Anna z Lublina:

Jaki jest mój styl - to długa historia. W czasach szkolnych i licealnych swojego stylu nie posiadałam. W domu nie przelewało się i jako grzeczna dziewczynka donaszałam ubrania po kuzynkach, ciotkach rozmiarowo zupełnie odstające od moich potrzeb. Wtedy niespecjalnie mi to nawet przeszkadzało- fasony może odbiegały od tego co noszą rówieśńicy ale i były na swój sposób niepowtarzalne. Raz nawet zdarzyło mi się mieć ubranie po babci ;))) Wynalazlam go w zakazanej szafie, gdzie kryly sie wszelkie rodzinne pamiątki i tajemnice. W wieku lat 12 moja mama w końcu uznała iż jestem na tyle odpowiedzialna by dokonać samodzielnego przeglądu jej skarbów i ewentualnie mogę nawet wybrać coś dla siebie. Muszę powiedzieć, że ciuszek babci Feli był naprawdę odlotowy: ręcznie robiona przez nią na szydełku obszerna srebrno-szara kamizela, którą pieszczotliwie nazwałam kolczugą i nosiłam do legginsów. Nikt nie miał podobnej. Kolczuga bardzo przypadła mi do gustu, najpierw przez sentyment do mojej nieżyjącej wtedy już babuni, która miała inklinacje artystyczne i ogromną fantazję. Potem otrzymałam szereg pochwał od znajomych, a to że dobrze w tym wyglądam, a to, w którym butiku to kupiłam bo one też by chciały, następnie stwierdziłam, że owa kolczuga przynosi mi szczęście na klasówkach i przy odpowiedziach i mogłabym ją nosić codziennie. I tak rozpoczęło się formowanie własnego stylu: nosić coś co dobrze komponuje się z kolczugą ;). Szczyt paranoi nastąpił w czasie matur, kiedy kombinowałam jakby tu przyjść w kolczudze. Było to wydarzenie mało ekstrawaganckie i nie dało rady. Maturę zdałam- kolczuga promieniowała pozytywną energią aż z domu ;). Wspominam to z wielkim sentymentem a cała moja familia pokłada się ze śmiechu przypominając sobie dantejskie sceny przed moim wyjściem z domu. Kamizela była wyjątkowo wytrzymała i przetrwała do dziś, nadal traktuję ją jako swojego rodzaju talizman rodzinny. W okresie studiów zafascynowało mnie raegge i styl rasta. I tak zostałam rastamanką. Ubierałam sie kolorowo, terroryzowałam omalże rodzinę i koleżanki by zaplatały mi tysiące warkoczyków. Ten luz pozostał mi do dziś. Nadal lubię obszerne wygodne i nie krępujące ruchów ubrania, najlepiej w kolorze zielonej nadziei, morskiego błękitu, kolczugowatej srebrnej szarości, przygaszonego różu czy mandarynki. Chętnie noszę spodnie, luźne podkoszulki i swetry na codzień. Wolę być przygotowana, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś nagle chciał porawać mnie na wspinaczkę po górach czy daleką wędrówkę ;) Oczywiście oficjalny i bardzo kobiecy ubiór z konieczności musi być inny: sukienki, spodnice, koszule z kołnierzykiem, wysokie obcasy. Na pierwszej randce czułam się jak w gorsecie ortopedycznym gdyż mój ówczesny luby wspomniał, że lubi gdy kobieta wygląda bardzo kobieco ;) Teraz kiedy to tylko możliwe staram się być sobą ;)

Reklama

Praca została nagrodzona w konkursie "taki jest mój styl"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje