Reklama

Reklama

Juliane Koepcke: Dziewczyna, która spadła z nieba

Nocami jednak często doświadczała głębokiej rozpaczy - przede wszystkim w niekończących się godzinach, gdy albo gryzły ją komary, albo moczył ulewny lodowaty deszcz. "Czułam się bezgranicznie opuszczona". Równie przerażające, co wstrętne, było odkrycie, że w jednej z trudniej dostępnych ran z tyłu prawego ramienia zagnieździły się białawe larwy; pomimo starań nie zdołała ich się pozbyć.

Reklama

Do tego dochodził strach przed wężami i kajmanami w rzece, którą płynęła za dnia, by szybciej posuwać się naprzód. Po siedmiu czy ośmiu dniach popadła w głęboką apatię. "Byłam bardzo zmęczona. Potwornie zmęczona". Nocami śniła o smacznych potrawach, a rano coraz trudniej było jej wstać z niewygodnego legowiska i wejść do zimnej wody w rzece. Wciąż się zastanawiała, czy jest sens kontynuować walkę. "Ale w końcu jakoś się mobilizowałam i ruszałam dalej, powtarzając, że tutaj zginę". (...)

W godzinach rozpaczy sił dodawała jej przede wszystkim myśl, że poświęci się czemuś większemu, "czemuś wielkiemu i ważnemu, co przyniosłoby korzyści ludziom i przyrodzie". Nie miała jeszcze pomysłu, co mogłoby to być, niemniej była pewna, że chce "zrobić coś istotnego dla świata".

Dziesiątego dnia Juliane zabrakło siły. "Powoli zaczęłam sobie uświadamiać, że umrę z głodu, bo zbyt długo nic nie jadłam". Nie czuła co prawda bólu ani nawet głodu, ale była przeraźliwie słaba. Wtedy zdarzył się mały cud - pośrodku rzeki, na żwirowej mieliźnie, dostrzegła łódkę. Najpierw chciała ją zabrać, ale ostatecznie tego nie zrobiła, bo przyszło jej do głowy, że ktoś inny pewnie jej potrzebuje.

Na brzegu zobaczyła schronienie i spędziła w nim noc. Ponieważ następnego dnia padał deszcz, a ona czuła się słaba i bezsilna, nie zdołała ruszyć dalej i po prostu leżała. Uratował ją ponowny niewiarygodny zbieg okoliczności: tego wieczora, jedenastego dnia przeprawy Juliane przez dżunglę, z lasu wyszło trzech mężczyzn. Szukali schronienia przed deszczem. Stanęli przed dziewczyną z oczami nabiegłymi krwią i popatrzyli na nią jak na ducha.

Zabrali ją łodzią do najbliższej większej osady. Dopiero tam, gdy wreszcie znalazła się między ludźmi i została zabrana do szpitala, otrząsnęła się z szoku. Wciąż czuła się dziwnie nieobecna, ale jej ciało wiedziało już, że jest bezpieczna, i zareagowało. Z godziny na godzinę dostała wysokiej gorączki. Utrzymywała się przez kilka dni, a potem znikła, ku zdumieniu lekarzy.

Równie nagle Juliane ogromnie spuchło kolano. Gdy ocaloną dziewczynę dokładnie zbadano, stwierdzono, że ma zerwane więzadło krzyżowe. "I z tym szła pani jedenaście dni przez puszczę?" - spytał skonsternowany ortopeda. "Z medycznego punktu widzenia to niemożliwe".

Również Juliane Koepcke dziwiła się, w jaki sposób jej ciało zdołało przez tak długi czas tłumić naturalną reakcję spowodowaną urazem, do momentu, gdy została uratowana. "Podczas swojej jedenastodniowej wędrówki nie odczuwałam bólu i nie byłam opuchnięta". Wywnioskowała zatem, że w jej organizmie musiał się włączyć swego rodzaju program awaryjny, tak jakby ciało wiedziało: "Gdybym była unieruchomiona, na pewno bym nie przeżyła".

Aktualne badania nad bólem faktycznie dowodzą, że wszyscy mamy wbudowany sprytny program jego regulowania. Wewnętrzne doświadczenie bólu nie jest nieuchronną odpowiedzią na określony bodziec - na przykład uraz kolana - tylko wynikiem złożonego współdziałania ciała i umysłu.

W tak zwanym rogu grzbietowym rdzenia kręgowego, gdzie pomiędzy kręgami przebiegają nerwy, przetwarzane są wszystkie otrzymywane z nich sygnały i następnie albo tłumione, albo wzmacniane. Poprzez kanał zwrotny mózg może regulować siłę i odczucie bólu, po czym modyfikować jego przekazywanie dalej. Innymi słowy, nasze ciało dysponuje swego rodzaju hamulcem bólu, którym sterują (zazwyczaj nieświadome) sygnały mentalne. (...)

Dziennikarze ekscytowali się jej historią i ozdabiali ją zmyślonymi szczegółami, więc w rezultacie niektóre doniesienia "miały niewiele wspólnego z rzeczywistością". Część reporterów przedstawiała dziewczynę jako osobę chłodną i nieporuszoną, jakby cały ten dramat nic dla niej nie znaczył, a przecież Juliane w duchu próbowała nie dopuścić do siebie ogromu lęku, smutku i wyrzutów sumienia - dlaczego ja przeżyłam, a matka nie?

* Więcej na temat książki "Siła wewnętrznej wolności" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Dowiedz się więcej na temat: katastrofy lotnicze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje