Reklama

Reklama

Joanna Górska: Chcę czerpać z życia pełnymi garściami

- Nowotwór jest skrajnym doświadczeniem (...). Zmienia człowieka. Szkoda życia na złych ludzi, słabe jedzenie i niewygodne buty. Nie wiem, ile mam czasu. Nie chcę go marnować na relacje międzyludzkie, które mi szkodzą i działania, które mnie nie rozwijają. Życie wbrew sobie? Po raku nie ma już takiej opcji. Chcę czerpać z życia pełnymi garściami, robić ważne i pożyteczne rzeczy, które mają sens.- opowiada Joanna Górska, dziennikarka, autorka książki "Dziad. On silny, my silniejsi", założycielka Fundacją Silni Sobą.

Katarzyna Pruszkowska-Sokalla: Jak zapamiętała pani ostatnie chwile sprzed diagnozy?

- Wspominam je jako jedne z najpiękniejszych dni mojego życia. Byliśmy z narzeczonym po długich, bardzo trudnych rozwodach, zaczęło się wreszcie wszystko układać. Nasi synowie się polubili, udało nam się razem wyjechać na wakacje na Gran Canarię. Pamiętam moment, w którym myślałam: "Boże, dziękuję, że w końcu jest tak zwyczajnie i szczęśliwie". Miałam takie poczucie, że wreszcie sobie o mnie przypomniał, bo przez lata moje życie prywatne było pełne dramatów i trudności.

Reklama

- Właśnie na tym urlopie wyczułam, że między pachą a piersią mam guzka.

Pierwsza myśl?

- "Pewnie to nic takiego". Guzek był nieduży, położony płytko pod skórą. Myślałam, że to może być po prostu zapalenie mieszka włosowego. Ale do końca wyjazdu ciągle go dotykałam i miałam wrażenie, że z każdym dniem jest coraz większy. Dopiero po diagnozie okazało się, że to nie było wrażenie - on rósł w zastraszającym tempie. Moja intuicja podpowiadała mi, że to coś poważniejszego. Że właśnie zaczyna się dziać coś bardzo, bardzo złego.

Kiedy została pani zdiagnozowana?

- Z Gran Canari wróciliśmy w sobotę, a już we wtorek miałam wizytę u lekarza. Powiedziałam lekarzowi, że czuję ból, a on mnie uspokajał, że w takim razie to pewnie nie rak, bo rak nie boli. Jednak tego samego dnia na USG okazało się, że w guzie widać przepływy krwi, czyli rak zdążył zbudować sobie cały system naczyń, który zaopatrywał go w składniki potrzebne do wzrostu. Zaraz po badaniu miałam biopsję cienkoigłową. Na wyniki miałam czekać dwa tygodnie, ale dostałam je znacznie szybciej.

Jak zapamiętała pani ten dzień?

- Pracowałam trzeci lub czwarty dzień z rzędu na poranku. Byłam bardzo zmęczona codziennym wstawaniem o trzeciej nad ranem, dlatego marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Zadzwoniłam do mamy i do Roberta, żeby nie martwili się brakiem kontaktu ze mną i zasnęłam. Kiedy się obudziłam, na obu telefonach - i służbowym, i prywatnym, miałam po kilkanaście nieodebranych połączeń. W internecie sprawdziłam, że to numer infolinii LuxMedu. Wtedy już wiedziałam, że są wyniki i, że pewnie są złe. Pojechałam do przychodni i tam dowiedziałam się, że w pobranej próbce znaleziono komórki nowotworowe nieznanego typu. Na odchodne usłyszałam, że powinnam "działać szybko". To było 20 lipca 2017 roku.

Jak zareagowali bliscy?

- To był szok, nagle znalazłam się w świecie, którego nie znałam, a razem ze mną moi bliscy. Robert, po początkowym szoku, bardzo szybko przestawił się na zadaniowe działanie, miał absolutną pewność, że damy sobie z tym radę. Najbardziej martwiłam się tym, jak powiem o chorobie synowi, który miał wtedy 12 lat. Nie wiedziałam, jak dużo i jak mu powiedzieć, natomiast nie miałam wątpliwości, że wiedzieć musi. Powiedzieliśmy mu razem z Robertem, że wyniki nie są takie, jakbyśmy chcieli, ale dużą nadzieję daje to, że rak został wcześnie wykryty. Że może za rok będzie już po leczeniu, ale teraz będę potrzebowała dużo spokoju, pomocy w wykonywaniu domowych obowiązków.  Kacper bardzo to przeżył, ale szybko wziął się w garść. Już tego samego dnia nauczył się, jak obsługiwać pralkę i zmywarkę.  Zresztą on szybko dorósł, pewnie także dlatego, że był świadkiem rozwodu rodziców. Przez całe leczenie był ogromnym wsparciem. Nigdy nie zapomnę jego buziaków w moją łysą głowę. Odmierzania szkolną linijką odrastających włosów. 

- Mama na początku zareagowała bardzo nerwowo, martwiłam się, czy ta sytuacja nie skończy się dla niej zawałem. Potem była bardzo dzielna, opiekowała się mną, trzymała za rękę, kiedy spałam. Nigdy przy mnie nie płakała, na łzy pozwalała sobie wtedy, kiedy myślała, że nie widzę.

Od czego zaczęła pani leczenie?

- Kluczową sprawą była karta DiLO (dokument uprawniający do szybkiej ścieżki diagnostycznej - przyp. red.). Wydają ją tylko lekarze rodzinni,  ja swojego miałam w Olsztynie. Musiałam się przenieść z dokumentami do Warszawy. Wizyta u nowego lekarza była koszmarnie trudna, bo młoda lekarka, która wystawiała mi kartę, robiła to dopiero od kilku miesięcy. Zaczęła załamywać nade mną ręce, że jestem taka młoda, że coraz młodsze kobiety chorują na raka, że ona by się w takiej sytuacji kompletnie załamała. Odpowiedziałam jej, że, z tego co wiem, rak wcześnie wykryty daje duże szanse na wyleczenie. Wyszłam stamtąd załamana.

- Na szczęście tego samego dnia zadzwoniła do mnie lekarka, która robiła mi USG. Powiedziała mi, że w pierwszej kolejności powinnam zadzwonić na infolinię Centrum Onkologii, a oni przydzielą mi termin pierwszej wizyty u onkologa. Tak zrobiłam.

Długo czekała pani na tę wizytę?

- Nie, miałam ją 2 sierpnia, biorąc pod uwagę sezon urlopowy, przyjęto mnie bardzo szybko. Po biopsji gruboigłowej okazało się, że mój guz jest bardzo złośliwy (95 proc.) i  trójujemny. Kiedy zobaczyłam jego opis i charakterystykę biologiczną powiedziałam: "Taki jesteś silny? Ja silniejsza! Wypier***** dziadu". Zaczęły się wędrówki od jednego prywatnego gabinetu lekarskiego do drugiego. Szybko powiedziałam o diagnozie rodzinie i znajomym, więc nazbierałam sporo kontaktów do polecanych lekarzy. Takich, którzy współpracują z międzynarodowymi ośrodkami, którzy mają aktualną widzę, którym się jeszcze chce. Poczta pantoflowa jest najlepsza. Wykorzystałam wszystkie namiary i znajomości znajomych, dlatego zawsze powtarzam, że choroby nie należy się wstydzić, trzeba szukać wsparcia, a ludzie chcą pomagać.

- Na początku każdy lekarz proponował mi inne leczenie - jedni chcieli od razu wycinać guza, drudzy absolutnie to odradzali, mówiąc, że podczas operacji komórki nowotworowe mogą dostać się do krwioobiegu i rozsiać po całym organizmie. Postanowiliśmy z Robertem zaufać intuicji i poddać się leczeniu zaproponowanemu przez panią dr Katarzynę Pogodę i dr Aleksandra Grousa.  

Wspomniała pani o wstydzie powodowanym chorobą. Był taki moment, że pani też go czuła?

- Nie, zupełnie nie. Z natury jestem otwarta, ciągnie mnie do ludzi. Poza tym moja mama od lat choruje na bielactwo, wychowywałam się w domu, w którym choroba była na porządku dziennym. To nauczyło mnie twardo stąpać po ziemi i nie wstydzić się słabości.

Pojawiały się pytania "dlaczego ja?"?

- Też nie. Bo niby dlaczego zachorować miałby ktoś inny? Nie myślałam o tym, że moja choroba jest efektem trybu życia, karą za grzechy, że oto wróciła karma i cierpię za błędy, które kiedyś popełniłam. Koncentrowałam się tylko na tym, by wyzdrowieć. 31 sierpnia zaczęłam chemioterapię. To jedno z najbardziej bolesnych wspomnień.  Bardzo wyraźnie pamiętam, jak czerwony płyn szedł przezroczystą rurką do mojej żyły. To było przerażające. Wiedziałam, że choć ten płyn ma za zadanie dobić dziada, osłabi także i mnie.

Co się z panią działo po wlewie?

-  Nie było tak, jak w filmach. Medycyna poszła do przodu, są bardzo skuteczne leki przeciwwymiotne i najczęściej nie trzeba spędzać całej nocy nad muszlą klozetową. Jednak chemioterapia ma wiele skutków ubocznych. Były momenty, w których byłam tak słaba, że nie mogłam się sama ubrać, umyć, pójść do toalety. Bolało mnie dosłownie wszystko - skóra, żyły, mięśnie, zęby, oczy i głowa. Na szczęście to nie trwało długo. Wlewy miałam w środy, do piątku czułam się bardzo źle, ale w niedzielę już normalnie. Do tego stopnia, że długo byłam aktywna zawodowo. Dzięki mojemu ówczesnemu pracodawcy prowadziłam poranki przez trzy dni, a w środę po pracy jechałam na chemię. A skoro rozmawiamy o chemioterapii - wie pani, co trzeba zabrać ze sobą?

Picie, jedzenie?

- Przede wszystkim ciepły koc, niezależnie od pory roku. Chemia ma zazwyczaj ok. 25-26 stopni, dlatego kiedy wchodzi do żył, ochładza całe ciało i robi się potwornie zimno. Słuchawki, żeby zagłuszyć odgłosy pomp, których w pomieszczeniu może być kilkanaście, człowiek czuje się jak u zegarmistrza. Kanapki, ale takie, które nie pachną intensywnie, bo inni pacjenci mogą na zapach zareagować wymiotami. Dużo wody, bo im więcej się pije i robi siku, tym szybciej organizm pozbywa się chemii.

Chemioterapii często towarzyszy wypadanie włosów. Jak to pani zniosła?

- Od początku wiedziałam, że stracę włosy, nie bez powodu czerwoną chemię nazywa się czerwonym diabłem albo fryzjerką, bo równo kosi wszystkie dziewczyny. U mnie poszło szybko. Pani doktor powiedziała, że włosy zaczną wypadać po drugim wlewie, najpewniej w piątek. Umówiłam się więc do mojej fryzjerki, ale włosy zaczęły mi wychodzić już w czwartek. Były już inne w dotyku.

Inne?

- Martwe. Jak wata. Wychodziły garściami. Nie mogłam tego znieść, więc poprosiłam Roberta, żeby dał mi swoją maszynkę. Zapytał, czy chcę to zrobić sama, bo akurat wychodził zawieźć mojego syna do szkoły i moglibyśmy ogolić głowę razem po jego powrocie. Chciałam być sama. Zamknęłam się w łazience, włączyłam głośną muzykę i ogoliłam sobie głowę.   

Poleciały łzy?

- Wtedy nie. Później, kiedy wysłałam zdjęcie bliskim i znajomym, popłakałam się. Robert odpisał, że wyglądam pięknie, mamusia też. Wszyscy pisali, że dobrze wyglądam, mam ładny kształt głowy, że teraz widać, jak duże mam oczy. Popłakałam się też, kiedy pierwszy raz zobaczył mnie synek. Popatrzył na mnie, pogłaskał po głowie i stwierdził, że jest dobrze, a mój jeżyk jest miły w dotyku.

Nosiła pani perukę?

- Tak, to było jasne, że jeśli chcę pracować na antenie, to nie z łysą głową. Do salonu pojechałam z Robertem i z Piotrem, stylistą Polsatu, jeszcze kiedy miałam swoje włosy. Wybieraliśmy perukę na antenę, wiedziałam, że prywatnie raczej będę nosiła chustę, albo będę chodzić łysa. 

Jak wyglądał wybór peruki?  

- Pamiętam, że usiadłam w fotelu, pani zebrała mi włosy i schowała pod czepkiem w cielistym kolorze. Zobaczyłam, jak będę wyglądała bez włosów i to było bardzo trudne. Potem zaczęło się przymierzanie peruk. Na szczęście w salonie pracowały profesjonalistki, nie było rozczulania się i przytulania na siłę. Po założeniu pierwszej przez kilka minut nie mogłam otworzyć oczu i spojrzeć w lustro. Robert powtarzał, żebym się nie spieszyła, Piotrek mówił, że nie muszą się bać bo dobrze wyglądam. Odważyłam się, popłakałam, a potem przymierzyłam kolejną i kolejną. Szybko stało się to mechaniczne, jakbym przymierzała ubrania.

Znam panie, które mówią, że utrata włosów była dla nich gorsza, niż utrata piersi. A słyszały: o włosy płaczesz?

- Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nigdy nie był w podobnej sytuacji. To nie są TYLKO włosy. To jest aż symbol choroby; aż symbol bólu; a kiedy odrastają - aż symbol zdrowienia. Przecież zdrowi potrafią rozpaczać, kiedy nie są zadowoleni z wizyty u fryzjera, cięcie nie takie, albo kolor i jest dramat, nerwy. A co mają powiedzieć osoby, które wiedzą, że  włosów nie będą miały wcale przez co najmniej kilka miesięcy?  Znam dziewczyny, które przechowują w pudełkach włosy, które straciły podczas chemioterapii. Nie potrafią się z nimi rozstać. Różne kobiety różnie radzą sobie ze stratą.

Jak leczenie zmienia kobietę?

- Utrata włosów to nie wszystko. Podczas leczenia zmieniają się rysy twarzy: rośnie kark, drugie gardło, szyja robi się szeroka. Ja przytyłam 16 kilogramów. Powiem brutalnie: wygląda się jak wielka parówka. A na dodatek parówka bez włosów, rzęs i brwi. Jestem bardzo wdzięczna mojej pani doktor także za to, że po pierwszym wlewie powiedziała mi, że jeszcze nie jest za późno na permanentny makijaż brwi. Za dużo naoglądała się pacjentek, które jednym ruchem ręki rozmazywały sobie na pół czoła namalowane kredką brwi, a potem wpadały w rozpacz. Dla mnie bardzo trudna okazała się utrata paznokci.

Nie słyszałam o tym skutku ubocznym chemioterapii.

- Tak, nie mówi się  o sprawach, które są obrzydliwe. Wiele kobiet po chemii traci paznokcie, mi zeszły prawie wszystkie u stóp, na dłoniach trzymały się macierzy zaledwie na powierzchni dwóch milimetrów, bałam się, ze gdzieś nimi zahaczę i oderwę. Ale tu nie tylko o wygląd chodzi, to potwornie boli,  jakby ktoś wbił pod płytkę gwóźdź i nim kręcił we wszystkie strony.  Moje paznokcie u rąk przyjmowały wszelkie odcienie szarości i żółci. Żeby nie było tego widać, moja pani doktor doradziła mi, abym robiła sobie hybrydy. Z perspektywy czasu wiem, że mogłam tego bólu uniknąć. W USA na czas chemii pacjentki zakładają specjalne wychładzające buty, wkładają dłonie w lód albo trzymają w zimnych okładach. Dzięki temu chemia nie dociera do paznokci. Bardzo żałuję, że nie wiedziałam tego na początku leczenia.

Co jeszcze warto wiedzieć?

- To, że chemia wysusza wszystkie śluzówki, więc dobrze nosić ze sobą sztuczne łzy, sztuczną ślinę, krople nawilżające do nosa. Że trzeba nawilżać pochwę, bo inaczej mogą pojawić się uciążliwe infekcje. Że leki, które przyjmuje się, by chronić jajniki, wprowadzają organizm w stan menopauzy, więc pojawią się typowe objawy: szorujące po dnie libido, zmiany nastrojów, uderzenia gorąca. Trzeba się na to przygotować, choćby psychicznie.

Jak na zmiany wyglądu reagowali widzowie?

- Długo udawało mi się ukrywać przed nimi chorobę. Prowadziłam program w peruce. Publicznie o raku powiedziałam 22 października 2017 roku na Facebooku, byłam już wtedy po trzech wlewach, musiałam wziąć wolne w pracy, bo po czerwonej bardzo źle się czułam i miałam zapalenia jamy ustnej, przez które nie mogłam mówić. Zaczęły się pytania od widzów: dlaczego pani nie ma na antenie? Czy wybrała się pani na wakacje? Odeszła pani do konkurencji? W pracy także pojawiły się plotki, jedni myśleli, że miałam udar, drudzy diagnozowali mi inne przypadłości. Słuchanie tych plotek było dla mnie trudne, bo gdyby ktoś zdobył się na to, by do mnie podejść i wprost zapytać - powiedziałabym, z resztą ekipa poranka i szefostwo wiedziało praktycznie od samego początku. 

Jak się pani czuła po tym publicznym wyznaniu?

- To było uwalniające. Zrozumiałam, że słowa "zrzucić ciężar z barków" można odczuć  dosłownie.

Powiedziała pani światu, przyjęła kolejną chemię. Co było dalej?

- Po ostatniej, czwartej, czerwonej chemii było jeszcze dwanaście białych. Chemioterapię skończyłam 31 stycznia, a 15 lutego miałam zabieg. Przeszłam operację oszczędzającą, zmianę wycięto z dużym marginesem. Między pachą a piersią mam teraz sporą dziurę, ale całkiem ładne szycie. Najważniejsze było to, co okazało się później. Otóż miałam stuprocentową odpowiedź na chemioterapię, w wyciętych tkankach nie było ani jednej komórki nowotworowej, to właściwie bilet na długie życie, los na loterii. Potwierdzają to wszyscy lekarze do których trafiam już w czasie remisji. Wielokrotnie już słyszałam, że jestem szczęściarą i że mam pięknie żyć.

Co pani czuje widząc bliznę?

- Jest świadectwem mojej siły, wsparcia i miłości bliskich, profesjonalnej opieki lekarzy, drogi, jaką przeszła cała moja rodzina. Nie wstydzę się jej, nie chowam.

Kiedy zakończyła pani leczenie?

- Po chemioterapii i operacji miałam jeszcze radioterapię, pod koniec kwietnia skończyłam leczenie. Dokładnie 27 kwietnia 2018 roku.

Trwało nie rok, a 9 miesięcy.

- Tak, poszło sprawnie, byłam zdyscyplinowanym pacjentem. Miałam tylko jedną "odroczkę". To przesunięcie leczenia, m.in. ze względu na kiepskie wyniki krwi. W takiej sytuacji podanie chemii mogłoby skończyć się sepsą. Potrzebowałam przerwy aby nabrać sił, ale tylko raz. Kiedy moje wyniki się poprawiły, przyjęłam kolejne wlewy. Pod koniec chemioterapii otrzymaliśmy od pani doktor pozwolenie na podróż na Seszele, to był mój prezent od Roberta za dzielne znoszenie trudów leczenia.  Ludzie pukali się w głowę, rozpisywali się w komentarzach pod artykułami o mnie z tytułem typu: "Joanna Górska z rakiem poleciała w tropiki". Pisali, że rak nie lubi zmian kontynentów, klimatu, jedzenia, ciśnienia w samolocie. Ale my mieliśmy zgodę lekarza, Robert wykupił porządną polisę, zrobiliśmy zapas antybiotyków i sterydów oraz wszelkich leków "na wszelki wypadek".  Po powrocie okazało się, że tak dobrych wyników krwi nie miałam nawet na początku leczenia. Bez problemu przyjęłam ostatni wlew i mogłam szykować się na operację.

Co w chorowaniu było dla pani najmniej wspierające?

- System zdrowia, który sprawia, że  człowiek jest tylko trybikiem. Narodowy Instytut Onkologii  w Warszawie to duża instytucja, tutaj przyjeżdżają ludzie z całego kraju, tysiące. Wystarczy zobaczyć jak wygląda parking każdego dnia, jest zapchany tak samo jak szpitalne korytarze. Podziwiam lekarzy, którzy zdecydowali się pracować w Polsce, mają bardzo ciężko. W naszym kraju na jednego onkologa przypada średnio 30 pacjentów na dzień, a w Niemczech np. onkolog ma 10 pacjentów, ale tygodniowo. Jest różnica? Nic dziwnego, że obok lekarzy "aniołów" pracują też ci sfrustrowani i pozbawieni empatii. Trzeba wiedzieć kto w którym gabinecie przyjmuje aby się nie naciąć. Na początku leczenia wszystko jest obce, ale szybko człowiek uczy się, które pielęgniarki pobiorą krew delikatnie, a które tak, że zrobi się siniak, w którym gabinecie złożyć uszy po sobie i na wdechu przetrwać wizytę, a w którym można znaleźć lekarza, którego pytania pacjenta nie irytują. Z czasem człowiek zna szpital jak własną kieszeń.

A społeczeństwo? Wspiera czy ciągle krzywo patrzy na chorych?

- Uważam, że mamy sporo do zrobienia. Łysa kobieta lub z chustą na głowie ciągle budzi sensację w sklepie i na ulicy. Idzie ku dobremu, ale rak ciągle jest tematem tabu. Lepiej żebyśmy nauczyli się rozmawiać z chorym i o chorobie, bo eksperci mówią, że nowotworów będzie coraz więcej. 

A co podczas leczenia dodawało pani sił?

- Moi bliscy. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym chorowała w samotności. Robert jeździł ze mną na wszystkie wizyty, pytał lekarzy o możliwości leczenia, robił dla mnie notatki. To ważne, bo często po wizycie nie potrafiłam sobie przypomnieć, o czym właściwie rozmawialiśmy. Podczas tej, na której dowiedziałam się, jak bardzo złośliwy jest dziad, czułam, jakbym obserwowała całą sytuację z góry, oglądała ją w kinie. Dlatego pomoc Roberta była nieoceniona - on pamiętał i o terminach wizyt, i o porach przyjmowania leków. Warto wiedzieć, że pacjentki onkologiczne mają prawo, zagwarantowane ustawą, do osoby wspierającej, która może im towarzyszyć podczas wizyt.

Niektóre kobiety nie lubią zwrotów "walczyć z rakiem", "przegrać z rakiem". Jakie jest pani zdanie?

- Wiem, że wielu kobietom to przeszkadza. Wcale się nie dziwię, bo skoro używamy języka militarnego, jest walka, jest wróg, to jest wygrana albo przegrana. Pamiętam pana, który napisał do mnie wiadomość - o tym, że jego mama przegrała walkę z rakiem. Zapytałam, ile lat chorowała, on napisał, że siedem. Odpisałam mu, że moim zdaniem mama te 7 lat wygrała. Przecież w tym czasie podrosły jej wnuki, spędzili razem wiele pięknych chwil, dzieci będą pamiętały babcię nie tylko z fotografii. Pan odpisał słowami: Nigdy tak o tym nie myślałem. Ma pani rację, moja mama wygrywała każdy dzień.

Państwa książka "Dziad. On silny, my silniejsi" ma podtytuł "o naszej walce z rakiem". Dlaczego?

- To proste. My byliśmy na wojnie o moje zdrowie i życie, bo każdego dnia toczyliśmy walkę. Lekarze byli generałami, a bliscy i znajomi naszymi oddziałami zbrojnymi. Ja walczyłam o normalne funkcjonowanie, o każdy uśmiech i przytulenie dziecka, wstanie z łóżka, pójście na spacer czy do pracy, o każde wspomnienie i o każdą emocję. I mimo, że psycholodzy twierdzą, że mówienie o walce jest dokładaniem choremu kolejnego ciężaru, ja wiem, że dla mnie określenie przeciwnika i przyjęcie takiego właśnie języka niesamowicie mnie motywowało.

Mówi się, że nastawienie psychiczne ma znaczenie. Zgadza się pani?

- Tak. Złe myślenie przynosi złe wyniki. Przeżyłam to. Miałam najczarniejsze myśli, miałam już dość i nawet pomyślałam, że powinnam odejść, że to będzie moje ostatnie Boże Narodzenie. Ciągle płakałam, nie byłam w stanie się opanować, miałam koszmarnie złe wyniki krwi. Wtedy właśnie dostałam "odroczkę". Z rozsypki pozbierał mnie Robert, który spokojnie, ale stanowczo i uparcie wkładał mi do głowy, że mam dla kogo żyć, że muszę wychować syna, że zaraz te męczarnie się skończą, że muszę wytrzymać. 

Jak choroba zmieniła pani życie?

- Nowotwór jest skrajnym doświadczeniem. Zmienia postrzeganie właściwie wszystkiego. Zmienia człowieka. Szkoda życia na złych ludzi, słabe jedzenie i niewygodne buty. Nie wiem, ile mam czasu. Nie chcę go marnować na relacje międzyludzkie, które mi szkodzą i działania, które mnie nie rozwijają.  Życie wbrew sobie? Po raku nie ma już takiej opcji. Chcę czerpać z życia pełnymi garściami, robić ważne i pożyteczne rzeczy, które mają sens.

- Dlatego odeszłam z pracy, aby żyć po swojemu i na własnych zasadach. Razem z narzeczonym ruszyliśmy z Fundacją Silni Sobą, będziemy pomagać parom po chorobach nowotworowych lub z chorobami przewlekłymi w powrocie do normalności i dawnej bliskości. Otworzyłam własną firmę, prowadzę treningi medialne, mam coraz więcej klientów. Współpracuję z TV4, zostałam współprowadzącą niezwykle wartościowego programu "Kocham. Przepraszam. Dziękuję." Prawdziwi ludzie, prawdziwe historie, prawdziwe emocje. Polecamy się w każdą sobotę o 20:00. Teraz "na swoim" w końcu mam czas i siłę na siłownię nawet trzy, cztery razy w tygodniu i na angielski dwa razy w tygodniu. Żyję intensywniej, ale spokojniej. No i od miesięcy nie wstaję do pracy o trzeciej nad ranem. 

Można powiedzieć, że dziś jest pani zdrowa?

- Nie, jestem w remisji raka piersi, już od 42 miesięcy. Zdrowa będę po pięciu latach bez wznowy i przerzutów.

Jak często robi pani badania kontrolne?

- Wcześniej, do trzech lat od zakończenia leczenia, robiłam co trzy miesiące, teraz co pół roku. Kolejne badanie w listopadzie.

Boi się pani?

- Oczywiście, ale już nie tak jak kiedyś.  Po leczeniu potrzebowałam terapii. Strach przed tym, że rak wróci, był paraliżujący. Zdiagnozowano u mnie Syndrom Stresu Pourazowego. Bałam się czerwonego koloru i czerwonych płynów, paniką reagowałam na niektóre dźwięki i zapachy. Przed badaniami potrafiłam nie spać całymi nocami, byłam kłębkiem nerwów.  Pomogła mi terapia Simontona, skierowana do pacjentów onkologicznych. Dostałam narzędzia, które pozwalają mi pracować nad myśleniem, przekonaniami i wyobraźnią. Warsztaty pomogły oswoić temat śmierci. Teraz zbliżających się badań aż tak bardzo się nie boję, choć oczywiście jest to wielki stres.

A co, jeśli nie usłyszy pani, że jest "czysto"?

- Trzeba będzie działać i drugi raz pokazać, że jest się silniejszym. Myślę o tym właściwie codziennie. Skutki uboczne leczenia, które ciągle odczuwam, takie jak bolące kości i stawy,  nie pozwalają mi zapomnieć o tym, co się wydarzyło i przypominają o tym, co może się stać. Czarne myśli nie zatruwają jednak mojego życia. Żyję najpiękniej, jak umiem. Zrozumiałam też, że nikt nie ma gwarancji jutra.  Cieszę się na to, co jeszcze przede mną.

Rozmawiała: Katarzyna Pruszkowska-Sokalla

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje