Reklama

Reklama

Juliane Koepcke: Dziewczyna, która spadła z nieba

Ojciec nie potrafił pogodzić się ze śmiercią żony. Zarzucał córce, że obojętnie pozuje w kostiumie kąpielowym przed kamerami - a przecież ekipa telewizyjna zaskoczyła ją na basenie. Relacje córki z ojcem stawały się coraz trudniejsze, niemal zerwali kontakt, ale jednocześnie zaczęła dostawać mnóstwo listów od nieznajomych.

Reklama

"Inni chcieli mnie poinformować, że bardzo podziwiają sposób, w jaki szukałam drogi przez las, i uważają mnie za niezwykle dzielną, rozsądną i nieustraszoną" - stwierdza ze zdumieniem Koepcke. Cieszyło ją to, ale zarazem całe to uznanie nieco ją dziwiło. Uważa, że "i tak nie miała innego wyboru".

Z czasem wokół przeprawy Koepcke przez dżunglę narosło coraz więcej legend i półprawd. Również opowiadający o tych wydarzeniach włoski film "I miracoli accadono ancora" (Cuda nadal się zdarzają) pełen jest kiczowatych scen, będących czystym zmyśleniem. Nic dziwnego, że Juliane Koepcke nie ma dobrego zdania o dziennikarzach ani ogólnie o przedstawicielach mediów.

Istnieje jeden wyjątek: Werner Herzog, który w 1998 roku powrócił z nią do lasu deszczowego i w miejsca prawdziwych zdarzeń, by nakręcić film dokumentalny Skrzydła nadziei. Herzog ma szczególny stosunek do historii Juliane. W 1971 roku o mały włos także on znalazłby się wśród ofiar katastrofy. Podczas prac nad filmem Aguirre, gniew boży miał zarezerwowane bilety dla siebie i ekipy na lot 508 linii LANSA, ale nie znalazło się dla nich miejsce na pokładzie. To uratowało reżyserowi życie.

Po dwudziestu siedmiu latach nakłonił Koepcke, by ponownie zmierzyła się ze swoją historią. "Jego delikatne, wyrozumiałe pytania i zdolność do autentycznego wsłuchiwania się w drugiego człowieka, a także możliwość powrotu z nim na miejsce tej tragedii" okazały się dla niej "najlepszą terapią".

Dziś Juliane Koepcke nosi nazwisko Diller, jest zastępcą dyrektora Państwowych Zbiorów Zoologicznych w Monachium oraz kieruje stacją badawczą Panguana w peruwiańskim lesie deszczowym, założoną w 1968 roku przez jej rodziców. Ojciec zmarł w 2000 roku, na szczęście zdążyła się z nim już dawno temu pogodzić.

Po latach starań udało się jej zrealizować jego marzenie i ustanowić stację badawczą oficjalnym obszarem ochrony przyrody. Z czasem dzięki hojnym datkom i zakupowi sąsiednich terenów zdołała poszerzyć obszar Panguany z początkowych 187 hektarów do 1,3 tysiąca, chronionych przed karczunkiem, polowaniami i zasiedlaniem. Na tym terenie możliwe jest dziś "połączenie badań, ochrony przyrody i projektów socjalnych, wyjątkowe w Peru - a być może w całej Ameryce Południowej" - opowiada z dumą.

Juliane spełniła w ten sposób również obietnicę złożoną niegdyś sobie, siedemnastoletniej dziewczynie zagubionej w lesie deszczowym: że poświęci życie czemuś większemu, na czym skorzystają ludzie i przyroda. Postrzeganie swojego życia w szerszym kontekście, jako czegoś "istotnego dla świata", daje jej siłę do niestrudzonej walki o ratowanie środowiska.

Prowadzi też wykłady. Opowiada w ich trakcie swoją historię - wciąż poruszającą ludzi na całym świecie i skłaniającą ich do pisania do Juliane listów - a także wspomina, że już datek w wysokości pięciuset euro może uratować dziesięć tysięcy metrów kwadratowych lasu deszczowego. (...)

Wciąż jest traktowana jak ekspertka od katastrof lotniczych. Proszona o kolejną wypowiedź, co należy zrobić, żeby przeżyć w dziczy, odpowiada ostrożnie. "Trudno to uogólnić". Według niej każdy las jest zupełnie inny i rządzi się swoimi prawami.

Nie chce być także osobą kontaktową dla ocalałych z katastrof. Nie czuje się powołana "do mówienia obcej osobie, jak ma kształtować swoje życie, tylko dlatego, że obydwie przeżyłyśmy katastrofę lotniczą". Takie pytania ją denerwują. "Nie lubię się wymądrzać i udzielać innym ludziom jakichkolwiek rad". Poza tym wie, "że każda sytuacja wymaga nowych decyzji".

Historia Juliane Koepcke­Diller nie może zatem służyć jako model dla ocalałych z wszelkich katastrof lotniczych, ale pokazuje, do czego zdolny jest człowiek, jeśli się nie podda, i jakie rezerwy, o których zwykle nie mamy pojęcia, drzemią w naszym ciele i duszy. To świetny wzór.

* Więcej na temat książki "Siła wewnętrznej wolności" przeczytasz TUTAJ.

Zobacz również:


Dowiedz się więcej na temat: katastrofy lotnicze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje