Reklama

Reklama

Jonathan Carroll: Wszyscy szukamy spełnienia w miłości


Reklama

Wychowałeś się w bardzo artystycznej rodzinie. Czy sztuka zawsze była obecna w twoim życiu?

- Nie, ale moi rodzice byli prawdziwymi artystycznymi duszami. Tak jak wspominałem wcześniej, byłem chuliganem i nie interesowałem się takimi rzeczami. Po części dlatego, że wszyscy w mojej rodzinie byli zainteresowani sztuką. Muzyka, film, malarstwo pochłaniało całe moje otoczenie, a ja wolałem być z moimi kumplami i wdawać się w bójki. Może w języku polskim istnieje podobne określenie - byłem czarną owcą w tej rodzinie! Byłem tym złym, który sprawiał największe problemy, i o którego wciąż trzeba było się martwić.

Jednym z moich ulubionych momentów w książce jest dialog między Grahamem i Antheią. Rozmawiali wtedy o tym, co sprawia, że sztuka jest wyjątkowa i jak zmienia się, gdy artysta dzieli się nią z widownią. Czy doświadczyłeś czegoś podobnego jako pisarz?

- Gdy skończę pisać książkę, nie jestem już jej właścicielem. Staję się jej kolejnym czytelnikiem. Więc jeśli rozmawiamy o "Mr. Breakfast" i uznasz, że zrobiłem coś źle lub jestem idiotą, to nie mogę powiedzieć, że się mylisz. Mogę tylko zapytać, dlaczego tak uważasz i wtedy podzielić się również moim zdaniem. Opinia czytelników jest bardzo ważna i ciekawa, ale z perspektywy czytelnika, a nie pisarza. Znam wielu pisarzy, którzy twierdzą, że napisana przez nich książka i zawarte w niej pomysły, czy poglądy należą tylko do nich. Ja tak nie uważam. Wielokrotnie dyskutowałem z ludźmi na temat moich książek.

W rozmowie między bohaterami pojawia się ciekawe stwierdzenie: "Istnieje tylko jedno kryterium, które czyni sztukę wielką lub przynajmniej godną uwagi. Albo mówisz wow!, albo i co z tego?"

- Ta historia naprawdę mi się przydarzyła! Byłem na Festiwalu Sztuki w Finlandii na jednym z paneli dyskusyjnych, podczas którego rozmawiało ze sobą wielu przedstawicieli sztuki. Pojawił się tam również facet, którego opisałem w książce. Ten zadufany w sobie, francuski artysta. Zaczął opowiadać o baletnicy, której taniec pokazywał na całym świecie. Był taki dumny z siebie i twierdził, że to właśnie jest prawdziwa sztuka. Wtedy pomyślałem sobie: "I co z tego? Wielkie mi wow", więc ten podział jest według mnie jak najbardziej trafny. Możesz wejść do galerii sztuki, zobaczyć jakiś obraz i się nim zachwycić. Reakcja może być również zupełnie odwrotna. Myślę, że to jest najlepsza definicja sztuki i tego, co sprawia, że dane dzieło może być indywidualnym tworem.

- Widziałem wiele sławnych obrazów, którymi ludzie zachwycają się na całym świecie i wciąż miałem w głowie pytanie: "No i co z tego?". Wiesz, facet z mieczem, czy kobiety płaszczące się na posadzce. Naprawdę mnie to nie zachwyciło. Uwielbiam natomiast dzieła Erica Fishera, amerykańskiego malarza. Zachwycają mnie także niektóre graffiti, które widzę na ulicy. Bardzo podobają mi się dzieła graficiarza, tworzącego pod pseudonimem Roa. Gdy pierwszy raz je zobaczyłem, nie mogłem oderwać od nich oczu, one wyglądają jak dzieła sztuki namalowane na ulicy! Natomiast przy Rembrandcie lub innym słynnym malarzu nie miałem podobnych odczuć.

- Nie lubię sztuki, którą ktoś musi mi wyjaśniać. Uwielbiam taką, która wywołuje u mnie emocje. To jest podobne uczucie do tego, które uderza cię, gdy widzisz piękną kobietę. Nie myślisz o tym wiele, po prostu nagle czujesz, że chciałbyś krzyknąć "o, wow!". Tak samo jest ze sztuką. Jeden utwór muzyczny może doprowadzić cię do łez. To może być Mozart, The Beatles lub ktokolwiek inny. Gdy czytasz książkę pojedynczy fragment może Cię tak zachwycić, że chcesz wrócić do niego i przeczytać go jeszcze raz.

Dowiedz się więcej na temat: "Mr.Breakfast" | Jonathan Carroll

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje