Reklama

Reklama

​Stanisława Leszczyńska: Kobieta, która nie bała się nawet Mengelego

Zastanawiam się, jak to możliwe, że Leszczyńska miała lepsze statystyki zdrowych porodów niż niemieckie kliniki uniwersyteckie? Przecież ona odbierała je od osłabionych kobiet, w tragicznych warunkach higienicznych, wśród wszy i szczurów, a o antyseptyce i lekach mogła tylko pomarzyć.

Reklama

- Fenomenem dla mnie nie jest jej postanowienie o niezabijaniu dzieci i narażaniu się tym samym na śmierć. To raczej rodzaj odwagi. Dla mnie rzeczą niezwykłą i działaniem Boga jest to, że Stasia w tych warunkach nie miała ani jednej gorączki poporodowej, żadnej komplikacji, zgonu matki czy noworodka. Co zresztą wyzwoliło wściekłość Mengelego, który nie mógł w to uwierzyć. Ciocia miała bardzo sprawne ręce i wiedziała, co robić. Ogromną wagę przywiązywała do łożyska - bardzo długo sprawdzała, czy przypadkiem jego fragment nie pozostał, mogąc wywoływać powikłania. Pilnowała też, żeby kobiety leżały przez dziewięć dni po porodzie, co w dzisiejszych czasach już się nie zdarza. Była dobrze zorganizowaną i zaradną osobą. Załatwiała dla tych kobiet szmatki na pieluszki, ziółka czy rozcieńczone mleko. Pomogła jej też na pewno obietnica złożona Matce Bożej oraz zawołanie: "Maryjo, Matko Najświętsza, przybywaj szybko w jednym pantofelku".

Wspomniała pani o doktorze Mengele, którego łączyła z Leszczyńską dość niezwykła relacja. Przejął nawet od więźniarek jej obozowy przydomek i nazywał ją Mutti. Opowie pani o tym?

- Z jakiś niezrozumiałych powodów Stasia cieszyła się poważaniem Mengelego, który od połowy maja 1943 roku objął stanowisko Lagerarzta w obozie, gdzie mieściła się sztuba położnicza. A ja przez te dziwne, drobne sytuacje między nimi, inaczej na niego spojrzałam. Jeden z moich wujków opowiedział kiedyś historię, jak Stasia przygotowywała wigilię z paczek, które raz na jakiś czas do niej docierały. Dzieliła śledzika, rozdawała kawałeczki chleba i intonowała modlitwę. Na co wszedł Mengele. Stasia zamarła, bo za to groziła kara śmierci. A on tylko się zatrzymał, popatrzył i powiedział: "Przez chwilę poczułem się człowiekiem".

- Inna historia miała miejsce, gdy zapracowana ciocia nie zauważyła, kiedy Mengele wszedł na sztubę. Chwilę ją obserwował i zażartował: "Mutti, dzisiaj miałaś wiele pracy, więc pewnie zarobiłaś sporo pieniędzy. Wobec tego musisz postawić mi piwo". Na to Stasia odpaliła: "Każę wnieść odpowiedni stół, nakryję go białym obrusem, poślę po piwo i napijemy się razem". Mengele miał świadomość, że jest tam władcą i wystarczy jedno jego kiwnięcie palcem, by posłać ją na śmierć, a jednocześnie miał przed nią jakiś respekt i chylił czoła.

Może wynikało to z tego, że nie przyjęła poddańczej postawy?

- Możliwe, bo Stasia jakby się go nie bała i będąc sobą, robiła swoje. To mogło mu imponować. Nie obawiała się, że zabierze jej ciało, skoro każdy z nas umiera. Byleby duszy nie stracić. Są osoby, i Stasia do nich należała, które sprawiają, że największe potwory w ich towarzystwie zaczynają czuć się małymi. Mogę sobie tylko wyobrazić, że umiała poruszyć w nim strunę człowieczeństwa. Bo przecież każdy z nas ją ma.

W obozie przebywała również córka Stasi - Sylwia. Trudno mi sobie wyobrazić, jak straszna musiała być dla niej ciągła troska również o własne dziecko. Kilka razy uratowała ją nawet od śmierci.

- Sylwia została skazana na komorę gazową dwa razy. Za każdym razem powodem był jej stan zdrowia - najpierw choroby, a później powikłania po pobiciu, kiedy została przyłapana na podawaniu chleba znajomym więźniarkom. Z ramion śmierci za każdym razem wyrywała ją matka. Nie robiła tego jednak, prosząc o darowanie jej życia. Za drugim razem, kiedy już pracowała jako położna, po prostu stanęła obok córki i powiedziała, że pójdzie na śmierć razem z nią. Tak się w nią wpiła, że esesman nie był w stanie ich rozdzielić. Po chwili wahania doszedł do wniosku, że Stasia jest potrzebna i puścił je obie z powrotem na sztubę.

Podobna sytuacja miała miejsce podczas ewakuacji obozu w 1945 roku, kiedy Stasia powiedziała, że zostaje z matkami i dziećmi, bo nie może ich zostawić. Podczas swojego pobytu w obozie obchodziła wiele zakazów i nakazów, co jednak zawsze uchodziło jej płazem i nie ponosiła żadnych konsekwencji. Jak to możliwe?

- Prawda? Ja uważam, że było to działanie Pana Boga. Bo on w taki sposób działa: ma iść do komory gazowej, ale nie idzie, ma zostać rozstrzelana, ale żyje dalej - bo to nie jest jeszcze jej czas. Bóg wiedział, w czyje ręce składa los tych wszystkich kobiet i dzieci.

Na koniec chciałabym zapytać, jaki wpływ miała na panią Stasia?

- Często słyszę, że jestem do niej podobna z wyglądu, ale to raczej mało prawdopodobne, bo nie łączą nas więzy krwi, a jedynie powinowactwo - była bratową mojego dziadka. Ktoś kiedyś powiedział, że mamy podobne charaktery i może jest w tym ziarnko prawdy, bo okazuje się, że wiele cech, które mnie u niej drażniły, mam i ja. Musiałam w jakiś sposób nasiąknąć jej wartościami, a już na pewno stosunkiem do bożych spraw.

- Na Zgierskiej, w domu cioci, zawsze widziałam śliczną choinkę podczas świąt Bożego Narodzenia. Ja też przywiązuję bardzo dużą wagę do choinki, wystroju domu i stołu - podobnie jak Stasia. Kiedy trafia mi się drapak, to dowiązuję jakieś gałązki, żeby była taka bajeczna. I okazuje się, że ciocia robiła podobnie - tylko kupując dwa świerki i wiążąc je ze sobą. Ja nigdy nie zauważyłam, że były dwie, uświadomiły mi to dopiero jej wnuczki. I może dlatego uwielbiam kupować choinkę z dwoma czubkami - teraz mi to pani uświadomiła (śmiech).

A te irytujące cechy to?

- Upór i bezkompromisowość - szczególnie, jeśli chodzi o boże sprawy.

* Więcej na temat książki "Położna" przeczytasz TUTAJ.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje