Rewolucja od święta

W wigilijne wieczory Małgosia z mężem zapraszają znajomych na "after party". Dla Katarzyny i jej przyjaciółek tradycją stały się "zjazdy bożonarodzeniowe". Oprócz kolęd lecą stare przeboje, bigos je się prosto z garnka, no i można ubrać się swobodniej. Dla wielu z nas Boże Narodzenie wśród znajomych stało się równie ważne jak to tradycyjne, celebrowane z rodziną. Bo skoro przyjaciele są dla nas ważni na co dzień, to chcemy z nimi dzielić też radość świąt.

Maraton na Boże Narodzenie

Reklama

Wigilijne popołudnie to czas dla rodziców, dziadków i rodzeństwa. Wieczorem Kasia, Agnieszka, Sylwia, Rachela i Marta spotykają się wyłącznie w swoim gronie.

- Zamknij oczy - Marta rok temu prowadzi Kasię za rękę do sypialni. - Już! Nad łóżkiem prezent: zdjęcie o wymiarach półtora metra na metr. Pięć roześmianych dziewczyn w puchatych białych czapach - pamiątka z Wigilii w 2008 roku. Tytuł: THE ŚNIEŻYNKI. - W tym roku zrobimy sobie "diabelską" fotę - mówi Marta, wyciągając migające plastikowe rogi na baterie.

Dziwne sesje zdjęciowe to rytuał podczas ich corocznych "babskich zjazdów bożonarodzeniowych". W tabelce w Excelu pozycje: Rachela: dorsz 1 kg, łosoś 2 kg, gałka muszkatołowa. Sylwia: 20 jajek, 4 śmietany. Marta: szpinak, liście laurowe. Agnieszka: 4 butelki przyzwoitego chianti i brandy! Co rok kilka dni przed Bożym Narodzeniem Kasia rozsyła mail: "Dziewczyny, jak zwykle czekam 23 grudnia wieczorem", i dołącza listę zakupów.

- Od przygotowywania pasztetów się zaczęło - opowiada Katarzyna, 35-letnia realizatorka telewizyjna. - Na wigilię jesteśmy zapraszane do rodziców, więc najczęściej omija nas świąteczna krzątanina. Pieczenie pasztetów to nasz wkład w rodzinne kolacje. Przy okazji mamy wydarzenie towarzyskie. Spotykamy się z przyjaciółkami, żeby testować wymyślne przepisy. - tłumaczy Kasia. - Dla nas już wtedy zaczyna się Boże Narodzenie. Początek zawsze ten sam: Rachela ubija pianę z jajek. Agnieszka "płacze" nad cebulą. Ja rozprawiam się z karpiem. Sylwia to nasz didżej: "Musicie posłuchać Cocorosie", zawsze przynosi jakąś dziwaczną muzykę. Wpada też Eros Ramazzotti - żartuje.

- Co rok puszczamy na ścianie koncert z projektora. Klasyka: Robbie Williams, George Michael. Albo właśnie występ Erosa w Rzymie. Po północy, już 24 grudnia z ciepłymi blachami upieczonych pasztetów przyjaciółki wracają do domów, żegnając się: "do zobaczenia wieczorem".

- Dwie, nawet trzy wigilie w jednym dniu - opowiada Kasia. - Najpierw są spotkania "prawdziwie rodzinne". Ja zaczynam od wizyty u taty - rodzice rozstali się kilka lat temu. Potem huczna wigilia z mamą, siostrami, ich dziećmi, widywanymi raz do roku kuzynami, wujkami. Jest dwanaście potraw i kolędy, które obowiązkowo śpiewa Arka Noego. Samo dzielenie się opłatkiem trwa prawie godzinę - mówi Kaśka. - Stęsknieni, nie możemy się nagadać. Kiedy jednak bliscy zaczynają się martwić: "Gdybyś tyle nie pracowała, na pewno nie byłabyś singielką...", wiem, że pora się ewakuować.

U Sylwii, redaktorki w dużym wydawnictwie, nie ma kłopotliwych pytań, choć nie wiadomo, jak będzie w tym roku. - Właśnie po 16 latach rozstałam się z mężem, nie zawsze jest mi łatwo, tym bardziej potrzebuję przyjaciółek. Ale za nic nie opuszczę świąt u mamy - opowiada.

- Poczucie, że mam rodzinę, jest teraz dla mnie szczególnie ważne. Wigilia z mamą, jej przyjacielem i jego dziećmi jest szykowna, "na bogato". Miło, serdecznie, ale po trzeciej dokładce pierogów, obejrzeniu prezentów, zaczyna mnie nosić. Mama pogodziła się, że wychodzę. Pakując domowy makowiec i pyszną kapustę ze śliwkami, żartuje "Biegnij już do tej swojej rodziny zastępczej".

To hasło wymyśliła Agnieszka, zapracowana współwłaścicielka firmy konsultingowej. O swojej sytuacji rodzinnej mówi: "To skomplikowane". Samotnie wychowuje 5-letniego synka Maksa. Do rodziców w Elblągu jeździ rzadko: - Różnie nam się układa - przyznaje. - To z dziewczynami konsultuję najważniejsze decyzje: o zmianie pracy, czy wziąć kredyt albo jak urządzić dom. Czekam na naszą wspólną wigilię, w tym roku prezenty kupiłam już w październiku.

Marta z partnerem i córką wychodzi, kiedy ojciec nalewa sobie kolejną szklankę whisky. - Jest miło, dziecko ekscytuje się zabawkami, panowie rozmawiają o polityce, ale potem zaczyna się seans "dobrych rad" - opowiada. - Po alkoholu ojciec życzliwie próbuje reformować mi życie. Kiedyś każda wigilia kończyła się naburmuszeniem. Nie chcę rozczarować ojca, robić mu przykrości, więc nie "pyskuję". Późnym wieczorem z córeczką, która zasypia w foteliku, Marta jedzie przez puste miasto na tę "właściwą wigilię". Do przyjaciółek.

- Narzeczony musiał zaakceptować nasze babskie święta - opowiada. - Poznaliśmy się jako ludzie dojrzali i obiecaliśmy sobie, że nie będziemy zmieniać tego, co dla nas ważne. Za to mąż Racheli trochę marudzi, udaje obrażonego, by w końcu wcisnąć żonie butelkę dobrego wina ze słowami: "Wypijcie za moje zdrowie. I zjedz coś wreszcie". Bo Rachela całe życie się odchudza.

- Na wigilii u ojca pozwalam sobie tylko na kilka uszek i barszcz - mówi. - Wiem, jaka uczta będzie u Kasi. Tam udzielam sobie dyspensy.

- Czasem jest u nas nawet kilkanaście dań - mówi Kaśka. Każda z przyjaciółek przywozi coś tradycyjnego, do tego niespodziankę. Żeby było "pod prąd". Rok temu na stole znalazły się nawet pieczone kasztany, ślimaki w pesto i lody z soku granatu.

- Czasem po rodzinnych spotkaniach zaczynamy naszą wigilię dopiero przed północą - opowiada Sylwia.

Dowiedz się więcej na temat: prezenty | Przyjaciele | party | Boże Narodzenie | Wigilia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje