Moje lata 50.

Spotkanie z legendarną marszandką Denise René.

25 czerwca, upał niemiłosierny, na rue Charlot ani skrawka cienia. Idę na spotkanie z Denise René z niemałą obawą, czy - mimo wcześniejszych ustaleń - dotrze ona dzisiaj do swojej galerii? Wita mnie jej asystentka, więc mój niepokój gwałtownie wzrasta. Okazuje się, niepotrzebnie: Madame René, informuje Catherine, zaraz będzie, poszła tylko odwiedzić galerię obok.

Reklama

I rzeczywiście, po chwili w drzwiach pojawia się drobniutka Denise René, jak zawsze niezmiernie elegancka, bezpośrednia, ciepła. Ponieważ umawiał nas Pierre Vasarely, wnuk zaprzyjaźnionego z nią przez lata i przez nią wylansowanego artysty op-artu, Victora Vasarely'ego*, od razu nawiązuje do najnowszych wydarzeń, którymi tętni w tym momencie prasa w Stanach i we Francji - Słyszałaś, co ta okropna kobieta znowu zrobiła? Mam nadzieję, że teraz, gdy ją ujęli, odpowie za to karnie przed sądem...**

Grażyna Banaszkiewicz: Widzę, że jest Pani mocno poruszona.

Denise René: Bo końca różnych wyczynów tej pani nie ma, a ważna jest ochrona prac Victora Vasarely'ego, organizowanie kolejnych wystaw. Za kilka dni lecimy do Irlandii. Potem wystawa w Aix-en-Provance. A jak myślisz? W Polsce też będzie można pokazać wystawę jego obiektów?

G.B.: Działalność swojej galerii, jeszcze w mieszkaniu przy 124 rue La Boétie, 10 listopada 1944 r. rozpoczęła Pani właśnie od wystawienia jego prac.

D.R.: Może nie był moim ulubionym artystą, ale bardzo ważnym. Potem był... Hecht. Potem... tu w moim katalogu masz ich wszystkich. - Denise René wpisuje mi dedykację do publikacji Mes années 50, a datując ją zawiesza pióro, do Catherine kieruje ze zdziwieniem pytanie - czy dzisiaj są moje urodziny? Składam Denise René życzenia. Nieco wzruszona kontynuuje - wystawiałam abstrakcjonistów...

G.B.: ...również surrealistów.

D.R.: To w naturalny sposób. Ich kolekcjonował mój ojciec. Handlował jedwabiem, ale kochał sztukę, kupował obrazy, spotykał się z artystami, z wieloma się przyjaźnił. Myślałam, że zajmę się krawiectwem, tym eleganckim, kreatywnym (Denise René do 1944 r. prowadziła w Paryżu wytworną pracownię krawiecką), jednak sztuka przeważyła. Byłam - powiedzmy - między 25-30 rokiem życia, miałam grono znajomych artystów, spotykaliśmy się w Café de Flore przy Saint-Germain de Prés, prowadziliśmy burzliwe dyskusje. Czasami dochodziło wręcz do kłótni. Dzisiaj Café de Flore straciła atmosferę, nie ma takiego znaczenia. Wtedy to było miejsce w Paryżu najważniejsze. Należało być w Café de Flore. I ja tam co wieczór byłam. Był jazz. Była grupa Jacquesa Préverta. Jeszcze przed wojną. Wtedy, kiedy poznałam Victora Vasarely'ego. Weszłam do Café de Flore. Przy jednym ze stolików siedziało trzech mężczyzn, wśród nich był właśnie Vasarely. Od razu przegadaliśmy kilka godzin.

Dowiedz się więcej na temat: 1944 | wystawy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje