Reklama

Reklama

Schulz był sprzedany twórczości

Nie zdecydował się jednak na stały wyjazd z Drohobycza, zawsze pokornie wracał do rodzinnego miasta.

Reklama

- Drohobycz był jego bezpiecznym schronieniem. Próbował mieszkać przecież w Warszawie z narzeczoną - Józefiną Szelińską, próbował szukać pracy we Lwowie, ale rodzinny dom był magnesem, od którego nigdy nie udało mu się oderwać.

Myśli pani, że dom był Schulzowi niezbędny do tworzenia? A może chodziło wyłącznie o zobowiązania wobec rodziny?

- Po śmierci matki i brata Schulz stał się jedynym żywicielem rodziny, czuł za nią wielką odpowiedzialność. Opiekował się finansowo domem rodzinnym, z drugiej strony zaś miał dość, często mówił o wyprowadzce. Więzy krwi okazały się jednak na tyle silne, że pozostał ze starszą o 20 lat siostrą do końca. Poza tym Drohobycz, dom rodzinny, łączyły go z dzieciństwem, przodkami, dziadkami, których nigdy nie poznał - tematami tak dla niego istotnymi. Inna rzecz, że Schulz potrafił zgubić się w wielkim mieście np. Warszawie, idąc do znanego wydawcy. To rodziło obawy.

- W książce skupiłam się na najwcześniejszym okresie życia Schulza: dzieciństwie i młodości. Stąd też pomysł na tytuł "Epoka genialna", bo tym właśnie mianem pisarz określał pierwsze lata swojego życia. Interesowało mnie środowisko w którym wzrastał oraz to jak rodzina, miasto, przyjaciele, koledzy kształtowali chłopca, z którego w przyszłości wyrósł geniusz. Bruno mówił zresztą, że powrót do dzieciństwa jest najważniejszy w życiu twórcy i należał do twórców, których dzieciństwo budowało.

W pani książce pada zdanie, że Schulz opisał Drohobycz i zrobił to genialnie, dlatego strach myśleć, co by było, gdyby zdążył opisać cały świat.

- Witkacy to powiedział! Schulz potrafił zobaczyć w świecie swojego dzieciństwa coś, co nie było widoczne dla zwykłych śmiertelników. I to jest jego geniusz, który przetrwał do dziś. Przecież ludzie dalej fascynują się tą prozą.

I patrzą na nią, podobnie jak na twórczość plastyczną, przez pryzmat życia Schulza. Mam na myśli chociażby masochizm, który jest obecny na większości zachowanych grafik.

- Był wywiad w prasie, w którym Schulz opowiadał o swoich skłonnościach masochistycznych i się do nich przyznawał! Nie miał problemu, aby mówić o tym otwarcie.

Myśli pani, że właśnie masochizm uniemożliwił mu założenie rodziny?

- Myślę, że nie. Józefina Szelińska, z którą był w narzeczeństwie, od początku wiedziała o jego masochistycznych skłonnościach. Opisywała zresztą ich pierwsze spotkanie, kiedy to Bruno bił przed nią pokłony. W jego wzroku zobaczyła wówczas coś dziwnego, niesłychanego.

- Z Józefiną nie wyszło prawdopodobnie dlatego, że za wszelką cenę chciała żyć w wielkim świecie, oderwać Schulza od rodziny. Nie do końca akceptowała to, dzieje się w Drohobyczu. Inaczej niż Debora Vogel, jego wcześniejsza przyjaciółka. Debora szanowała zwyczaje oraz historię tej żydowskiej rodziny i bycie w niej Brunona. Natomiast Józefina miała do nich stosunek negatywny.

Da się zauważyć, że kontrast między życiem drohobyckim Schulza, a wakacjami w Zakopanem czy pobytami w Warszawie jest bardzo duży. Tych sprzeczności jest zresztą w biografii artysty więcej, chociażby rozdarcie między pracą nauczyciela a życiem twórczym.

- Z jednej strony depresja, z drugiej euforia... Kiedy o tym pani mówi, widzę od razu rysunki Schulza oparte na mocnych kontrastach: ciemność lub światło, królująca kobieta i upodlony mężczyzna. Świat Schulza to świat rozciągnięty między krawędziami, na których on sam nieustannie balansował.

Rzadko zdarza się, żeby twórczość była tak bardzo związana z biografią.

- Twórczość była dla niego absolutnie najważniejsza, stanowiła centrum jego świata, w niej się spełniał. Schulz mówił do ludzi przez swoje rysunki i opowiadania. Był sprzedany twórczości, zatracony w niej całkowicie.

Józefina umiała się z tym pogodzić?

- Robiła wszystko, by stworzyć Brunonowi przestrzeń do tworzenia. Pracowała w miejscu, którego nienawidziła, ale poświęcała się dla narzeczonego. A jednak im nie wyszło.

Do ich rozstania przyczynił się być może romans Schulza z Nałkowską. Czytając o ich relacji, miałam wrażenie, że Schulza pociąga w Nałkowskiej przede wszystkim jej pozycja w świecie literatury.

- Józefina podejrzewała różne rzeczy, dopytywała o nie przyjaciół Schulza. Była zakochana i oddana, a sam Schulz mówił: ona mi jest potrzebna do życia, nie ma drugiej osoby, która by mnie tak ogromnie kochała. Natomiast nie wiem, czy on to uczucie w takim samym stopniu odwzajemniał. Wydaje mi się, że nie.

Mało znany jest też wątek pierwszego polskiego tłumaczenia "Procesu" Kafki. Jego autorką była właśnie Szelińska.

- Józefina była germanistką, świetnie władała językiem niemieckim. Kiedy Schulz wydał "Sklepy cynamonowe", wspólnie wpadli na pomysł, żeby przetłumaczyła "Proces", który opublikują pod nazwiskiem Brunona. On tylko przeczytał tekst, dokonał drobnych poprawek. W ten sposób każdy z nich mógł zarobić, a tantiemami podzielili się po połowie. Z ówczesnej perspektywy było to uczciwe, aczkolwiek do naszych czasów zachowały się egzemplarze z nazwiskiem Schulza, jako tłumacza, a nie Szelińskiej. Zresztą, w listach do ministerstwa Schulz zaznaczał, że jest autorem tego tłumaczenia.

Dowiedz się więcej na temat: Schulz | Bruno Schulz | literatura | II wojna światowa | biografia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje