Reklama

Reklama

Jonathan Carroll: Wszyscy szukamy spełnienia w miłości


Sara Przepióra: W twojej nowej powieści pt. "Mr.Breakfast" główny bohater może zobaczyć, jak wyglądałoby jego życie, gdyby dokonał w nim innych wyborów. Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, jak wyglądałoby twoje alternatywne życie?

Jonathan Carroll: - Jedyną rzeczą, którą chciałem robić prócz pisania, było tworzenie scenariuszy filmowych. W połowie lat 90. wyjechałem do Hollywood na dwa lata, aby pracować przy produkcji filmów. To było całkiem w porządku, ale wolę żyć w Europie i pisać książki, więc wróciłem. Miałem więc to szczęście, żeby przez chwilę żyć tym swoim alternatywnym życiem, a później wrócić z niego i stwierdzić, że wolę moje poprzednie.

Reklama

Główny bohater powieści pokonuje czasoprzestrzeń, aby obserwować własne życie w różnych jego wersjach. Czy podczas tworzenia wcieleń Grahama Pattersona, inspirowałeś się teorią światów równoległych?

- Niespecjalnie. Najistotniejsze było dla mnie to, że każda osoba, nieważne w jakim jest wieku, w pewnym momencie swojego życia zastanawia się nad tym, co by się stało gdyby zrobiła to, zamiast tamtego. Zaczyna kwestionować rzeczywistość, w której się znajduje.

- Wszyscy zadajemy sobie pytania, np. "co by się stało gdybym wyszła za mąż za kogoś innego?", "przyjął tamtą pracę? Albo pojechał do Hongkongu?". Czasem to nas przeraża, gdy zastanawiamy się nad tym i dochodzimy do wniosku, że nie lubimy naszego życia. Zaczynamy myśleć, czy w innym życiu bylibyśmy szczęśliwsi. Myślę, że to dotyczy każdego z nas. Chciałem napisać książkę o wyborach i nie skupiać się tak bardzo na wielu światach.

Czyli wpadłeś na ten pomysł, gdy zastanawiałeś się nad tym, jakby twoje życie wyglądało, gdybyś dokonał innych wyborów?

- Tak. Jestem szczęściarzem, że żyję właśnie takim życiem. Lubię je, ale wiem, że wiele osób czuje inaczej. Wiem też, że niektórzy z nich żałują swoich decyzji i myślą o tym, co by się stało, gdyby mogli wybrać dla siebie inną ścieżkę. W niektórych przypadkach jest to naprawdę tragiczna sprawa.

Jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób zbudowałeś każdą z rzeczywistości głównego bohatera. Jak tworzysz tak skomplikowaną fabułę?

- Uważam, że istnieją dwa typy pisarzy. Są tacy, którzy od początku do końca wiedzą, jak będzie wyglądać ich praca. Są również tacy, którzy nie mają o tym pojęcia. W głowach mają tylko jedno zdanie lub jeden paragraf. Ja właśnie należę do takiego typu pisarzy. Gdy zaczynałem pracę nad książką "Mr. Breakfast", wymyśliłem tylko zdanie: "Chcemy porozmawiać teraz o Pattersonie", które równocześnie jest pierwszym zdaniem w niej zawartym. Wtedy pomyślałem: "Kto mógł to powiedzieć?" i "Z kim on mógł rozmawiać?", "Czemu pytają o to kim jest ten facet - Patterson?".

Skąd więc taki tytuł?

- Zesłano mi go z niebios!

Graham Patterson przenosi się między rzeczywistościami za pomocą tatuażu. Co myślisz na ich temat?

- Bardzo lubię tatuaże, ale uważam, że większość z nich jest głupia i nieprzemyślana. Raz na jakiś czas można zobaczyć przepiękne i artystyczne prace, że aż chce się je oprawić w ramkę i postawić w muzeum. Nie rozumiem dlaczego ludzie robią sobie takie same tatuaże. Wielu ludzi ma np. węża, miecz czy syrenkę. Dlaczego miałabyś robić sobie taki sam tatuaż jak ja? Jeśli chciałabyś wytatuować sobie wzór na ciele, to chyba taki, który jest dla ciebie wyjątkowy. Te tatuaże, które zapisały się w mojej pamięci były niesamowite i niepowtarzalne, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Ich styl był tak bardzo oryginalny, że aż chce się stanąć w miejscu i je podziwiać.

Opisujesz w książce wiele różnych związków i odmiennych relacji. Czy zdarza ci się czerpać ze swoich doświadczeń?

- Myślę, że pisarze, którzy twierdzą, że żadna z ich książek nie jest autobiograficzna, kłamią. Nawet jeśli umieścisz powieść w XIV wieku, musisz zawrzeć w takiej historii swoje doświadczenia, uczucia, czy własną filozofię życia. Jedną z rzeczy, których nie chciałem poruszać w mojej książce, jest seks. Postać Pattersona zaprzyjaźnia się z Greczynką i nie jest to absolutnie relacja nacechowana pożądaniem. Oni są tylko świetnymi przyjaciółmi, których łączy platoniczna więź. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie napisałem. We wszystkich moich książkach można znaleźć romantyczne historie małżeństw czy kochanków. Pomyślałem sobie: "Nigdy nie stworzyłem takiej platonicznej relacji, czemu by nie spróbować?". Wiele lat temu miałem podobną i równie silną platoniczną więź z kobietą. Więc w takim sensie jak najbardziej, moje doświadczenia i uczucia przeniosłem na papier. Jeśli chodzi o inne relacje to nie zaznałem ich, to była tylko moja wyobraźnia.

Czyli wierzysz w przyjaźń damsko-męską?

- Jasne! Chociaż smutne jest to, że większość osób postrzega relacje damsko-męskie tylko w kategoriach miłości i romansu. Dla mnie relacje z kobietami wzbogacają życie, ponieważ one widzą świat inaczej niż my, mężczyźni. Kobiety widzą wszystko wielopoziomowo, mężczyźni natomiast liniowo: wykonaj tę pracę, skończ grę. Jeśli powiem koledze, że mam problem, to on na pewno powie mi, żebym wykonał konkretne działania, które go rozwiążą. Jeśli zwrócę się z nim do kobiety, to zaproponuje mi rozmowę, ponieważ wolą przedyskutować dany temat. Może nie wymyślimy konkretnej taktyki, ale taka konwersacja pozwoli mi zobaczyć pewne sprawy w prostszy sposób.


Natrafiłam w książce na wiele nawiązań do kultury polskiej, bliskowschodniej a także greckiej. Fascynują cię inne kultury i zwyczaje?

- Spędziłem dużo czasu w Grecji i nigdy nie miałem postaci osadzonej w tej kulturze, więc postanowiłem taką stworzyć. Kiedyś dużo podróżowałem, ale już tego nie robię. Chyba się "wypodróżowałem". Więc udanie się do Nigerii, czy Litwy już mnie nie interesuje. Interesują mnie jednak ludzie, którzy zamieszkują te odległe kraje, ale odwiedzam ich tylko w mojej głowie. Właśnie w taki sposób teraz podróżuję.

Interesuje mnie dylemat, który nazwałeś w książce "pytaniem o lody": Czy wybrać spokojne życie, które nie zaskoczy cię niczym szczególnym, czy próbować sięgnąć po najwspanialsze doznania, które mogą przydarzyć się nam tylko raz?

Jakie jest Twoje stanowisko?

- Myślę, że doświadczamy w życiu wiele nieciekawych rzeczy, takiej codziennej, męczącej rutyny. Wstajesz rano, jesz płatki i biegniesz do szkoły, czy pracy, a późnej idziesz do kina i jesz obiad. Jednak bardzo rzadko zdarza się coś wyjątkowego, coś, co naznacza twoje życie. Może to być romans, wspaniała podróż, czy poznanie wyjątkowej osoby.  I to jest właśnie coś, co weźmiesz ze sobą do grobu. Nie zapamiętasz tej codziennej rutyny i rzeczy, które robisz po tysiąc razy, takich jak pięćdziesiąt dziewięć tysięcy wypitych kubków kawy. Więc jeśli zapytasz mnie, czy chcę wypić najlepszą kawę na świecie, ale tylko raz, to odpowiem: "Jasne, dawaj mi ją!". Wiem, że będę zawiedziony kolejnymi kawami, ale pozostanie ze mną pewne niezwykłe wspomnienie.

Jak z tym dylematem poradził sobie Graham Patterson?

- Książka zaczyna się od historii faceta, który orientuje się, że jego życie nie jest takie, jakim je sobie wymarzył. On chce być komikiem, ale nie jest w tym dobry, więc myśli: "Co mam teraz zrobić?". W tym konkretnym życiu stał się później świetnym fotografem, miał w sobie to coś, ten magiczny talent. W innym wcieleniu był tylko głową rodziny. To nie było wyjątkowe życie, ale znalazł w nim dużo szczęścia. Był w udanym związku z osobą, którą bardzo kochał, miał syna, który był jego oczkiem w głowie. Mamy więc jednego Grahama, który jest samotny, a jego życie jest porażką. Drugi odnosi wielki sukces i ma świetną przyjaciółkę. Natomiast trzeci nie jest wcale wyjątkowy, ale ma rodzinę, którą uwielbia. Zakończenie książki może bardzo zaskoczyć, ale taki miał być jego cel.

To prawda, zakończenie było bardzo niecodzienne. W końcu wszystko dotyczyło emocji, a decyzja Grahama wypłynęła właśnie z miłości do dziecka. Uważasz, że to właśnie miłość jest najważniejsza?

- Tak, ponieważ ważną sprawą, którą chciałem przedstawić w książce, jest poszukiwanie miłości. Pierwszy Graham wciąż powtarzał, że nie jest dobry w kochaniu, drugi nie mówi o tym wiele, ale czuje się samotny, a trzeciego miłość otacza zewsząd. Jeśli o tym dłużej pomyślisz, to "Mr. Breakfast" jest opowieścią o poszukiwaniu miłości. Źródłem miłości wcale nie musi być druga osoba, może być nim praca, religia, czy cokolwiek innego. Wszyscy jednak szukamy tego spełnienia w miłości, które niesie nas przez życie. Na przykład zakonnica lub ksiądz oddają wszystko Bogu. Uważam, że prawdziwie spełniona osoba to taka, która zdaje sobie sprawę z tego, że ową miłość znalazła.

Każda z opisanych w książce postaci ma inny cel, a także inny, wyjątkowy talent, który odkrywają w różnych momentach swojego życia. Kiedy ty odkryłeś swój?

- Zacząłem pisać na poważnie gdy skończyłem 17 lat. Podczas studiów nauczyciele byli zachwyceni tym, co tworzyłem i zachęcali mnie do dalszej pracy. To było bardzo pomocne. Wtedy też napisałem swoją pierwszą powieść. Na początku napisałem trzy książki, których nikt nie chciał wydać. Jedną z nich była "Kraina Chichotów". Jeśli jesteś w stanie zaakceptować niejedną porażkę, aby coś osiągnąć, to znaczy, że jest to twoją pasją. Osoba, która nie jest zainteresowana malarstwem, pisaniem, czy fotografią zrezygnuje w takiej sytuacji bardzo szybko. Napiszesz jedną książkę, nikt jej nie chce i od razu się poddajesz. Jeśli jednak wciąż próbujesz, to znaczy, że jest w tym mnóstwo pasji. Po początkowych porażkach zacząłem odnosić prawdziwy sukces w wieku 20 lat.

A wcześniej? Co interesowało Cię zanim odkryłeś potęgę słów?

- Chciałem być gangsterem. Gdy byłem w liceum cały czas wpadałem w kłopoty. Policja w mieście, w którym, mieszkałem poleciła moim rodzicom, aby odesłali mnie do prywatnej szkoły, żeby uratować mnie przed złym wpływem rówieśników i więzieniem. Tak więc zrobili, a ich decyzja odmieniła moje życie kompletnie. Nienawidziłem prywatnej szkoły, ale odcięła mnie od tego całego środowiska. Więc zanim zacząłem rozważać pisanie powieści, kradłem kołpaki.


Wychowałeś się w bardzo artystycznej rodzinie. Czy sztuka zawsze była obecna w twoim życiu?

- Nie, ale moi rodzice byli prawdziwymi artystycznymi duszami. Tak jak wspominałem wcześniej, byłem chuliganem i nie interesowałem się takimi rzeczami. Po części dlatego, że wszyscy w mojej rodzinie byli zainteresowani sztuką. Muzyka, film, malarstwo pochłaniało całe moje otoczenie, a ja wolałem być z moimi kumplami i wdawać się w bójki. Może w języku polskim istnieje podobne określenie - byłem czarną owcą w tej rodzinie! Byłem tym złym, który sprawiał największe problemy, i o którego wciąż trzeba było się martwić.

Jednym z moich ulubionych momentów w książce jest dialog między Grahamem i Antheią. Rozmawiali wtedy o tym, co sprawia, że sztuka jest wyjątkowa i jak zmienia się, gdy artysta dzieli się nią z widownią. Czy doświadczyłeś czegoś podobnego jako pisarz?

- Gdy skończę pisać książkę, nie jestem już jej właścicielem. Staję się jej kolejnym czytelnikiem. Więc jeśli rozmawiamy o "Mr. Breakfast" i uznasz, że zrobiłem coś źle lub jestem idiotą, to nie mogę powiedzieć, że się mylisz. Mogę tylko zapytać, dlaczego tak uważasz i wtedy podzielić się również moim zdaniem. Opinia czytelników jest bardzo ważna i ciekawa, ale z perspektywy czytelnika, a nie pisarza. Znam wielu pisarzy, którzy twierdzą, że napisana przez nich książka i zawarte w niej pomysły, czy poglądy należą tylko do nich. Ja tak nie uważam. Wielokrotnie dyskutowałem z ludźmi na temat moich książek.

W rozmowie między bohaterami pojawia się ciekawe stwierdzenie: "Istnieje tylko jedno kryterium, które czyni sztukę wielką lub przynajmniej godną uwagi. Albo mówisz wow!, albo i co z tego?"

- Ta historia naprawdę mi się przydarzyła! Byłem na Festiwalu Sztuki w Finlandii na jednym z paneli dyskusyjnych, podczas którego rozmawiało ze sobą wielu przedstawicieli sztuki. Pojawił się tam również facet, którego opisałem w książce. Ten zadufany w sobie, francuski artysta. Zaczął opowiadać o baletnicy, której taniec pokazywał na całym świecie. Był taki dumny z siebie i twierdził, że to właśnie jest prawdziwa sztuka. Wtedy pomyślałem sobie: "I co z tego? Wielkie mi wow", więc ten podział jest według mnie jak najbardziej trafny. Możesz wejść do galerii sztuki, zobaczyć jakiś obraz i się nim zachwycić. Reakcja może być również zupełnie odwrotna. Myślę, że to jest najlepsza definicja sztuki i tego, co sprawia, że dane dzieło może być indywidualnym tworem.

- Widziałem wiele sławnych obrazów, którymi ludzie zachwycają się na całym świecie i wciąż miałem w głowie pytanie: "No i co z tego?". Wiesz, facet z mieczem, czy kobiety płaszczące się na posadzce. Naprawdę mnie to nie zachwyciło. Uwielbiam natomiast dzieła Erica Fishera, amerykańskiego malarza. Zachwycają mnie także niektóre graffiti, które widzę na ulicy. Bardzo podobają mi się dzieła graficiarza, tworzącego pod pseudonimem Roa. Gdy pierwszy raz je zobaczyłem, nie mogłem oderwać od nich oczu, one wyglądają jak dzieła sztuki namalowane na ulicy! Natomiast przy Rembrandcie lub innym słynnym malarzu nie miałem podobnych odczuć.

- Nie lubię sztuki, którą ktoś musi mi wyjaśniać. Uwielbiam taką, która wywołuje u mnie emocje. To jest podobne uczucie do tego, które uderza cię, gdy widzisz piękną kobietę. Nie myślisz o tym wiele, po prostu nagle czujesz, że chciałbyś krzyknąć "o, wow!". Tak samo jest ze sztuką. Jeden utwór muzyczny może doprowadzić cię do łez. To może być Mozart, The Beatles lub ktokolwiek inny. Gdy czytasz książkę pojedynczy fragment może Cię tak zachwycić, że chcesz wrócić do niego i przeczytać go jeszcze raz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje