Akumulatory trzeba ładować.

Ten Andrzej jest bardziej znany jako Jerzy. Rozmowa z popularnym aktorem Andrzejem Grabarczykiem.

Nie nudzi się Panu gra w "Klanie"?

Reklama

Andrzej Grabarczyk: To tak jakby pana zapytać, czy nie nudzi pana robienie zdjęć. Zawsze można zrobić coś nowego. Tak samo jest w tym zawodzie. Jakbym chodził do fabryki na ósmą, tak ja idę na zdjęcia. Wykonuję powierzone zadanie. Sama atmosfera w pracy jest ważna.

A jaka jest atmosfera?

Andrzej Grabarczyk: Jeśli ludzie nie pozabijali się przez dziesięć lat, a aktorzy chcą ze sobą grać, to znaczy, że wszystko działa.

Nie czuje się pan zaszufladkowany?

Andrzej Grabarczyk: Ci reżyserzy, którzy chcą mnie zatrudnić, nie patrzą na to, czy gram w "Klanie", czy nie. Wiedzą ile potencjału we mnie drzemie. Swego czasu, przez parę lat grałem gliniarzy. I był też taki okres. Nie czuję się więc zaszufladkowany. Oczywiście, że moja twarz się kojarzy z Jerzym.

Jerzy zmienił się ostatnio?

Andrzej Grabarczyk: Przechodzi metamorfozę, na jego rodzinę spadają nieszczęścia. Twierdzę, że musi być źle, żeby potem było dobrze.

Czyli wróci pan do swojej serialowej żony?

Andrzej Grabarczyk: Być może? To także przykład dla ludzi, jak powinni się rozchodzić. Nie w totalnej agresji, wyrzucaniu na siebie pomyj, tylko w sposób kulturalny. Jeżeli się nie układa, to nie znaczy, że muszą się nienawidzić?

Lubi pan prywatnie Barbarę Bursztynowicz, która gra Elżbietę?

Andrzej Grabarczyk: Oczywiście. Ciągle jesteśmy razem, bardzo się lubimy. Ale w "Klanie" zżyłem się też z Izą Trojanowską. Z Agnieszką Kotulanką znamy się od szkoły teatralnej. Z Tomkiem Stockingerem byłem nawet na jednym roku w szkole.

Zdarza się panu mylić świat serialowy z prywatnym?

Andrzej Grabarczyk: Mnie nie, ale ludziom tak. Lubię kupować starocie. Kiedyś, gdy oglądałem stolik zaskoczyła mnie pewna kobieta. Mówi: panie, jak pan nie wywali z domu tego Rafalskiego, to pan nic nie kupi! Zaproponowałem pięćset złotych. Zgodziła się pod warunkiem, że zrobię, o co mnie prosi. Potem jeszcze raz przyjechałem i stwierdziła: z pana to honorowy gość!

Kogo by pan nie chciał zagrać?

Andrzej Grabarczyk: Każda rola jest wyzwaniem, nawet rola bandyty i przywódcy nacjonalistów. Czasami trzeba się przemóc, żeby coś zrobić. Trudne są role negatywne społecznie. Ale i taką rolę bym przyjął.

Co sądzi pan o pokoleniu młodych gwiazd serialowych? Mam na myśli braci Mroczek, Kasię Cichopek, czy Edytę Herbuś?

Andrzej Grabarczyk: Jeżeli człowiek chce się nauczyć, to się nauczy. Ale nie nauczy się wyłącznie w serialu. Takie osoby wyjdą na deski teatralne i nie dadzą sobie rady. Liczy się emisja głosu, oddech? Aktor powinien być wykształcony do samego końca. A oni grają samych siebie.

Zatem aktorzy powinni być licencjonowani?

Andrzej Grabarczyk: Tak. U nas nie ma związków zawodowych. To pozwala angażować ludzi z ulicy. W Anglii jest to rozwiązane. Można zaangażować takie osoby, ale trzeba zapłacić za nie podatek do związku artystów. A u nas takie osoby angażuje się ze względu na to, że są tanie.

Znajduje pan czas na życie prywatne?

Andrzej Grabarczyk: Akumulatory zawsze trzeba ładować. Jeżdżę na ryby i na swoje Mazury. A gdy mam chwilę wolnego, siedzę w ogrodzie. Mogę się wtedy świetnie wyciszyć.

I pewnie lubi pan gotować?

Andrzej Grabarczyk: Tak, lubię pichcić. Niektórzy nawet uważają, że przyrządzam smaczną rybę. Od czasu do czasu jakaś dziczyzna wpadnie na ruszt?

Podobno uwielbia pan motory?

Andrzej Grabarczyk: Mam motor i bardzo lubię na nim jeździć, choć nie zawsze mam czas. Motor daje mi prawdziwą wolność!

Rozmawiał Tomasz Piekarski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje