Reklama

Reklama

Kryminalne zagadki sprzed ponad stu lat. Makabryczne zbrodnie szokują do dziś

Kryminalne zagadki sprzed ponad stu lat, które mrożą krew w żyłach? O tych zbrodniach nikt wcześniej nie słyszał. Mariusz Gadomski postanowił powrócić do nich i tak powstał zbiór dziesięciu opowieści true crime „Retrozbrodnie”. Oto fragment książki, która od 27 października jest dostępna w aplikacji Empik Go.

W przedwojennym Lwowie niezwykle emocjonalnie reagowano na wydarzenia ważne dla miasta i poruszające opinię publiczną. Prasie nie umknęło żadne zabójstwo, żadna afera, żaden nieszczęśliwy wypadek. Relacje z głośnych procesów kryminalnych ukazywały się w codziennych wydaniach na podobieństwo powieści w odcinkach. Dosłownie cytowano zeznania świadków i oskarżonych. Ambicją każdej redakcji było dotarcie do sensacji przegapionej albo zlekceważonej przez konkurencję - wtedy nakład sprzedawał się jak świeże bułeczki. Prasę wówczas czytano od deski do deski, nie tak jak dziś, kiedy z lenistwa lub braku czasu tylko przebiegamy wzrokiem nagłówki w Internecie.

Reklama

Jednak nie tylko dziennikarze czuwali na posterunku. Wieści, że pani zabiła pana (lub odwrotnie) czy z kasy magistrackiej zniknęła w nieustalonych okolicznościach duża suma, przeznaczona na remont Piekarskiej, rozchodziły się po lwowskim bruku szybciej niż dodatki nadzwyczajne "Kuryera Lwowskiego" czy "Słowa Polskiego". Te gorące dysputy przekupek na placu Solskim, te filozoficzne rozważania o duszy zbrodniarza, prowadzone do późnej nocy przy barze w hotelu George przez panów w wytwornych surdutach... Żywiołowy temperament mieszkańców miasta nad Pełtwią nie pozwalał im przechodzić obojętnie obok takich spraw.

Swoistym komentarzem do ważnych, budzących zainteresowanie lwowskich zdarzeń były rymowanki i piosenki, tworzone przez domorosłych artystów. Wiele z nich, skleconych na potrzebę chwili, stawało się hitami, które przez wiele lat nucono nie tylko w mrocznych zaułkach Zamarstynowa, gdzie za bezdurno można było dostać kosę pod żebra od batiarów, ale także w eleganckich domach, zamieszkanych przez elity.

"Przyjechał do Lwowa akrobata-mucha. Spadł z dachu na ziemię i wyzionął ducha" - tak lwowska ulica upamiętniła tragiczny wypadek znanego akrobaty Stefana Polińskiego. Ten, podczas występu we Lwowie w 1928 roku, spadł na bruk ulicy Akademickiej z dużej wysokości, gdy przechodził po linie pomiędzy budynkami. Poniósł śmierć na miejscu. Akrobatę-muchę (jedną ze zwrotek napisał podobno Marian Hemar - poeta, satyryk, komediopisarz, dramaturg, tłumacz poezji, autor tekstów piosenek) do dziś wykonują zespoły specjalizujące się we lwowskich sztajerach.

A co z "podłym apaszem i aktorką"? O nich Lwów także śpiewał. "Na Batorego czy wy słyszyci? W ponurej celi Lewicki stał, bu on kochance odebrał życi, dając z browninga trzykrotny strzał". To tylko początek najważniejszej informacji dotyczącej zdarzenia, które ponad sto lat temu wstrząsnęło Lwowem.

Był 22 grudnia 1910 roku. We Lwowie prószył lekki śnieg, mróz kreślił fantazyjne kształty na szybach okien, za którymi świeciły kolorowym blaskiem już ozdobione choinki. Neony w świątecznej szacie w pasażu Mikolascha jako żywo przypominały paryskie iluminacje. Wszędzie pachniało piernikami, imbirem i śliwkowym suszem. Na Rynku Halickim, jeszcze bardziej zatłoczonym niż w zwykłe dni, grymaszono nad wyborem karpia. "E, pani, tyn jakiś śninty. Spukojni, on prawi bez ości. Święta, święta i po świętach" - powiedzą za trzy dni lwowianie, zastanawiając się, czy bigos będzie jeszcze dobry w Nowy Rok. Na razie jednak trzeba się było do tych świąt przygotować. Tego dnia Antonina Ogińska-Szenderowiczowa, aktorka Teatru Miejskiego, miała grać wieczorem w sztuce Peer Gynt Henryka Ibsena. Od rana jednak nikt nie wiedział, co dzieje się z kobietą. Ludwik Heller, dyrektor teatru, coraz bardziej niepokoił się brakiem kontaktu z artystką. Nie chodziło mu bynajmniej o spektakl, jakoś daliby sobie bez niej radę, chociaż grała ważną rolę Ingrid. Obawą napełniała go myśl, że spotkało ją coś złego. Wiedział, że miała problemy z płucami, ale gdyby nagle zachorowała, byłaby w domu. Niestety, wyszła przed południem i od tamtej pory nikt jej nie widział - ani mąż Leopold Szenderowicz, redaktor "Wieku Nowego", ani bliska przyjaciółka, Gabriela Zapolska, ani dama do towarzystwa, panna H.Straszne przeczucia krążyły po umysłach wszystkich, którzy byli zatroskani o los Antoniny (a właściwie Niny, wolała skróconą wersję swojego imienia). Ten Lewicki, ta kreatura, nędzne indywiduum, intrygant, który jak pająk opętał ją swoimi mackami i nie chciał puścić... Czy to możliwe, by odważył się na coś, od czego nie ma odwrotu? A niby dlaczego nie? 

Ten człowiek już nieraz udowodnił, że jest pozbawiony wszelkich hamulców moralnych, że nie liczy się z nikim ani niczym, że zdolny jest do każdej podłości. Szenderowicz, półżywy ze strachu o Antoninę, równocześnie mający na głowie proces sądowy redaktorów odpowiedzialnych pisma, oskarżonych o obrazę czci, powiadomił policję o zaginięciu żony. Przekazał komisarzowi Smółce z lwowskiego urzędu śledczego swoje podejrzenia co do miejsca jej pobytu. Jeszcze tego samego dnia w kamienicy przy ulicy Zimorowicza zjawiła się ekipa policji. Zapukano do eleganckiej garsoniery, wynajmowanej przez mieszkającego tu samotnie Kazimierza Lewickiego. Nikt nie odpowiedział, drzwi były zamknięte. Podwładny spojrzał niepewnie na szefa.

- Cu robić, pani kumisarzu?

Smółka wzruszył ramionami, bez słowa naparł na drzwi i wyważył je jednym silnym szarpnięciem. W urządzonym ze smakiem mieszkaniu panowała głucha, złowroga cisza. W przedpokoju policja zwróciła uwagę na damską suknię, rzuconą w nieładzie na podłogę. W jednym z pokoi, w zmiętej pościeli na łóżku, leżały zwłoki Antoniny Ogińskiej-Szenderowiczowej.

Kobieta miała na sobie tylko bieliznę, z jednej nogi zwisała jej opuszczona do połowy pończocha. Ciemnoblond włosy były potargane, oczy szeroko otwarte, postawione w słup, usta lekko odchylone. Głowa i tułów spoczywały na posłaniu, ręce i nogi opuszczały się ku podłodze. Dostrzeżono trzy głębokie, okrągłe rany, których krawędzie były obwiedzione pasemkami poczerniałej, skrzepniętej krwi - na prawej skroni, piersi i podbrzuszu.

Sprowadzony mąż Ogińskiej przypadł z płaczem  do  martwego ciała żony. Całował je i nie mógł się powstrzymać od rozpaczliwego szlochu. To nieznacznie opóźniło badanie pośmiertne. Lekarz stwierdził, że rany pochodzą od postrzałów z rewolweru. Na podstawie ciepłoty ciała i stopnia skrzepnięcia krwi przyjęto, że Antonina Ogińska-Szenderowiczowa została zastrzelona tego samego dnia, w godzinach przedpołudniowych.

W takiej oto krwawej i tragicznej formie dopełnił się los kobiety, która na skutek lekkomyślności i fatalnego zauroczenia skazała się na związek. Związek z człowiekiem, który zamienił jej życie w piekło i w końcu ją zamordował.

Policja rozpoczęła poszukiwania Kazimierza Lewickiego.

(...) 

Policja nie szukała długo podejrzanego. Ekipa komisarza Kwiatkowskiego udała się na plac Mariacki, gdzie pod numerem piątym, w sąsiedztwie hotelu  George, na wprost pomnika Mickiewicza, w trzypiętrowej kamienicy mieściła się firma "Kazimierz Lewicki - porcelana". Był to zajmujący połowę dolnej kondygnacji budynku sklep z ogromnymi witrynami. Na dachu znajdował się wielki szyld z nazwą firmy.

Śledczy nie przyszli po zakupy. Ominęli salon sprzedażowy i biura, weszli na piętro, gdzie znajdowały się mieszkania Lewickich. Otworzyła im służąca, blada i zapłakana. W kuchni kobiety kręciły mak na Wigilię. Ich wystraszone spojrzenia świadczyły dobitnie o tym, że wszyscy w domu już wiedzą, co się stało i jaki jest związek rodziny z tym wydarzeniem.

Komisarz Kwiatkowski zakomunikował, że chce się pilnie rozmówić z panem Kazimierzem Lewickim (podejrzany o zabójstwo Ogińskiej był imiennikiem i wnukiem założyciela porcelanowego imperium).

- Syna nie ma w domu - odpowiedziała pani Lewicka.

- A gdzie możemy go znaleźć?

Matkę uprzedził jej starszy syn, Aleksander:

- Brat jest niezdrów. Odwiozłem go do zakładu leczniczego.

- Mimo to musimy się z nim pilnie widzieć. Proszę podać nam adres tego zakładu.

Lewicki milczał, powoli dawał za wygraną.

- Proszę o adres.

- Zakład dla nerwowo chorych doktora Świątkowskiego, przy ulicy Dwernickiego. Ale brat powinien tam pozostać.

- O tym zdecyduje sąd.

- Nalegam...

- Proszę posłuchać, panie Lewicki. - Głos komisarza był lodowaty. - Sprawa jest o morderstwo. Są silne poszlaki wskazujące na pańskiego brata jako winowajcę. Więc daruje pan, ale ani wasz majątek, ani koneksje nie pomogą...

"Retrozbrodnie" Mariusza Gadomskiego to zbiór dziesięciu opowieści true crime, które do dziś wywołują dreszcz przerażenia. Od 27 października w aplikacji Empik Go.  

***
Zobacz również: 

Technologia w służbie zbrodni. Internetowi mordercy

Zabiła przyjaciółkę z kościoła. Sprawa wraca po latach
Ofiary poznawał na pikietach. To największa w polskiej kryminalistyce niewyjaśniona seria zbrodni

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy