Reklama

Reklama

„To tylko jedna noc”. Czyli śmierć, traumy i śmieci po sylwestrowej zabawie

„To tylko jedna noc, przestańcie już z tymi psami”. Tak zbywają wszelkie argumenty o szkodliwości sylwestrowej zabawy ludzie, którzy uwielbiają w tę jedną noc puszczać fajerwerki w niebo. Ale czy faktycznie jest to tylko jedna noc i czy jej skutki kończą się wraz z wybiciem północy? Patrząc na drastyczne zdjęcia martwych, okaleczonych zwierząt, lub tych, które żyją, ale wciąż trzęsą się lub załatwiają potrzeby fizjologiczne pod siebie… ze strachu, a także zdjęcia ton śmieci zostawianych przez imprezowiczów, zdają się mówić zupełnie co innego. To nie jest jedna noc.

To tradycja. Dajcie ludziom się pobawić

Sylwester to dla jednych okazja do szalonej zabawy, do zakończenia całego roku, do jego podsumowania. Zastanawiające jest jednak to, że dla wielu spośród tych osób takie podsumowanie musi koniecznie wiązać się z hukiem, krzywdzeniem innych, zabijaniem i śmieceniem.

 Bo jak inaczej nazwać świadome strzelanie fajerwerkami, wiedząc, że właśnie na zawał w mieszkaniu w bloku, pod którym ustawiamy racę, umiera pies pani Basi, naszej sąsiadki?

Jak inaczej nazwać świadome strzelanie petardami w pobliżu lasu, gdzie spłoszone sarny wybiegają na drogę i giną pod kołami samochodów? Jak inaczej nazwać taką zabawę, gdy dzieci w spektrum autyzmu, osoby z PTSD, osoby z nadwrażliwością słuchową, przeżywają najgorszy koszmar swojego życia.

Reklama

Jak w końcu nazwać inaczej sytuację, kiedy po skończonej hucznej zabawie, ulice wielkich miast i uliczki tych mniejszych dosłownie toną w śmieciach?

To właśnie nazywane jest tradycją. Tradycją świętowania sylwestra i Nowego Roku. Uroczystym zamknięciem pewnego etapu i rozpoczęciem nowego.

Czy może jednak  tradycją zabijania, krzywdzenia i śmiecenia? Na takie przedstawienie sprawy, fani tego typu rozrywek odpowiadają najczęściej "bez przesady, to tylko jedna taka noc w roku. Należy nam się za ciężką pracę. Dajcie ludziom się pobawić, już nic nie można robić".

I tu pojawia się pytanie, czy faktycznie jest to tylko jedna taka noc w roku? Pierwsze strzały padają już w przerwie między Bożym Narodzeniem a sylwestrem. Ostatnie zaś w okolicach 3-4 stycznia, kiedy już wszystkie zapasy petard, rac i fajerwerków znikną z mieszkań Polaków.  

Można więc policzyć z łatwością, że to nie jedna noc w roku, a około 5-8 dni w roku. Oczywiście największa kanonada petard następuje chwilę przed 12 w nocy 31 grudnia i trwa mniej więcej przez 20-30 minut, a w pozostałe dni zdarzają się pojedyncze wystrzały z zaskoczenia. Tak dla przypomnienia, że świętujemy.

Prócz tego, że między bajki można włożyć przekonanie, że strzały padają tylko w jedną noc, to skutki tej "jednej nocy" jak twierdzą fani tego święta, nie kończą się 1 stycznia wraz z nadejściem nowego roku. Trwają o wiele dłużej na różnych płaszczyznach. 

Sikające pod siebie ze strachu psy, sikają nie w jedną noc, a przez wiele tygodni

"Widziałaś? Stuknęłam tylko szklanką o blat. Ona ma już ogon pod sobą, idę po szmatę..." - mówi 2 stycznia Marysia, która w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia siedziała ze swoją Sheri w łazience, zagłuszając huk petard muzyką.

Pomogło. Ale kiedy wyszła z psem nad ranem koło 5 rano 1 stycznia, ogłuszyła je petarda, rzucona przez grupkę pijanych mężczyzn, wracających z zabawy sylwestrowej. Pies, który nawet nieźle poradził sobie z kanonadą wystrzałów o 12 w nocy, o 5 sikał pod siebie ze strachu. Po prostu nie wiedział, co się dzieje.

Fajerwerki i petardy mogą emitować dźwięki o natężeniu powyżej 120 decybeli, taka głośność u człowieka może powodować ból ucha, a dźwięki powyżej 130 decybeli mogą trwale uszkodzić słuch.

Szacuje się, że psy słyszą nawet 4-krotnie lepiej, niż ludzie. Sheri po takim wystrzale wpadła w panikę i dzień po sylwestrze płaci za to wysoką cenę. Gdy usłyszy niewielkie uderzenie, jak właśnie szklanki o blat, kuli się, wzdryga i istnieje prawdopodobieństwo, że odda niekontrolowanie mocz. Maria wie, że problem sam nie ustąpi. Pierwszy raz widzi Sheri w takim stanie. Jest już umówiona na konsultację z behawiorystką, by pomóc psu w opanowaniu stresu i lęku.

Następne dni, a raczej tygodnie pokażą, jak głęboko zakorzenił się lęk. Lęk jednej nocy.

Bliźniaczą historię ma na swoim koncie Natalia z psem Flipem. Doskonale rozumie to, co spotkało w tym roku Marysię i Sheri:

"Mój adoptowany ze schroniska piesek początkowo nie miał problemu z hałasem i wystrzałami. Przed pierwsze dwa lata dbaliśmy, żeby spacery w sylwestra odbyły się odpowiednio wcześnie, kiedy jeszcze panuje względna cisza i jest mniej wystrzałów. Niestety, kiedy Flip miał niecałe 3 lata, ktoś obok nas rzucił petardę i od tego się zaczęło. Był tak wystraszony, że nawet nie wiedział, że próbuje na smyczy uciekać w przeciwną stronę, niż mieszkaliśmy. Jak to u zwierząt bywa, do tej pory odczuwamy skutki ludzkiej bezmyślności i głupoty. Pies bardzo boi się wystrzałów, dyszy i trzęsie się jak galareta. Z tego względu co roku już przed sylwestrem wyjeżdża w spokojne miejsce do swojej babci, jak to się u nas mówi, czyli mojej mamy. Wraca dopiero po Nowym Roku, kiedy w mieście robi się już spokojniej".

Przed sylwestrem z Polski do Niemiec postanowiła uciec także Kasia ze swoim mężem i psem, niespełna dwuletnim Tosiem.

"Byliśmy u rodziny na święta. Mieliśmy spędzić u nich też sylwestra. Jednak, kiedy zaczęli już strzelać fajerwerkami 29 i 30 grudnia, wiedzieliśmy, że musimy wracać wcześniej do naszego małego, niemieckiego miasteczka, gdzie mieszkamy od lat. Siedzieliśmy wieczorem wszyscy w salonie, oglądaliśmy film. Zerwaliśmy się na równe nogi, gdy za oknem rozbłysnęły fajerwerki, a huk, był trudny dla nas do zniesienia. Lajla, pies siostrzenicy, mimo chwilowego szoku ładnie sobie z tym poradziła, ale nasz Tosiek? To jeszcze dzieciak, ma niecałe dwa lata. Był w takim szoku, że przez kolejne godziny trząsł się i siedział w bezruchu. Wiedzieliśmy już, że sylwestrowa noc po prostu mogłaby go zabić, bo zawał serca u psa w takim stanie, to żadna nowość. Decyzja o wcześniejszym wyjeździe zapadła szybko".

Jak się potem okazało, choć w niemieckim miasteczku faktycznie było spokojniej, to Tosiek i tak przeżył go pod kołdrą z sercem, które mało nie wyskoczyło z klatki piersiowej. Serduszko Tosia biło tak szybko niemal do samego rana, a serce Kasi mało nie pękło z żalu na ten widok.

Z żalu serce pęka też Kamili na widok psów z posylwestrową traumą. Na co dzień pracuje ona z psami i psi lęk nie jest jej obcy. Wie też, że taki strach u psa nie kończy się wraz z zakończeniem świętowania nowego roku przez ludzi.

"Z racji tego, że pies kształtuje się poprzez doświadczenia, żadna sytuacja w psim życiu nie jest bez znaczenia, szczególnie kiedy mówimy o silnym lęku. Jedna sytuacja może wpłynąć nawet na ogólne postrzegania świata, jednak zależne jest to od wielu aspektów.
Od dotychczasowych doświadczeń psa, od kondycji psa zdrowotnej oraz psychicznej, od etapu życia psa, osobowości, predyspozycji genetycznych. Mogłabym wymienić jeszcze wiele czynników.

Myślę, że często ludzkie przekonania dotycząca psów są krzywdzące. Zapomina się, że pies to żywy organizm. O ile nie lubię antropomorfizmu tutaj porównam psi lęk do lęku ludzi - w naszym życiu też jedna, nawet krótka sytuacja wywołująca silne emocje może wpłynąć na kondycję psychiczną, a czasami nawet na całe życie" - tłumaczy Kamila Puzio, trenerka psów, tworząca społeczność "Alemamyfrajdę".

Na swoim profilu w mediach społecznościowych edukuje internautów z zakresu pracy z psem i uczula też na uważność w takiej pracy.

"Lęk wymaga wsparcia tylko w odpowiedniej formie dostosowanej do psa, a nie zawsze wsparcie musi koncentrować się na bezpośrednim kontakcie z psem. Obowiązkiem opiekuna jest przede wszystkim praca z psem w tych obszarach, w których wie, lub podejrzewa, że jest problem. Nie chce dawać rad w jaki sposób odwrażliwiać, to jest zawsze kwestia indywidualna.

Natomiast jeśli nasz pies obawia się po prostu huku, a na co dzień radzi sobie w życiu bardzo dobrze, przepracowanie problemu jest dużo prostsze. W sytuacji kiedy mamy do czynienia z psem lękliwym, praca powinna rozpocząć się przede wszystkim od podstaw, a na pewno nie od odwrażliwiania na hałas. Tutaj apeluje do wszystkich opiekunów psiaków - jeśli macie problem z czymkolwiek po prostu zamiast szukać rozwiązań w internecie zgłoście się do dobrego specjalisty. Każde zachowanie psa jest ruchome, bez odpowiedniej pracy będzie się pogłębiać. Kochajcie świadomie" - apeluje Kamila.

Ptaki, sarny, dziki. One też płacą cenę za naszą zabawę

Niektóre osoby bawi strach psów i rozgoryczenie ich właścicieli z tego powodu. 

Internetowi żartownisie zapominają jednak o tym, że Szarik, który był postacią fikcyjną, filmową, miał swój pierwowzór. Jednak o prawdziwym Szariku niewiele wiadomo, nie wiemy czy bał się wybuchów i czy był tylko "maskotką" żołnierzy biorących udział w II wojnie światowej, a dokładniej ujmując w bitwie pod Studziankami, czy miał realny udział w jej przebiegu.

Takie osoby wzorują się jedynie na filmowym przekazie. Owszem, psy były wykorzystywane do pracy podczas wojny na polu bitwy. Ale takie psy, podobnie jak pracujące w różnych służbach współcześnie, były i są szkolone.

Psy, które umierały wraz z cywilami w wyniku bombardowań miast, szkolone nie były. I bały się tak samo huku bomb i strzelanin, jak współczesne "delikatne kundle".

Internetowi znawcy i fani petard, zapominają, że prócz Szarika mamy także inne zwierzęta, te dziko żyjące.

Oszołomiona sylwestrowym hukiem leśna zwierzyna, gdzie dźwięk w lesie niesie się bardziej, niż w zabudowanym miejskim terenie, ucieka w popłochu, umierając po drodze na zawał, kończąc zawieszona na ogrodzeniach lub po prostu wpadając pod koła aut.

Doskonale powagę sytuacji obrazują zdjęcia udostępnione przez Klekusiowo-Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Zwierząt.

"Większość zwierząt, tych dzikich i domowych, słyszy dźwięki znacznie cichsze i o znacznie szerszym zakresie częstotliwości niż te słyszane przez człowieka, dlatego wybuchy petard są dla nich koszmarem.

Psy np. słyszą  3-4 głośniej niż ludzie. Koty odczuwają je jak eksplozje bomb w bliskiej odległości. Na świetlne wystrzały zwierzęta reagują paniką, próbują uciekać. Gdy widzą rozbłyskujące światła, stres jeszcze bardziej narasta. Zwierzęta miotają się w panice. Zwierzęta nie rozumieją, że to ‘tylko ludzka zabawa’.

Ptaki zrywają się do lotu, nie widząc, rozbijają się o ściany i inne przeszkody. Czasem umierają na atak serca. Nietoperze... wybudzone kanonadą rozpoczynają szaleńczy lot, umierają z wychłodzenia. Mamy też inne dzikie zwierzęta zamieszkujące nasze sąsiedztwo, dziki, sarny, zające... Uciekając w popłochu, rozbijają się, wpadają pod samochody. Czy ci ludzie zastanawiali się, co się dzieje w parkach miejskich, zoo? A zwierzęta gospodarskie? Zamknięte w boksach, klatkach... One nie mają dokąd uciec. Są przerażone. W potrzasku sylwestrowej zabawy" - czytamy w poruszającym wpisie Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt Klekusiowo.

W 2021 roku został opublikowany raport "Hangover bird count - noworoczne liczenie martwych ptaków" autorstwa Ewy Zyśk-Gorczyńskiej i Michała Żmihorskiego ujawnił, że przed sylwestrem podczas spaceru kontrolnym na danym odcinku znaleziono 14 martwych ptaków. 1 stycznia 2021 roku na tej samej trasie znaleziono już 80 martwych ptaków.

To pokazuje ogrom spustoszenia tylko wśród ptaków, jaki niesie za sobą ta jedna noc.

Śmieci, pobite butelki, konfetti i zanieczyszczenie powietrza

Fajerwerki to nie tylko huk. To także... śmieci. Po zabawie, w której społeczeństwo może pocieszyć się wybuchem i światełkiem, zostaje tona śmieci. Oczywiście część z nich jest sprzątana przez służby porządkowe w centrum miast.

Jednak spora ilość podstawek pod fajerwerki, opakowań leży na polanach, na skwerach przed blokami tygodniami, jak nie miesiącami.

Dodatkowo konfetti, które strzela także w powietrze wraz z wybiciem północy 31 grudnia, rozkłada się na trawnikach, a żadne ze służb nie sprzątają tak pieczołowicie, by wyzbierać złote kawałki folii co do jednego.

Problem śmieci poruszył po sylwestrze Dawid Polak, biotechnolog i popularyzator nauki, prowadzący profil naukowy "biotech.geek".

"Niestety wiele osób nie myśli racjonalne o skutkach swoich sylwestrowych ekscesów. Spacerując 1 stycznia przed południem trudno było nie zauważyć, że na trawnikach miejskich leżała masa śmieci, butelek, resztek po fajerwerkach, ale też konfetti. Konfetti niestety nie z papieru, a zrobione z takiej błyszczącej folii. Takie coś nie rozłoży się w dzień, ani w tydzień czy miesiąc. Straszne jest to, że oprócz zanieczyszczenia hałasem, noc sylwestrowa skutkuje też dużą liczbą odpadów. Warto nadmienić jeszcze, że noworoczne fajerwerki miejscami spowodowały gwałtowny wzrost zanieczyszczenia powietrza" - komentuje Dawid Polak w rozmowie z Interią.

Faktycznie, fajerwerki prowadzą do podwyższonych stężeń zanieczyszczeń, takich jak cząstki stałe (np. PM10 , PM2,5 ). Dochodzi też do zanieczyszczenia gazowego dwutlenkiem siarki i tlenkiem azotu, a także rozpuszczalnymi w wodzie jonami i metalami.

Tak, na co dzień również dochodzi do takich zanieczyszczeń chociażby poprzez produkcję spalin, ale w tę jedną noc, a jak już wiemy, niekiedy i dłużej, sami poprzez własną zabawę dokładamy bezpośrednio rękę do rosnącego zanieczyszczenia, które... nie zniknie wraz z wybiciem północy. 

„Wolność człowieka kończy się tam, gdzie naruszana jest wolność drugiego”

Każdego roku, gdzieś w okolicach końca grudnia, pojawiają się apele o niestrzelanie petardami, kulturalną zabawę, która nie narusza dobra innych ludzi. Takie nagłaśnianie sytuacji, niezwykle drażni tych, którzy pragną świętować swą radość strzałami w niebo.

Na forach internetowych aż wrze, gdy pojawiają się prośby o powstrzymanie się od puszczania fajerwerków.  

"Nie można ludziom wszystkiego zabraniać. Ja już dawno wyrosłem z fajerwerków, szkoda mi na nie kasy. Wolę oglądać niż strzelać. Ale ludzie mają prawo do odreagowania po ciężkim roku. To jest ta chwila, kiedy nie myślimy o tym, co za nami i przed nami. Cieszmy się tą chwilą. Zresztą - co to teraz za strzelanie. 30 lat temu strzelaliśmy petardami cały grudzień. Teraz ogranicza się to praktycznie do Sylwestrowej nocy" - napisał na jednym z forów internetowych mieszkaniec pomorskiej miejscowości.

Szybko odpowiedział mu Michał Turecki, któremu nieobce są potrzeby innych, bez względu, czy mowa o zwierzętach, czy o ludziach:

"Jeden odreagowuje tłukąc rodzinę, inny strzelając petardami. Na jedno i drugie mamy pozwolić, bo trzydzieści lat temu ktoś tłukł rodzinę przez cały grudzień, a teraz tylko w sylwestra, więc jest progres? Wolność człowieka kończy się tam, gdzie naruszana jest wolność drugiego człowieka lub dzieje się krzywda innemu człowiekowi lub zwierzęciu" - napisał Michał, a odpowiedzi od zwolennika dziwnej wolności już się nie doczekał.

Jeżeli przez czyjąś chęć takiej a nie innej, głośnej zabawy, ktoś musi schodzić do piwnicy, czy schronu, jak stało się to w Poznaniu w sylwestra tego roku, to jest to zdecydowany wpływ na wolność drugiego człowieka. Do poznańskiego schronu zaprosiła osoby z psami Anna Szewczyk działająca z ramienia Fundacji Poznańczycy, by tam mogli bezpiecznie spędzić noc z dala od wystrzałów.

Jeśli przez czyjąś chęć strzelania w niebo, ktoś inny siedzi przez kilka godzin w łazience i płacze z powodu huku, bo jest osobą z PTSD lub nadwrażliwością sensoryczną, to jest to ograniczanie czyjejś wolności.

Czy faktycznie do dobrej zabawy jest nam niezbędny huk, któremu towarzyszy chwilowe ładne światełko na niebie? Czy nie potrafimy wspiąć się na wyżyny empatii i inaczej spojrzeć na to zjawisko? Czy faktycznie nas to tak bardzo cieszy i bawi, czy może jednak gdzieś w sercach tli się chęć zrobienia komuś na złość, za wszystkie krzywdy jakie spotkały nas w mijającym roku?

Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi i mogą sobie na nie odpowiedzieć szczerze jedynie osoby bez pamięci kochające sylwestrową zabawę, która jak widać, trwa dłużej, niż do północy 31 grudnia. 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy