość. Był taki film Lawrence’a Kasdana Kocham cię na zabój, czarna komedia, w której zakochana w mężu właścicielka pizzerii nie mogła znieść jego notorycznych zdrad, postanowiła więc go zabić, w myśl zasady: ja cię nie mam, to nikt nie będzie cię miał. Problem zaczął się wtedy, gdy miało już dojść do zabójstwa. Mąż bowiem niczym kot miał dziewięć żyć i nie chciał umrzeć. Bohaterka nasłała na niego płatnych morderców, kiedy jednak nie udało im się zabić wiarołomcy (nie byli zbyt lotni, trzeba przyznać), postrzeliła go, a na koniec otruła. I tu rzeczywistość zamieniła się w historię z dowcipu. Okazało się bowiem, że trucizna spowolniła krążenie, dzięki czemu rana nie krwawiła obficie, a z kolei to, że z bohatera wyciekła krew, zmniejszyło działanie trucizny. Brzmi idiotycznie – wiem, ale tak było. Zresztą przywołuję ten film nie przez przypadek.

Reklama

Kasdan bowiem oparł fabułę na prawdziwej historii Frances Toto, która za usiłowanie zabójstwa męża spędziła w więzieniu cztery lata. Jakkolwiek absurdalny mógł wydawać się ten film, większość wydarzeń w nim przedstawionych była prawdziwa. Frances próbowała zabić męża pięć razy. Na koniec, kiedy zawiedli wynajęci zakapiorzy, tak jak w filmie postrzeliła i otruła małżonka. Kiedy wydawało się jej, że ukochany umiera, wyznała mu miłość. Ten zaś obiecał, że jeśli kiedykolwiek jeszcze raz ją zdradzi, będzie mogła go  zabić. Absurdalne? Tak! Ale mąż przeżył. Zapłacił kaucję za żonę, potem, gdy władze stanu uznały, że muszą ją skazać (mimo że mąż wycofał zarzuty), opiekował się dziećmi i pisał petycje o zwolnienie ukochanej. Wszystko zaś skończyło się  happy endem. Frances i Tony prowadzili pizzerię i się kochali. Czy do śmierci – nie wiem, ślad po nich zaginął w 1991 roku. Ale możemy uznać, że tak. 

Niestety, w historii Elżbiety i Andrzeja happy endu nie ma. Choć do śmierci Elżbiety nie musiało dojść. Było wiele momentów w życiu pielęgniarki z Bielan, które mogły zdecydować o innym przebiegu tej historii. Andrzeja O. można było siłą usunąć z jej życia, ale nikt tego nie zrobił. Wiele osób przeżywających miłosny zawód słyszy: „Przejdzie ci”. Andrzejowi nie przeszło. Kochał Elżbietę, a kiedy się rozstali, nie potrafił o niej zapomnieć. Do tego stopnia, że ingerował w jej życie. Zniechęcał do niej potencjalnych partnerów, groził im. Kiedy to nie wystarczało, pisał oczerniające kobietę listy i donosy do jej pracodawcy. A Elżbieta zamiast definitywnie odciąć się od byłego partnera, w ramach oswajania jego gniewu utrzymywała z nim kontakt. Uprawiała z nim czasami seks. Dla świętego spokoju. Tyle że to nie pomagało. Przeciwnie. Obsesja mężczyzny na punkcie Elżbiety rosła, doprowadzając do tragedii. Udusił kochankę. A przynajmniej tak ustalili śledczy, bo ciała Elżbiety nigdy nie znaleziono. 

Miłość. Podobno najpiękniejsze uczucie, jakim jeden człowiek może obdarzyć drugiego. Problem zaczyna się wtedy, gdy miłość zamienia się w obsesję. A z tym mamy do czynienia w historii Andrzeja i Elżbiety – z zabójczą obsesją.

(...)

I poszła z nim do jego mieszkania w ten feralny dzień, chociaż się go bała

Na pewno się go bała, ale była to kobieta, która miała prawdopodobnie problem alkoholowy. A wcześniej kochankowie poszli na piwo… Można mieć wątpliwości, czy w pełni kontrolowała swoje postępowanie. Wiadomo, że po alkoholu człowiek staje się mniej ostrożny, przestaje prawidłowo identyfikować zagrożenia. Inna sprawa, że po alkoholu ludzie stają się też często agresywni, przestają hamować negatywne emocje. A alkohol piła nie tylko Elżbieta, ale też Andrzej.

Po drodze do mieszkania Andrzeja też kupili piwo. 

Tak. Po wejściu do mieszkania wypili po butelce zakupionego alkoholu, a następnie odbyli stosunek seksualny, po którym Elżbieta weszła do kuchni, żeby jeszcze się napić. W czasie rozmowy wyznała partnerowi, że ma półpaśca. Ten odpowiedział, że gdyby była mu wierna, to by takich chorób nie miała. Elżbieta wpadła we wściekłość, zaczęła wulgarnie wyzywać Andrzeja, mówiła, że zachowuje się jak śmieć, napluła mu w twarz. I wtedy on ją udusił. Broniła się, ale nie dała mu rady. Andrzej nawet próbował ją reanimować, ale było za późno. I w zasadzie na tym powinien się skończyć każdy film kryminalny. Czyli mamy zbrodnię, mamy motyw, wiemy, jakie są relacje między kochankami. Klasyczna zbrodnia z namiętności. Ale tu zaczynają się schody. A to dlatego, że Andrzej, jak się okazuje, w bardzo prosty sposób skutecznie pozbył się zwłok. Ciało Elżbiety owinął narzutą, wyniósł w nocy do kontenera śmietnikowego, który znajdował się przed budynkiem, wrzucił je tam i przykrył folią, którą wyjął z innego kontenera. Następnego dnia sprawdził, czy kontener został opróżniony. Ciało wciąż w nim było. Śmieci wywieziono dopiero kolejnego dnia. Andrzej był już spokojny. Pozbył się zwłok.

(...)

Dlaczego policja nie była w stanie znaleźć tych zwłok na śmietniku? 

Do zatrzymania Andrzeja O. doszło kilka tygodni po zabójstwie. Dopiero po złożeniu przez niego wyjaśnień dowiedziano się, co zrobił ze zwłokami. Wyobraź sobie, ile ton śmieci w tym czasie zostało wywiezionych. Przesłuchano pracowników firmy opróżniającej kontenery, ale nie byli w stanie precyzyjnie wskazać miejsca wyrzucania śmieci tego dnia. Ta sprawa notabene pokazuje, jak realnie wygląda u nas gospodarka odpadami i kontrola tego procesu, skoro już po paru tygodniach nie da się nawet w przybliżeniu od tworzyć, gdzie trafiają śmieci z jakiegoś obszaru. To wszystko utrudniło poszukiwania. Policjanci przeszukiwali wysypisko śmieci z użyciem psów specjalnie szkolonych do szukania zwłok. Z dokumentacji znajdującej się w aktach sprawy wynika, że bardzo staranie prowadzili poszukiwania, ale niestety, nie przyniosły one skutku.

Myślisz, że kiedykolwiek ją znajdą? 

Nie. Skoro to się nie udało kilka tygodni po zaginięciu, to już się nie uda. Przypuszczam zresztą, że nikt nie będzie szukał jej ciała. Dla procesu karnego jest to zbędne, skoro udało się ustalić i skazać sprawcę.

* Więcej o książce "Kroniki zbrodni. Tajemnicze zaginięcia, seryjni mordercy, sprawy, które wstrząsnęły Polską XXI wieku" przeczytasz TUTAJ.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje