Reklama

Reklama

Morderstwo w Mrągowie: Jak znaleziono sprawcę?

Jak z portretu usunęliśmy perukę, to wypisz wymaluj sprawca. Pamiętam jak dziś,że wtedy mój naczelnik wyszedł na korytarz, a że przechodził akurat komendant, to z wielkim hukiem zaczął krzyczeć: 

Reklama

- Panie komendancie, mam, wykryłem sprawcę morderstwa. 

Patrzyłem ze zdziwieniem na całą sytuację, bo pomyślałem sobie, że to chyba ja go wykryłem, a nie on. Żałosne to było, ale miałem na to wyjebane. Przykleił się do mojej roboty, ale co na to poradzę, w końcu to naczelnik, a ja zwykłym psiną byłem. Ważne, że sprawca wykryty. Pamiętam też wtedy, że jak tylko wróciłem do przesłuchiwanego, to w pewnym momencie do tego pokoju wszedł mój ojciec, który jeszcze wtedy ze mną pracował.

Popatrzył na delikwenta, który siedział przede mną, i wkurwił się na mnie, że użyłem zbyt mocnych argumentów, żeby złamać człowieka. Nie docierało do niego, że wykryłem właśnie sprawcę morderstwa.

- Ale mówiłeś mi, że go nie pobiłeś.

- Oj, Grzesiu, Grzesiu. Używasz bardzo mocnych słów. Pobiłeś. Jakie pobiłeś? Użyłem argumentów.

- A tak szczerze. Dostał po ryju?

- Po ryju może nie. No dobra, trochę dostał.

- A o co się ojciec na ciebie wtedy wkurwił?

- Że jestem takim, a nie innym policjantem i że używam takich, a nie innych argumentów.

- Czyli że go pobiłeś?

- Od razu pobiłeś... Powtórzę raz jeszcze: przesłuchałem, używając pewnych argumentów.

- I co było dalej?

- Gościu, o którym powiedział, że to on nożyczkami zasztyletował tego studenta, siedział kilka pokoi dalej zatrzymany do jakiegoś tam rozboju na dworcu PKP. Przesłuchiwał go chłopak z wojewódzkiej, która nas wspierała, bo sami nie dalibyśmy rady wykonywać wszystkich czynności we wszystkich sprawach, tyle tego było. 

Z wojewódzkiej wtedy do powiatu przyjechali bardzo fajni policjanci, zajebista ekipa. Podszedłem do jednego z nich i mówię mu: 

- Maniek, chyba musimy o czymś pogadać z panem. Tu wskazałem na siedzącego przed nim delikwenta. Maniek zapytał: - Ale o czym?. 

Pokazałem mu ten portret w obecności podejrzanego i zapytałem, kto to jest. Podejrzany mówi, że on nie wie. Wtedy ja do niego: 

- Ale ja, gnido, wiem. Mańkowi z wojewódzkiej zaświeciły się oczy i zapytał tylko, czy mamy na to dowody. Ja mu mówię, że tak. Popatrzyłem na zatrzymanego i oczywiście powiedziałem mu, że wszyscy inni się na niego rozpierdalają. Oczywiście blefowałem, bo tylko jeden go sypnął, ale zacząłem mu w szczegółach opowiadać całe zdarzenie, o którym usłyszałem od tego swojego podejrzanego. Że zadźgał tego studenta nożyczkami, że wiem nawet, gdzie je wyrzucił do wody. Opisałem mu to tak, żeby wiedział, że już wiem wszystko. Zaczął robić się taki maleńki, tyciusi. Chłopaki z wojewódzkiej, bo poza Mańkiem był jeszcze jeden, wstały i powiedziały przy tym podejrzanym:

- Czyli co? Mamy sukces? 

- Tak, mamy sukces. Nie przypisywałem tego sobie i chyba dobrze zrobiłem, bo się potem przydało, jak mi się chłopaki w pewien sposób odwdzięczyły. Sprawa wyszła, wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni.

Dowiedz się więcej na temat: policja | śledztwo | morderstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje