Śmiać się czy płakać, czyli kuchenne wpadki przed świętami
W idealnym świecie w święta wszystko po prostu wychodzi samo. W rzeczywistym - wpadka goni wpadkę. To jest ten czas w roku, kiedy człowiek z powagą planuje kuchenną logistykę… po czym przegrywa z kretesem. Jednak może to właśnie o to chodzi: święta rzadko bywają perfekcyjne, ale za to często bywają pamiętne. Nie wygrywa ten, kto ma równe uszka - tylko ten, kto ma historię do opowiedzenia.

Uszka, które nie chciały współpracować
-Ciasto na uszka wyszło mi za rzadkie. W ogóle nie chciało współpracować, rwało się. Normalny człowiek zrobiłby od nowa, ale tego dnia nie byłam chyba normalnym człowiekiem - mówi nasza bohaterka Marta.
Może przez przedświąteczne zmęczenie albo brak cierpliwości, wyczerpanej wcześniej tabunem obowiązków, doszła do wniosku, że jakie to ciasto by nie było, ona zamierza ulepić z niego uszka i koniec.
- No i zaczęłam. Wycinam kółka, nakładam farsz, sklejam. To była tylko walka - ciasto kleiło do wszystkiego poza samym sobą. Każde kolejne uszko wyglądało gorzej od poprzedniego.
- Im bardziej próbowałam to ratować, tym bardziej wszystko było do wyrzucenia - wspomina.
W tym momencie Marta już nie mogła się wycofać, wyrzucić wszystkiego do kosza i zacząć od nowa. Powód był dość prozaiczny, nie było wystarczającego zapasu farszu do uszek.
- No i w tej scenie tragicznych wydarzeń pojawia się mój brat. Mirek usiadł przy stolnicy i zaczął spokojnie wydłubywać farsz z tej mazi. Po prostu. Kawałek po kawałku przekładał go do miski, żeby dało się go jeszcze raz użyć.

- Słuchaj, ja stałam obok i miałam jednocześnie ochotę śmiać się i płakać. Bo to wyglądało absurdalnie. Jakbyśmy byli w jakimś domowym zakładzie recyklingu - mówi nasza rozmówczyni.
Finalnie uszka powstały dopiero w drugiej rundzie, z nowym ciastem poprawionym i farszem uratowanym ręcznie.
Kuchnia jako Tetris
W Wigilię kuchnia to centrum logistyczne. Niezależnie od wielkości lodówki, istnieje spora szansa, że zabraknie w niej miejsca. Garnek z barszczem, miska z sałatką, śledzie, ciasta, kompot, coś "na później".
I wtedy zaczyna się upychanie. Najpierw na spokojnie, potem coraz bardziej na siłę. Najlepszy domowy patent to oczywiście parapet.
- U nas było tak, że lodówka w pewnym momencie przestała się domykać. Serio. Stałam i dociskałam drzwi, jakby to była walizka na wyjazd, a w środku nie ubrania, tylko śledź w oleju i sernik - mówi Beata.
- I ktoś rzucił: "no dobra, to na parapet" - wspomina.
Parapet w grudniu bywa kuszący: za oknem chłodno, w teorii idealnie, w praktyce różnie. Kreatywność jednak nie zawsze idzie w parze z bezpieczeństwem.
- Najpierw barszcz, bo duży. Potem kompot, bo w garnku. Potem ciasto, bo ciepłe i nie może jeszcze w lodówce. Potem śledzie, bo "muszą postać". Szybko zapełniliśmy tę tymczasową chłodnię - kontynuuje Beata.

- W pewnym momencie wyglądam za okno… Na cieście siedzi gołąb. Ciasto jest przykryte tylko folią, a ten sobie po niej tupta w najlepsze. Więc biegnę do tego okna, żeby go wygonić. Gołąb trochę spanikował, poderwał się do lotu, zahaczył gar z barszczem i strącił go do ogródka. W te święta był więc barszcz z kartonu - śmieje się Beata, choć dodaje, że tamtego dnia wcale nie było jej do śmiechu i przysięgała wieczną wojnę z wszelkim ptactwem, a gołębiami w szczególności.









