Reklama

Reklama

Zniszczona "Duma Polski"


Kolejne odrodzenie janowskich koni

Reklama

13 października 1939 roku w janowskiej stadninie pojawiły się pancerne wozy niemieckiego Wermachtu. Niemcy byli zaskoczeni, że armia radziecka sprzątnęła im konie sprzed nosa, a budynki zostawiła doszczętnie zrujno­wane. Rozpoczął się kolejny etap: stadnina zaczęła funkcjonować pod okupacją niemiecką.

Wspomniany wcześniej Gustav Rau, naczelny koniuszy III Rzeszy, przybył do Janowa w 1939 roku z misją odtworzenia hodowli. Rozpoczęto poszukiwania koni, które uciekły podczas ewakuacji. Część z nich udało się odnaleźć i sprowadzić do Janowa. Wśród nich znalazł się Trypolis, Wielki Szlem i Witraż. Te trzy ogiery, używane  podczas wojny jako czo­łowe, przyczyniły się do odbudowy hodowli konia arabskiego w Polsce po wojnie.

Gustav Rau dysponował ogromnymi funduszami, których nie żałował na podróże po Europie, skąd sprowadzał do Janowa konie czystej krwi. Pojawiał się na licznych aukcjach, konfiskował zwierzęta lub zmuszał ich właścicieli do sprzedaży. Wszystko po to, by stworzyć najlepszą stadninę - oczywiście ku chwale III Rzeszy. W rezultacie pod koniec 1942 roku stan ilościowy stadniny janowskiej był taki, jak w dniu wybuchu wojny.

Dramatyczne losy janowskich koni

Zbliżający się front wschodni oznaczał dla janowskich koni kolejną ewakuację - tym razem na teren Niemiec. W 1944 roku wraz z częścią personelu zostały przetransportowane koleją w okolice Drezna, gdzie zostały do lutego 1945 roku. Kiedy armia radziecka dochodziła do Odry, nastąpiła dalsza ewakuacja stadniny - pieszo do Torgau nad Łabą, skąd w marcu konie zostały przetransportowane koleją do majątku Nettelau.

Część koni zginęła w zamęcie i bombardowaniach, część po wojnie została wywieziona do USA. Do kraju janowskie konie powróciły jesienią 1946 roku, a do Janowa Podlaskiego dopiero w 1950 roku po odbudowaniu budynków stadniny, dając początek kolejnemu odrodzeniu "janowskiej krwi".

Niestety na powrocie do kraju nie skończył się dramat janowskich koni. Zawisła nad nimi groźba zagłady, gdyż jako "magnackie" zostały uznane przez władzę za bezużyteczne. Najlepiej byłoby się ich pozbyć wywożąc je do rzeźni. Konie uratowała odwilż w 1956 roku i coraz większe zainteresowanie kupców z Zachodu. Zwłaszcza, gdy okazało się, że płyną z tego tytułu pożądane dewizy.

Polskie araby jako światowa marka

Ponowny rozkwit stadniny nastąpił pod koniec lat 50., kiedy dyrektorem został Andrzej Krzyształowicz - człowiek związany ze stadniną od grudnia 1939 roku. Jemu przypadła rola opiekowania się końmi wywożonymi przez Niemców, on też doprowadził do zorganizowania jesienią 1969 pierwszej aukcji koni arabskich.

- Mamy w tej chwili w Polsce najlepsze araby w Europie i prawdopodobnie na świecie. Półwysep Arabski od 30 lat nie ma koni tej klasy i szlachetności urody jak Polska, czego dowodem była sprzedaż ogiera arabskiego do Egiptu i przyjazd syryjskich specjalistów, którzy chcieli kupić araby w Polsce - przekonywał na antenie Polskiego Radia w 1964 roku Andrzej Krzyształowicz.

Janów Podlaski stał się czołowym organizatorem aukcji dla zagranicznych inwestorów znanych pod nazwą "Pride of Poland" (Duma Polski) oraz jednym z najważniejszych ośrodków hodowli koni arabskich na świecie. Potwierdzają to liczne nagrody oraz wysokie ceny sprzedawanych koni. Warto podkreślić, że "Dumą Polski" były nie tylko wyniki finansowe aukcji, ale także bardzo wysoka jakość koni prezentowanych podczas pokazu, a nie wystawianych na sprzedaż.

Do tej pory udało się sprzedać za granicę około 1000 arabów. Największymi sukcesami finansowymi było sprzedanie w 1980 roku ogiera El Paso za 1 milion dolarów, a w 1985 roku klaczy Penicylina za 1,5 mln dolarów. Podczas "Pride of Poland" w 2015 roku padł kolejny rekord: nabywców znalazły 24 konie, za które łącznie zapłacono blisko 4 mln euro. Wśród nich znalazł się najdroższy koń w historii polskiej hodowli - 10-letnia klacz Pepita, którą sprzedano za 1,4 mln euro.

Koniec dobrej passy

Dobra passa polskiej hodowli arabów skończyła się w lutym 2016 r., kiedy za zgodą ówczesnego ministra rolnictwa Krzsztofa Jurgiela Agencja Nieruchomości Rolnych zdymisjonowała prezesów dwóch stadnin: Marka Trelę z Janowa Podlaskiego oraz Jerzego Białoboka z Michałowa. Jako powód podano utratę zaufania i niegospodarność, choć za ich wieloletnich rządów wyniki finansowe spółek były na plusie. ANR zwolniła również inspektor Annę Stojanowską, która nadzorowała stadniny pod kątem hodowlanym. Cała trójka to fachowcy poważani na całym świecie.

8 maja 2016 r. na stronie internetowej radia RMF FM pojawiła się informacja: "Stadnina koni arabskich w Michałowie była zarządzana prawidłowo, bez naruszenia żadnych przepisów - wynika z audytu, do którego dotarł reporter RMF FM".

Niestety, wyniku audytu dotyczącego tego, co się działo w Janowie Podlaskim, kiedy prezesem i hodowcą był tam Marek Trela, nie poznaliśmy do dziś. Śledztwo w sprawie ewentualnej niegospodarności toczy się od 2016 roku i było już wielokrotnie przedłużane. Ostatnio po raz kolejny - do 9 sierpnia 2020 roku.

Od zwolnienia Treli stadniną w Janowie Podlaskim kierowało już kilka osób. Najpierw Marek Skomorowski, działacz Solidarnej Polski, który nie ukrywał, że na koniach się nie zna. Po kilku miesiącach zastąpił go prof. Sławomir Pietrzak, zootechnik, wykładowca akademicki i międzynarodowy sędzia w ujeżdżaniu. Swoje stanowisko stracił w marcu 2018 roku, ponieważ miał inną wizję prowadzenia stadniny niż jego zwierzchnicy. Kolejnym prezesem został Grzegorz Czochański, któremu podczas dwuletniej pracy nie udało się poprawić sytuacji i stadnina nadal przynosiła straty. Obecnie, od 1 kwietnia 2020 roku, prezesem jest Marek Gawlik, którego zadaniem jest uporządkowanie spraw stadniny po poprzednikach.

***Zobacz także***

Dowiedz się więcej na temat: Janów Podlaski | koń arabski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje