Uciekli z dużego miasta i wybudowali się na wsi. Czy żałują swojej decyzji?
Dane statystyczne pokazują, że Polacy przeprowadzają się średnio 3,6 razy w ciągu życia i coraz chętniej zamieniają życie w bloku na dom na wsi lub pod miastem. Jako społeczeństwo zaczęliśmy poszukiwać większej równowagi w życiu, a codzienny pęd zamieniamy na spokojny kontakt z naturą. Czy życie na wsi zawsze jest jednak tak sielankowe, jak może się wydawać? O swoich mieszkaniowych decyzjach i związanych z tym konsekwencjach opowiadają bohaterowie tego tekstu.

Spis treści:
- Co o przeprowadzkach Polaków mówią dane?
- Marek, 41 lat: "Wyprowadzka z bloku okazała się wybawieniem. Z uciążliwym sąsiadem nie dało się żyć"
- Rafał, 36 lat: "Rynek nieruchomości w Krakowie to istne wariactwo"
- Magdalena, 37 lat: "Zimą wieś zamiera i staje się bardziej przygnębiająca"
- Patryk, 39 lat: "Największy "rachunek" za życie na wsi płacimy zimą
Co o przeprowadzkach Polaków mówią dane?
Jeszcze kilkanaście lat temu mnóstwo osób wyjeżdżało ze wsi do miast w poszukiwaniu lepszej bądź jakiejkolwiek pracy. W ostatnich latach trend ten wyraźnie się zmienił. Dane GUS pokazują, że osoby młode i w średnim wieku "uciekają" z dużych miast w poszukiwaniu ciszy, spokoju i większej przestrzeni. Dla wielu osób aglomeracje stają się mniej atrakcyjne - rosną koszty utrzymania się, miejsca zieleni przeznaczane są na budowę kolejnych bloków, zwiększają się korki, poziom hałasu czy zanieczyszczenia powietrza. Zabetonowane miejskie place są utrapieniem w czasie upałów. Decyzjom o wyprowadzce poza miasto sprzyja też znacznie większa niż kiedyś możliwość pracy zdalnej lub hybrydowej (2-3 dni tygodniowo z domu).
Eksperci mówią już o wyraźnym procesie suburbanizacji - w samym tylko 2022 r. z miast do gmin ościennych wyprowadziło się ponad 53 tys. osób. O przyczynach tego zjawiska mówią dane zebrane przez Otodom. 44 proc. badanych deklarowało chęć większego kontaktu z naturą, 42 proc. kierowało się niższymi kosztami życia na wsi. Przyczyn migracji jest wiele, ale najczęściej wynika ona z osobistych potrzeb, chęci podniesienia komfortu życia czy powrotu do życia w tradycyjnych rodzinach wielopokoleniowych.
O motywacjach dotyczących wyprowadzki z dużego miasta opowiedzieli nam bohaterowie tego tekstu.
Marek, 41 lat: "Wyprowadzka z bloku okazała się wybawieniem. Z uciążliwym sąsiadem nie dało się żyć"
- Od urodzenia mieszkałem w niewielkim domu i zawsze chciałem mieć dom z ogródkiem, nie umiałem sobie wyobrazić życia w bloku. Co innego moja żona. Po ślubie przez kilka lat wynajmowaliśmy mieszkanie - najpierw w Zabrzu, potem w Krakowie. Przyzwyczaiłem się i nawet zacząłem dostrzegać pewne zalety życia w mieszkaniu. Później zaczęła się nam powiększać rodzina i zapadła decyzja o szukaniu czegoś swojego. Kupiliśmy spore mieszkanie, ale od razu czuliśmy, że to tylko etap przejściowy. Decyzja o budowie domu była w zasadzie w 100 proc. związana z powiększeniem rodziny - kiedy pojawiła się trzecia córka, w mieszkaniu zrobiło się ciasno. A nam marzyła się przestrzeń, która będzie idealnie dopasowana do naszych potrzeb. Takie możliwości dawała tylko budowa własnego domu.
- Wkrótce okazało się, że to była dobra decyzja. Do mieszkania obok wprowadził się sąsiad, który diametralnie pogorszył naszą jakość życia w bloku. Imprezy do białego rana, głośne oglądanie telewizji do późna, hałaśliwe ćwiczenia - ciągle zakłócał spokój, a rozmowy nic nie dawały. Wyprowadzka do własnego domu stała się wtedy wybawieniem.
- Po 4 latach mogę stwierdzić, że decyzja o przeprowadzce była strzałem w dziesiątkę. Być może dlatego, że nasz dom stoi w granicach administracyjnych Krakowa. Dzięki temu mamy dostęp do miejskich usług i benefitów czy komunikacji miejskiej. Zależało mi też, żeby być "pod parasolem" uchwały antysmogowej. Powietrze w małopolskich gminach jest ciągle bardzo złe, ale Kraków z tym aktywnie walczy i ja osobiście widzę bardzo wyraźne pozytywne skutki zmian, z których chciałem skorzystać.
- W trakcie budowy wybuchła pandemia i to było takie szczęście w nieszczęściu, bo przeszedłem na pracę zdalną i mogłem doglądać prac ekipy. Do tego mieliśmy skrawek własnego podwórka w czasie lockdownu. Sama budowa była dla mnie przygodą życia, bo mam zacięcie do różnych fizycznych przedsięwzięć.
- Tak naprawdę nie żyjemy całkiem poza miastem, bo osiedle Sidzina to część dzielnicy Krakowa - Dębniki. Mamy tu szkołę i przedszkole, jest kilka sklepów, paczkomaty, jeżdżą autobusy. Jest dobry dojazd na Ruczaj, a stamtąd tramwaj do centrum. Na samym Ruczaju jest też sporo ważnych usług - sklepy, restauracje, lekarze. Wiele spraw da się też załatwić w sąsiedniej Skawinie, gdzie są tereny rekreacyjne czy specjalistyczne sklepy i usługi.

Dzięki przeprowadzce zyskaliśmy przestrzeń, ciszę i niezależność
- Jednocześnie naszą działkę otaczają pola i łąki. Z kuchennego okna przy dobrej pogodzie możemy podziwiać Babią Górę. Często odwiedzają nas sarny, lisy, dziki, koty, bażanty, a sąsiedzi mają kury. Jest bardzo swojsko, spokojnie, ale przede wszystkim cicho i to dla mnie największy plus. Teraz bez problemu możemy przyjąć sporo gości i wygodnie ich przenocować czy zrobić grilla. No i nie mamy problemów z parkowaniem, co w Krakowie zazwyczaj jest koszmarem. Dom to też okazja do uprawiania różnego rodzaju hobby - majsterkowania czy ogrodnictwa.
- Co jest największym minusem? Utrzymanie domu generuje większe koszty niż życie w bloku. Po drugie w domu zawsze jest coś do zrobienia albo naprawy. W bloku nie trzeba się przejmować instalacjami, piecem, bramą czy domofonem. Tutaj trzeba o wszystko zadbać samodzielnie, regularnie serwisować. Mimo to ani na chwilę nie wróciłbym do bloku. Dzięki przeprowadzce zyskaliśmy przestrzeń, ciszę i niezależność.
Rafał, 36 lat: "Rynek nieruchomości w Krakowie to istne wariactwo"
- Pochodzę z Krakowa i mieszkałem w tym mieście ponad 30 lat - najpierw z rodzicami, później kilka lat wynajmowaliśmy z żoną mieszkanie. Kiedy rodzina się nam powiększyła, postanowiliśmy kupić coś własnego. W tamtym czasie (2021 czy 2022 rok) rynek nieruchomości to było istne wariactwo. Ludzie kupowali mieszkania, jakby przyszli po bułki do sklepu. Niektórzy podobno nawet nie oglądali. Dla nas to było nie do pomyślenia. Wiemy, z czym się wiąże zakup nieruchomości oraz jak skonstruowany jest kredyt hipoteczny. Chcieliśmy chociaż chwilę się zastanowić. Tymczasem wariactwo drastycznie zwiększyło ceny nieruchomości. Nierzadko za mieszkanie do generalnego remontu właściciele oczekiwali 8-9 tys. za metr kwadratowy. Przy 50 m² wraz z kosztami remontu cena robiła się astronomiczna. Dodam, że nie szukaliśmy ani w modnych dzielnicach, ani w szczególnie drogich. Dlatego zaczęliśmy brać pod uwagę mniejsze miejscowości w okolicy.
- Pewnego razu trafiłem na ogłoszenie sprzedaży domu w stanie surowym zamkniętym. Obejrzeliśmy go i uznaliśmy, że wiele prac remontowych będę w stanie wykonać samodzielnie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na zakup, ponieważ wszystkie koszty wraz z wykończeniem oszacowaliśmy jako takie same jak za mieszkanie w Krakowie, ale zyskaliśmy 2,5 razy większy metraż i niewielki ogród. Kto ma dzieci, ten wie, że kawałek terenu (zwłaszcza w trakcie lub tuż po pandemii) potrafi być wybawieniem.
- Miejscowość, w której kupiliśmy dom, ma wszystko czego potrzebujemy - dobrą piekarnię, sklepy spożywcze, żłobek, przedszkole i szkołę. Krótko po naszym wprowadzeniu się, pojawiły się regularne połączenia koleją do Krakowa. Nie żałujemy tej decyzji. Na co dzień i tak nie korzystaliśmy z uroków dużego miasta.
- Na wsi życie płynie nieco wolniej, a społeczność jest bardziej zżyta. Szybko poznaliśmy nowych ludzi na festynie rodzinnym i zyskaliśmy znajomych, z którymi można porozmawiać o czymś więcej niż o pogodzie. Dzieci zaczęły też mniej chorować - powietrze, pomimo palenia przez niektórych w okresie zimowym byle czym, jest czystsze niż w Krakowie.
Ludzie kupowali mieszkania, jakby przyszli po bułki do sklepu. Ceny były astronomiczne

- "Miastowi" mówią zawsze, że dojazdy "zabijają", jak się mieszka na wsi. To prawda, w wiele miejsc trzeba dojechać, a tym samym stracić czas w samochodzie. Jednak całe otoczenie i swoboda w dużym stopniu rekompensują te niedogodności. To, czego najbardziej mi brakuje, to paradoksalnie miejsc do spacerowania. Przywykłem do Nowej Huty, gdzie wystarczyło wyjść z klatki bloku i codziennie można było iść na inny spacer w okolicy. Tu, gdzie mieszkam, nie ma tras spacerowych, przechadzać można się po kilku ulicach, po których jeżdżą też samochody. Doceniam jednak to, że nie jest to rolnicza wieś - nie ma hałasu traktorów czy zapachu oprysków.
Magdalena, 37 lat: "Zimą wieś zamiera i staje się bardziej przygnębiająca"
- Oboje z mężem pochodzimy ze wsi, w Krakowie mieszkaliśmy razem przez 4 lata w wynajmowanym mieszkaniu. Polubiliśmy miejskie życie przede wszystkim za jego prostotę, łatwy dostęp do usług, wydarzeń kulturalnych i bliskość znajomych. Z czasem zaczęło nam jednak brakować przestrzeni - szczególnie w czasie pandemii. Nie lubiłam też lata w mieście - głównie za ograniczony dostęp do natury i duchotę. Kiedy pojawiły się dzieci, coraz bardziej przeszkadzała nam ciasnota. Przestaliśmy też korzystać z wielu miejskich udogodnień - z małymi dziećmi każde wyjście wiązało się z dużym stresem, długimi przygotowaniami i koniecznością zabierania rozmaitego sprzętu. Długo zastanawialiśmy się czy wybrać mieszkanie czy dom, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na budowę - przede wszystkim ze względu na większą przestrzeń i własny ogród. Marzyliśmy o miejscu, w którym moglibyśmy zapuścić korzenie i które moglibyśmy kreować przez resztę życia.

Na szczęście ludzie na wsi stali się mniej oceniający niż kiedyś i bardziej skupiają się na swoich sprawach
- Po przeprowadzce najbardziej brakowało mi kontaktów towarzyskich oraz miejsc, w których można bezpiecznie pospacerować z dziećmi lub zabrać je na rower. Paradoksalnie na wsi brakuje takich przestrzeni - chodniki znajdują się przy głównych drogach, gdzie ruch jest duży i głośny, co uniemożliwia rozmowę. Z kolei przy bocznych uliczkach chodników często w ogóle nie ma, więc spacery z dziećmi nie są bezpieczne. Place zabaw zwykle świeciły pustkami, więc spontaniczne spotkania z innymi rodzicami zdarzały się rzadko. Szybko jednak odświeżyłam stare znajomości, a gdy dzieci poszły do przedszkola, okazało się, że tamtejsze place tętnią życiem nawet popołudniami. W okolicy jest też szeroka oferta zajęć dodatkowych. Na część z nich trzeba dojechać samochodem, ale szczerze mówiąc niewiele różni się to od życia w mieście, gdzie również dowoziliśmy dzieci i często staliśmy w korkach.
- Nie bez znaczenia jest, że nasza miejscowość leży bardzo blisko Krakowa -10 minut do granicy, 30 minut do centrum. Na co dzień korzystamy z uroków życia na wsi, ale kiedy chcemy gdzieś wyjść, zjeść w knajpce lub spotkać się ze znajomymi, to po prostu jedziemy. Dzieci wychowują się blisko natury, mają kontakt z rówieśnikami i dziadkami. Ogromną wartością jest dla nas duży ogród. Choć wymaga sporo pracy, to dla mnie jest to forma relaksu. Ale przyznam, że zimą mam chęć uciec do miasta - wieś wtedy zamiera i staje się bardziej przygnębiająca.
- W mieście jest też większa anonimowość, której widzę zarówno plusy, jak i minusy. Z jednej strony dobrze jest móc się nią cieszyć, z drugiej silna lokalna społeczność jest fajna. Na szczęcie mam wrażenie, że ludzie na wsi stali się mniej oceniający niż kiedyś i bardziej skupiają się na swoich sprawach.
Patryk, 39 lat: "Największy "rachunek" za życie na wsi płacimy zimą
- Od ponad 10 lat mieszkamy w niewielkiej miejscowości na Śląsku. Wraz z żoną kilka lat po ślubie zdecydowaliśmy się przenieść z Krakowa do domu rodzinnego - mieszkamy na osobnym piętrze u moich rodziców. Po studiach przez kilka lat wynajmowaliśmy mieszkanie w Krakowie i planowaliśmy kupić własne. Niestety doświadczenia w różnych blokach skutecznie nas do tego zniechęciły. Właściwie przeprowadzaliśmy się co roku i zawsze trafialiśmy na jakichś głośnych sąsiadów. W końcu uznaliśmy, że nie ma sensu zadłużać się na resztę życia, by kupić kolejnego kota w worku. Remont piętra w domu rodziców przeprowadziliśmy dość niskim kosztem, a przede wszystkim bez kredytu. W pakiecie zyskaliśmy spokój, sporą przestrzeń do życia i kawałek własnego ogrodu.
- Z rodzicami nie wchodzimy sobie w drogę, szanujemy własną przestrzeń, a relacje są serdeczne. Mimo to życie w starym domu też nie jest bez wad. Mamy wysokie koszty ogrzewania, w ciągu 10 lat musieliśmy też sporo zainwestować - wymienić dach, poprawić izolację. Prawda jest taka, że każdego roku planujemy jakiś grubszy remont, żeby dom nie niszczał albo żeby poprawić sobie komfort życia. Nie jest więc tak tanio, jak nam się na początku wydawało.

Uznaliśmy, że nie ma sensu zadłużać się na resztę życia, by kupić kolejnego kota w worku. Jednak za życie na wsi największy rachunek płacimy zimą
- Życie na wsi jest też fajne i wartościowe latem, kiedy wybieramy się na wycieczki do pobliskiego lasu albo nad jezioro. Dzieci mogą bawić się w ogrodzie całymi dniami, latem nadmuchujemy basen i w upały życie na wsi rzeczywiście jest wybawieniem. Cieszymy się, że dzieci mają kontakt z naturą, ale niestety "rachunek" za te przyjemności płacimy zimą. W mieście można było wtedy chodzić do teatrów, kin, na różne zajęcia albo po prostu spotkać się ze znajomymi. Tutaj po pracy, kiedy jest już ciemno, nie ma nawet dokąd wyjść na spacer. Zresztą ostra woń dymu skutecznie do tego zniechęca. Mimo to nie wyobrażamy sobie już codziennego życia w dużym mieście - hałasu, ciasnoty, użerania się z sąsiadami.
A co wy myślicie o życiu poza miastem?
Znajdź codzienną dawkę inspiracji od urody i zdrowia po podróże i styl życia. Sprawdź, co nowego na kobieta.interia.pl










