Reklama

Reklama

Podczas wojny do domu publicznego mogła trafić każda kobieta

„Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” dr Joanny Ostrowskiej to wstrząsająca opowieść o ofiarach nazizmu, którym skutecznie zamknięto usta. Autorka, analizując dokumenty, pokazuje, jak sprawnie działały mechanizmy wykluczenia. Walczy ze stereotypem dobrowolnego meldunku i odtwarza pełne cierpienia biografie. Z jej słów wyłania się obraz tysięcy kobiet, które doświadczyły podczas wojny przemocy seksualnej.

Katarzyna Pawlicka, Interia: Choć od końca II wojny światowej minęło ponad 70. lat, nasza definicja "ofiary" jest wciąż filtrowana przez stereotypy i kulturowe klisze. W popularnych filmach czy powieściach opowiadających o tym okresie cierpi tylko ten, kto jest z natury dobry. Pani w "Przemilczanych (...)" otwarcie dyskutuje z taką narracją.

Reklama

Joanna Ostrowska: W pracy nad tą książką (i nie tylko) towarzyszyło mi przekonanie o hierarchizacji cierpienia, jako procesie mocno obecnym w polskiej pamięci zbiorowej, mniej więcej od lat 50. XX wieku. Ta hierarchia jest bardzo sztywna: na samym szczycie jest pamięć o więźniu politycznym, najczęściej mężczyźnie, choć akurat kwestia płci ostatnimi czasy zaczęła się zmieniać. Kwestia walki o ojczyznę i odpowiedzialności patriotycznej za kraj jest prymarna. I przede wszystkim z tego powodu, w polskiej pamięci prawie w ogóle nie funkcjonują zapomniane ofiary nazizmu, takie jak bohaterki mojej książki. Ale nie tylko. Bardzo trudno było odzyskać i wprowadzić do ogólnego dyskursu pamięć o Sinti i Roma. Jeśli chodzi o różowe trójkąty, świadków Jehowy, badaczy Pisma Świętego - to wciąż grupy marginalizowane. Nie wspominam o tzw. więźniach asocjalnych, których pomija się całkowicie.

- Powiedziała pani o "dobrej ofierze" - w przypadku kobiet, o których piszę, wszystko rozbija się o kwestię moralności. Czyli mówiąc w skrócie i brutalnie: uważano, że nie ma sensu się nimi zajmować, bo były zwykłymi prostytutkami, które po prostu zmieniły sutenera. Nikt nie zadawał pytania, jakie miały powody, albo czy rzeczywiście przed wojną trudniły się nierządem. 

Sieć domów publicznych dla Wehrmachtu, SS, tzw. "czarnych" - nie-niemieckiej służby pomocniczej SS i więźniów funkcyjnych, do których trafiały, była perfekcyjnie przemyślana i przygotowana. Jaka jest jej geneza?

- Geneza odsyła do doświadczenia I wojny światowej. Wtedy zrozumiano, że system domów publicznych jest potrzebny (oczywiście w cudzysłowie), by kontrolować seksualność żołnierzy. Takie przybytki istniały w okresie I wojny światowej na froncie zachodnim, ale nie były tak usystematyzowane i skontrolowane. Niestety, brak kontroli doprowadził do sytuacji, w której mnóstwo żołnierzy, bardzo różnych armii, wracało do domu z "prezentem" w postaci choroby wenerycznej. System miał zagwarantować, że nie dojdzie do takiej sytuacji po raz kolejny.

- Druga rzecz to potrzeba kontrolowania seksualności swoich obywateli i obywateli krajów podbitych. Obawiano się, że może dojść do fraternizacji i mieszania się społeczeństwa. A jak wiadomo, ideologia nazistowska na to nie pozwalała.

- Trzecia kwestia odsyła bezpośrednio do obozów koncentracyjnych i systemu premiowania więźniów, których traktowano również jako siłę roboczą. Starano się więc na wszystkie możliwe sposoby podnieść ich wydajność. Jednym z pomysłów był pięciostopniowy system motywacyjny, wprowadzony w 1943 roku. Wizyta w domu publicznym była piątym, osiągalnym dla "najlepszych", stopniem.

To była usługa zarezerwowana wyłącznie dla więźniów funkcyjnych?

- W teorii każdy miał szansę pracować tak wydajnie, żeby dostać bon uprawniający go do wizyty w puffie. Ale według wyliczeń Roberta Sommera, z tej możliwości korzystał niewielki procent więźniów, tzw. arystokracja obozowa. Przy czym była to instytucja, która wpływała na sposób, w jaki mężczyźni czuli się w obozie - reprezentowała, jak wysoko są w hierarchii obozowej.

Takie domy publiczne funkcjonowały podczas II wojny w całej Europie?

- Tak, np. na terenie Francji istniał przed wojną bardzo dobrze działający system domów publicznych. Kiedy naziści weszli na te tereny, przejęli infrastrukturę i ją sobie podporządkowali. Ale oczywiście tego typu instytucje były na terenie całej Europy. Bardzo często kobiety, siłą werbowane na terenie Generalnego Gubernatorstwa, wysyłano kilka tysięcy kilometrów w głąb Rosji lub przerzucano na zachód, bo akurat tam tworzono nowe domy publiczne dla robotników przymusowych. Co ciekawe, reagowano błyskawicznie - w miejscu, gdzie pojawiał się kontyngent Wehrmachtu, natychmiast tworzono burdel. Z kolei nierentowne instytucje zamykano. Widać to doskonale na raportach z Warszawy. Słowo "biznes" czy "interes" jest tutaj bardzo istotne. Starano się wyciągać jak najwięcej profitów. Biznesowa miała być też relacja między pracownicą przymusową i klientem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje