Reklama

Reklama

Wykonała jeden gest i spłynęła na nią fala nienawiści

Megan Rapinoe, złota medalistka olimpijska i dwukrotna mistrzyni Pucharu Świata kobiet w piłce nożnej, całym swoim życiem pokazuje, że największe osiągnięcia mogą pochodzić spoza boiska. Przeczytaj fragment jej książki "Jedno życie", w którym opisuje burzę, jaka rozpętała się w USA po tym, jak 4 sierpnia 2016 roku w akcie protestu przeciwko rasizmowi uklękła na murawie boiska podczas hymnu.

Przyklęknęłam po raz pierwszy przed meczem ligowym w Chicago, a po raz drugi parę dni później w Maryland. Reakcja była natychmiastowa i porażająca. Biali ludzie wpadli w szał. Och, ale byli wściekli! Konserwatywni komentatorzy prasowi zaczęli głośno krzyczeć, że klękanie podczas hymnu obraża naszych żołnierzy. (Chcecie o tym porozmawiać? Każdego roku w tym kraju żołnierze umierają z braku dostępu do opieki zdrowotnej. Rząd nie zapewnia im odpowiedniego finansowania. W 2015 roku ujawniono, że setki tysięcy weteranów zmarło zanim rozpatrzono ich wnioski do komisji kombatanckiej, nie mówiąc już o dyskryminacji na tle rasowym, która zawsze istniała w środowisku weteranów. Naprawdę chcecie o tym porozmawiać?)

Reklama

Właściciel zespołu Washington Spirit, ten sam, który nakazał puszczenie hymnu kiedy byłyśmy jeszcze w szatni, oskarżył mnie później o "sabotaż" meczu. Kiedy mówiłam dziennikarzom, że uklękłam, żeby zwrócić uwagę na problem białej supremacji i brutalnych zachowań policji, wielu białych wzięło moje słowa do siebie. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Nie ponosili przecież indywidualnie bezpośredniej winy za niewolnictwo, ale to nas spoczywa odpowiedzialność za zajęcie się jego konsekwencjami.

Nie spodziewałam się, że mój gest wywoła aż takie poruszenie. Kiedy prowadziłam działania na rzecz praw środowiska LGBTQ+ czy równości płac w sporcie, spotykałam się z ciepłym przyjęciem. Wiedziałam, że rasizm to inny kaliber debaty - wystarczyło popatrzeć na reakcje wobec protestu zawodniczek WNBA, na które ich własna liga nałożyła indywidualne i grupowe grzywny za włożenie opisywanych przeze mnie koszulek. Kary zawieszono dopiero w następstwie oburzenia opinii publicznej. Gdy Tina Charles, jedna z najlepszych koszykarek na świecie, postanowiła doczepić różową wstążkę do koszulki w ramach podnoszenia świadomości na temat raka piersi - uznano, że to jest w porządku. Próby skierowania uwagi na problem rasizmu - i to w lidze, gdzie 70 procent zawodniczek jest czarnoskórych - już w porządku nie było.

W lidze piłki nożnej było więcej białych zawodniczek; dołączając do protestu Colina miałam świadomość, że kolor mojej skóry i statystyki rasowe w uprawianym przeze mnie sporcie podziałają na mnie jak swego rodzaju płaszcz ochronny. Byłam też kobietą - owszem, głośną, ale drobną i bladą, co w oczach wielu wkurzonych białych facetów czyniło ze mnie względnie niegroźną przeciwniczkę. Nawet włosy mogły mieć znaczenie; Colin nosił gęste afro, ale górował nade mną nie tylko fryzurą - po prostu zajmował więcej przestrzeni. Stanowił uosobienie rasistowskiego stereotypu agresywnego Afroamerykanina. Uważałam, że ktoś taki jak ja będzie co najwyżej irytujący.

W ciągu kilku dni po tym, jak uklękłam, zrozumiałam jak bardzo pomyliłam się w ocenie sytuacji. Istnieje cały osobny zdumiewający rodzaj złości białych ludzi, zarezerwowany dla innych białych, których uznano za "zdrajców" swojej rasy. Posmakowałam tej złości w pełnej krasie. Krytyce nie było końca. Dowiedziałam się, że nadużywam wolności, którą wywalczyli w moim imieniu amerykańscy żołnierze i że w ogóle - uwaga! - nie tak działa wolność. Pełne nienawiści listy i mejle płynęły do biura mojego agenta. Domagano się usunięcia mnie z drużyny. W moich mediach społecznościowych zrobiło się gęsto od przekleństw i gróźb.

Zadzwoniła mama. Właściciele restauracji, w której pracowała od tylu lat, postanowili zdjęć moje zdjęcia zza baru po skargach klientów. Dziwnie się z tym czuła, ale uznała, że właściciel ma prawo prowadzić swój biznes, tak jak chce z czym, niechętnie, ale się zgodziłam.

- Rozumiem, czemu to zrobiłaś - słyszałam w słuchawce. - Rasizm żyje i ma się dobrze. W pełni popieram to, co chciałaś przekazać. Ale czy nie mogłaś tego zrobić w inny sposób?

- Mamo, inne sposoby nie mają takiej mocy - odpowiedziałam. Oto chodziło: żeby zatrząść Ameryką musiałam uderzyć w amerykański symbol. Hymn należy do nas wszystkich, w tym protestujących. Poza tym w przypadku protestów przeciwko rasizmowi praktycznie zawsze pada oskarżenie, że cel jest szczytny, ale wykonanie gorsze. Nie miałam ochoty tego słychać.

Potem zadzwoniła moja siostra Jenny. Musiała usunąć na Facebooku część znajomych, bo udostępniali w mediach społecznościowych obraźliwe dla mnie treści. Ona też uważała, że przesadziłam i że to prowokacja. "Ludzie nie będą chcieli cię słuchać po czymś takim" - ostrzegała. Jednak kiedy w sieci pojawiały się negatywne komentarze na mój temat, pędziła z odsieczą. "Nie będziecie mówić takich rzeczy o mojej rodzinie" - mówiła ostro. "A jeśli chcecie to robić, to koniec naszej znajomości". Jenny w pewnym sensie wzbudza największy posłuch w naszej rodzinie. Nie rzuca gróźb na wiatr.

Rachael, która była w tym czasie na wakacjach w Alpach, jako jedyna osoba z mojej rodziny bezdyskusyjnie poparła mój gest, choć wkurzała się, że jej o tym nie uprzedziłam. Słyszałam podobne pretensje od innych; zarzucano mi, że nie przemyślałam sprawy, że nie zastanowiłam się nad skutkami swojego protestu. Rozumiałam, dlaczego rodzina się o mnie martwi. Uważałam jednak, że możliwość krytykowania innych to także wyraz uprzywilejowania. W przypadku osób czarnoskórych, skutków protestu przeciwko przemocy stosowanej przez policję nie można było złagodzić rozważnym planowaniem. Miliony Amerykanów nie miało luksusu "wyboru" w kwestii angażowania się w walkę z rasizmem, a jeśli moje działania poruszyły tych ów luksus posiadających, to może nie były one wcale takie złe.

***

Jill i ja całkiem nieźle się dogadywałyśmy podczas olimpiady. Przez tych parę tygodni w Brazylii, z uwagi na niedawną kontuzję, nie musiałyśmy się mierzyć z decyzjami o wystawieniu mnie na boisko, co dobrze wpłynęło na naszą relacją. Po powrocie do Stanów mój powrót do zdrowia stał się faktem. Byłam gotowa do gry.

Bycie trenerem to niełatwy kawałek chleba. Ktoś taki obraca się w elitarnym środowisku pewnych siebie kobiet, co oznacza, że musi być równie mocny i wyrazisty co one. Są trochę jak rekiny - jeśli wyczują w wodzie krew, to koniec. Osobiście odnosiłam wrażenie, że Jill jest bardzo niespójna. W jednej chwili rozwijała przed kimś czerwony dywan, tylko po to żeby chwilę później zrugać ją nie wiadomo za co. Po kontuzji Ali Krieger w 2015 roku Jill co rusz wypróbowywała nowe zawodniczki; pozwalała im grać przez krótką chwilę, a jeśli nie szło im dobrze - co było prawie nieuniknione przy tak krótkim okresie próbnym - wyrzucała je z drużyny. Był to dla tych zawodniczek druzgoczący schemat działania, wkurzający również inne członkinie reprezentacji, które przez wiele lat stały w miejscu.

Pierwszy mecz reprezentacji, jaki rozegrałam po uklęknięciu w Chicago było spotkanie towarzyskie z Tajlandią w Ohio. Przed grą odbyła się krótka i raczej miła rozmowa z udziałem Jill i dwóch rzeczników prasowych - reprezentacji i federacji piłkarskiej. Rzecznicy zadali oczywiste pytanie - czy mogłabym wyrazić swój sprzeciw w inny niż klękanie sposób? - na które odpowiedziałam przecząco. Kiedy usłyszałam ich "OK", poczułam że nie jestem sama.

Kiedy już zaczniesz protestować, wszystko zaczyna się komplikować. Przed meczem zastanawiałam się jak postąpić. Planowałam uklęknąć podczas amerykańskiego hymnu, ale czy tajskiego mogłam w takim razie wysłuchać na stojąco - biorąc pod uwagę, że przestrzeganie praw człowieka w tym kraju jest dalekie od idealnego? Z drugiej strony, nie jestem obywatelką Tajlandii i protestowanie w tej sprawie nie jest moim obowiązkiem. Z jeszcze jednej strony, wszyscy mieszkamy na tej samej planecie. W mojej głowie toczyła się niekończąca gonitwa myśli.

Ostatecznie zdecydowałam przyklęknąć na hymn Stanów Zjednoczonych i wstać na hymn Tajlandii. Parę dni później federacja piłkarska Stanów Zjednoczonych wydała niby-ogólne oświadczenie, które równie dobrze mogło mieć w nagłówku "Droga Megan": "Reprezentowanie własnego kraju jest przywilejem i zaszczytem dla każdego zawodnika i zawodniczki oraz trenerów związanych z kadrami narodowymi piłki nożnej. Kiedy nasi sportowcy występują przed publicznością krajową i międzynarodową, moment odegrania hymnu narodowego stanowi dla zawodników i zawodniczek oraz trenerów, zarówno drużyn mężczyzn jak i kobiet, pewnego rodzaju okazję do refleksji nad swobodami i wolnością, którą tak sobie cenimy w tym kraju. Reprezentowanie własnego kraju to przywilej, w ramach którego oczekujemy, że nasi zawodnicy, zawodniczki i trenerzy będą szanować naszą flagę i stać na boisku podczas odgrywania hymnu narodowego".

* Więcej na temat książki "Jedno życie" przeczytasz TUTAJ.

***Zobacz także***

Dowiedz się więcej na temat: Megan Rapinoe | przeciw rasizmowi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje