Granice satysfakcji

Gdzie jest granica seksualnych doznań? Czy osoby, które same nazywają siebie seksoholikami, mogą mieć przez to kłopoty z funkcjonowaniem w rzeczywistości?

Dostaję coraz więcej listów, w których odnajduję sporo nieuzasadnionego krytycyzmu ich autorów w stosunku do własnych działań w sferze seksu. Oprócz bardzo podstawowych problemów, bardzo typowych, pojawiają się w nich też wątpliwości.

Reklama

"Mam 23 lata, od roku jestem żonaty, oboje z żoną studiujemy. Nie mamy żadnych problemów z seksem, ale nie do końca jesteśmy przekonani co do tego, że potrafimy się wzajemnie obdarować najwspanialszymi doznaniami w tej dziedzinie (...) Wątpimy, choć jest nam chyba dobrze. Nie wiemy, jak się przekonać, czy przeżyliśmy w tej dziedzinie wszystko, co można przeżyć (...)" - czytam w jednym z listów.

Wątpić ludzka rzecz, ale wydaje się, że autor zacytowanego listu - mówiąc oględnie - "szuka dziury w całym". Zamiast komentarza do tego listu niech posłuży taka tylko uwaga, że naprawdę mnóstwo par na świecie chciałoby osiągnąć to, co w liście określone zostało sformułowaniem "nie mamy żadnych problemów z seksem".

I krótki cytat z innego listu: "(...) Za każdym razem, kiedy zaczynamy współżycie, czuję, że jestem bardziej gorąca niż podczas poprzedniego razu, a jak kończymy, to mam wrażenie, że było jeszcze wspanialej niż poprzednim razem (...) Jest mi z tym tak dobrze, zresztą mojemu partnerowi też, że nawet boję się myśleć, co będzie, jak tak z dziesięć lat potrwa (...)".

Nie ma granic satysfakcji i zadowolenia, bo niby kto by miała je określać. Miłość, odczucia, pożądanie, spełnienie - każdy człowiek, każdy organizm i każda psychika pojmuje i przetwarza te doznania inaczej.

Dlatego trzeba się cieszyć, kiedy zostaniemy obdarowani przez los tymi wspaniałościami, a nie pytać o ich granice.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje