Reklama

Reklama

Tajemnica Stelli Walsh

Śmierć legendy

Na początku grudnia 1980 roku do Cleveland miały przybyć polskie koszykarki, aby rozegrać mecz z tamtejszą drużyną uniwersytecką. Na uroczyste powitanie rodaczek Stanisława postanowiła zakupić biało-czerwone wstążki. Ruszyła więc do pobliskiego centrum handlowego. Pora była już dość późna i zapadł zmrok. Gdy wracała z zakupami do samochodu zaparkowanego na sklepowym parkingu, nagle spostrzegła biegnących za nią dwóch mężczyzn - pędzili prosto w jej kierunku. Jeden z nieznajomych, jak się potem okazało, był nim niejaki Donald Cassidy, próbował ukraść jej portmonetkę. Towarzyszył mu jego szwagier Ricky Clark.

Reklama

W opinii znajomych mistrzyni olimpijska wciąż była w znakomitej kondycji fizycznej, czuła się młodo i podobno również wyglądała na osobę o 20 lat młodszą - nie rozstawała się z blond peruką. Dlatego zdecydowała się podjąć walkę z agresywnym przestępcą, który nie zdawał sobie sprawy, że na jego drodze stanęła wysportowana, silna kobieta. Wywiązała się walka wręcz - na co wskazywały oparzenia i ślady prochu na dłoni biegaczki - a potem padł strzał z pistoletu, raniący Stanisławę Walasiewiczównę w pierś. W toku późniejszego śledztwa ustalono, że oddał go Cassidy.

Ciężko ranną Walasiewiczównę odwieziono do szpitala św. Aleksego, gdzie natychmiast ją operowano. Niestety obrażenia okazały się zbyt poważne. Zmarła po kilkudziesięciu minutach...

Zgodnie z amerykańskim prawem, ze względu na okoliczności śmierci sportsmenki, zarządzono sekcję zwłok. Po jej wykonaniu początkowo prasa o wynikach nie informowała w ogóle. Wkrótce jednak świat obiegła sensacyjna wiadomość: zmarła kobieta miała zarówno żeńskie, jak i męskie organy płciowe - jedne i drugie nie w pełni rozwinięte.

W opublikowanym protokole z autopsji Walasiewiczówny lekarz napisał m.in.:

Większość badanych komórek miała prawidłowy chromosom X i Y. Tylko niewielka ich część zawierała pojedynczy chromosom X i brak chromosomu Y. Osoby z tą formą mieszanki chromosomów płciowych (zwanej mozaikowatością) mogą prezentować różne formy fizyczne, zaczynając od prawie normalnych samców przez osoby, które byłyby nie do odróżnienia od kobiet z zespołem Turnera. 

Ruszyła medialna nagonka na polską mistrzynię, sugerowano wręcz, że była tak naprawdę mężczyzną i tylko udawała kobietę, aby zyskać sportową sławę. Później jednak, gdy emocje nieco opadły, jedna ze stacji telewizyjnych, Kanał 5, złożyła nawet oficjalne przeprosiny za zniesławienie dobrego imienia sportsmenki.

Stanisława Walasiewiczówna nie była bowiem mężczyzną, tylko osobą interpłciową (w przestarzałej już terminologii medycznej nazywano je hermafrodytami, czyli obojnakami). Interpłciowość to, w dużym uproszczeniu, posiadanie i męskich, i żeńskich cech płciowych - zarówno na poziomie genetycznym (chromosomy płci XX i XY), jeśli idzie o budowę wewnętrzną (narządy), jak i zewnętrzną (charakterystyczne dla kobiet i mężczyzn cechy wyglądu fizycznego). Ta "międzypłciowość" dotyczy, jak się szacuje, jednej na dwa i pół tysiąca osób.

Po narodzinach Walasiewiczówna została uznana za dziewczynkę, czego świadectwem jest jej akt chrztu. Także z wypowiedzi samej zawodniczki wynikało, że zawsze czuła się kobietą. Dlatego też, choć miała typowo męską urodę, co dobrze widać na wielu fotografiach, za życia nigdy publicznie nie poddawano w wątpliwość jej płci.

Przez 69 lat swojego życia społecznie, kulturowo i w świetle prawa była kobietą. Żyła i zginęła jako kobieta. 

Jeśli chodzi o aspekt sportowy całej sprawy, to ani Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), ani Międzynarodowy Komitet Olimpijski nigdy nie anulowały rekordów i medali Stanisławy Walasiewiczówny. Jedynie przez pewien czas w oficjalnych zestawieniach widniał przy jej osobie dopisek: "status płci nieokreślony". Najprawdopodobniej więc przyjęto, iż interpłciowość nie dawała jej aż tak znaczącej przewagi nad innymi zawodniczkami, aby zastosować dyskwalifikację.

Na jej grobie widnieje napis: "Stella Walsh, Walasiewiczówna, 1911-1980" oraz pięć olimpijskich kół.

Odpowiedzialni za zabójstwo bandyci zostali ujęci przez policję i na wiosnę 1983 roku postawiono im zarzuty. Po upływie niemal trzech lat od śmierci Stanisławy, w listopadzie tego roku, zapadł wyrok - każdy z napastników otrzymał karę kilkunastoletnieg więzienia.

Fragment pochodzi z książki "Sportsmenki. Pierwsze polskie olimpijki, medalistki, rekordzistki" autorstwa Krzysztofa Szujeckiego. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

 

 

 

 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje