Spis treści:
- Do lady nie podchodź? Klient jak król na włościach
- Nie pytają, a potem jest "srogie zdziwienie"
- Godziny otwarcia to sprawa umowna?
- Samowolka przy stolikach
Do lady nie podchodź? Klient jak król na włościach
Planując wyjście do restauracji, warto dokładnie sprawdzić, jaki to rodzaj lokalu i jakie zasady w nim panują. Jeśli oczekujemy eleganckiego wystroju i pełnej obsługi kelnerskiej, ponieważ świętujemy ważną okazję, kameralne bistro z częściową samoobsługą może nie spełnić naszych oczekiwań. Gdy z kolei chcemy zjeść coś na szybko, lepiej nie wybierać szykownych lokali nastawionych na powolne celebrowanie posiedzenia przy stole. Błędne wyobrażenia na temat restauracyjnego doświadczenia mogą bowiem prowadzić do konfliktów na linii goście-obsługa.
Z takimi sytuacjami spotykała się Kamila w czasach swojej pracy w klubokawiarni. - To nie był jakiś elegancki lokal. Od południa do wieczora można było zjeść tutaj proste dania, np. makarony, tortille albo tosty, a wieczorem wpaść na drinka. Jasno komunikowaliśmy klientom, że zamówienia składane są przy barze, tam samo zresztą wyglądało ich odbieranie. Pamiętam jednak, że pojawiali się goście, którzy rozsiadali się na sofach i przez pół knajpy wołali, że oczekują przyniesienia menu. Najbardziej w pamięć zapadł mi mężczyzna, który po kilku próbach wyjaśnienia, że musi sam pofatygować się do lady, zaczął dość agresywną przemowę, której motywem przewodnim było "wie pani kim ja jestem?". Nie wiedziałam i do tej pory nie wiem, więc zakładam, że daleko mu było do celebryty. Do arystokraty na bank, otwiera się w nowym oknie, biorąc pod uwagę maniery.

Nie pytają, a potem jest "srogie zdziwienie"
Podobne doświadczenia ma Jakub, który od ponad 10 lat pracuje w azjatyckiej restauracji. Na podstawie jego opowieści można odnieść wrażenie, że goście sami nie wiedzą, gdzie dokładnie trafiają. - Czasem wydaje mi się, że ludzie nie potrafią korzystać z telefonu, żeby o coś zapytać, zarezerwować albo zamówić. Kiedy przychodzą do knajpy, to nagle jest srogie zdziwienie, że czas oczekiwania na jedzenie to 20 minut, zupa miso skończyła się o 15:00, para planująca romantyczny obiad nie ma gdzie usiąść, bo są godziny szczytu, a w lokalu jest, załóżmy, dziesięć miejsc do siedzenia.
Godziny otwarcia to sprawa umowna?
Nie chcesz być gościem, na którego obsługa będzie patrzyć spode łba? Uszanuj godziny otwarcia. Wcześniejsze przyjście i pukanie do drzwi restauracji, w której obsługa krząta się, przygotowując lokal do przyjęcia klientów, na pewno nie będzie uznane za szczyt grzeczności i niczego nie przyspieszy.
- Przychodzenie przed i po zamknięciu lokalu denerwuje mnie najbardziej. Jest wyraźnie napisane, w jakich godzinach to miejsce działa, takie informacje można znaleźć też w internecie bez problemu. A jednak ludzie ustawiają się w kolejce nawet godzinę wcześniej, mimo że na drzwiach jak byk jest napisane, w jakich godzinach działamy.
- Wpadanie na pięć minut przed zamknięciem i tłumaczenie, że "my bardzo szybko jemy" sprawia, że nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Ludzie chyba myślą, że zamknięcie restauracji to dosłownie przekręcenie klucza w zamku i wyjście załogi do domu. Tak nie jest, bo mamy jeszcze na głowie dużo do ogarnięcia, np. porządki - wyjaśnia Jakub.
Samowolka przy stolikach
Jeśli tuż przy wejściu do restauracji umieszczono tabliczkę z prośbą o poczekanie na wskazanie stolika, należy to uszanować. W końcu to obsługa najlepiej orientuje się, które miejsca są zarezerwowane i sama doskonale wie, jak uniknąć chaosu w organizacji pracy.
Podobnie jest w przypadku chęci zmiany miejsca, jeśli dany stolik z jakichś względów nam nie odpowiada. Zamiast samemu rozpoczynać migrację po całej restauracji, lepiej najpierw zapytać kelnera czy managera sali o możliwość przenosin. Nie chcąc utrudniać pracy personelowi, lepiej zrezygnować również z samowolnego przestawiania mebli albo łączenia stolików. Trzeba wziąć pod uwagę, że nasze działania mogą zablokować przejście i utrudnić pracę kelnerom.











