​Agnieszka Rylik: Spódnica i rękawice

Agnieszka Rylik pielęgnuje swoją kobiecość /Mieszko Pietka /AKPA

Na ringu jestem bardziej facetem - biorę to na zimno. Kobiety na ringu często się po prostu biją. Tak jak w życiu - pisze Agnieszka Rylik w książce "Nokaut. Historia bokserki".

Reklama

Przeczytaj fragment książki Agnieszki Rylik "Nokaut. Historia bokserki":

Zapewne powszechna opinia o mnie jest dość jednoznaczna. Twarda baba, bo potrafi przywalić na ringu. Ale to nie jest tak oczywiste. Na ringu jestem sportowcem, moja kobiecość schodzi na drugi plan.

Reklama


Nigdy nie spotkałam się z falą hejtu, bo kiedy najintensywniej boksowałam, nie było jeszcze tak mocno rozwiniętych mediów społecznościowych. Chyba jednak mogę być spokojna o swoją reakcję, gdyby mnie to spotkało. Kiedyś ktoś napisał, że Rylik to teraz już tylko gwiazdorzy w TV. Źle trafił, bo akurat leczyłam się po kontuzji. Odpisałam: "Co Ty w ogóle wiesz? Zapieprzam z treningiem dwa razy dziennie, noga mi się nie goi, więc krew się leje. Zmagam się z bólem, robię wszystko, by wrócić do sprawności sportowej". Nie bałam się tego napisać we własnym imieniu.

To był jednak jeden z niewielu przypadków. Zawsze bowiem miałam raczej pozytywny "elektorat". I przede wszystkim nie przejmowałam się nadmiernie opiniami na swój temat. Mój kolega "po fachu" Grzesiek Proksa miał odwrotnie. Potwornie przeżywał krytykę, wściekał się. Mówiłam mu, żeby przestał się zadręczać, bo się wykończy. Nie należy brać na poważnie gościa, który siedzi przed telewizorem albo komputerem i w szybkim tempie połyka chipsy. Hejt to jego rozrywka. Lubi to. Staniesz na głowie, znokautujesz kogoś, a on i tak stwierdzi, że walka była ustawiona.

Wiele razy czytałam wpisy w rodzaju: "Nie lubię tej Rylik, ona zawsze taka uśmiechnięta... i opalona". Czy coś można poradzić na takie podejście człowieka do człowieka? Ja nie mam w sobie jadu. Jestem z kosmosu trochę, cieszę się, jak komuś coś wyjdzie lub komuś się powodzi. Peace and love.

100 procent siebie

Poza ringiem nie jestem silną kobietą, choć słabą chyba też nie. Jestem tak pośrodku. Moją siłę widać w tym, że mówię to, co myślę, niezależnie od tego, z kim rozmawiam. Słabość wychodzi, kiedy mam taki nastrój, że najchętniej nie wychodziłabym z domu. Bywam pewna siebie, jestem siebie świadoma, zaakceptowałam się: swoje ciało, swoje wady. Polubiłam to wszystko.

Zawsze jednak byłam czymś ograniczona. Na przykład partnerem, przy którym lepiej mówić to, a nie tamto, a czegoś lepiej nie mówić w ogóle. Z czasem otworzyłam się na świat i na ludzi. I to mi się bardzo podoba. Kiedyś zadręczałam się, co wypada, a co nie. Teraz jestem w stu procentach sobą i robię to, co mi się podoba.

Przez długi czas byłam zamknięta w kokonie, otoczona swoim światem. Nie dostrzegałam tych najpodlejszych ludzkich cech. I po pewnym czasie dotarło do mnie, że nie znam się na ludziach. Otworzyłam oczy... ludzie oszukują, zdradzają. Czasem doznawałam szoku.

Zawiodłam się wielokrotnie. Płakałam przez to nie raz. A że mam skłonność do roztkliwiania się, to nawet teraz, kiedy to piszę, mam łzy w oczach. Wspomnienia wracają, i to takie, o których nie chcę opowiadać. Swego czasu było mi z tego powodu źle, w ostatnich latach jest trochę lepiej, stabilniej. Bywało, że miałam chwile euforii przemieszane z momentami totalnego doła. Ale to jest właściwie normalne. Justyna Kowalczyk mówi o depresji i wszystkie media to podnoszą. A który z wyczynowych sportowców nie miał depresji? To jest chwila.

Przygotowania do walki czy startu są długie i bardzo ciężkie. Nagle kontuzja, choroba, jakieś niepowodzenie i wszystko trafia szlag. Depresja lub przynajmniej "dół" to pewnik. Trzeba zaczynać od początku. To nie jest budujące doświadczenie.

Zawsze zbyt

Zawsze lepiej dogadywałam się z facetami. W przedszkolu miałam jedną koleżankę, w podstawówce już żadnej, a potem z dziewczynami było mi jeszcze trudniej nawiązywać relacje. W dorosłym życiu miałam przyjaciółkę Magdę w Poznaniu. Miałam to chyba złe słowo, taka znajomość nawet mimo braku kontaktu zostaje w moim sercu na zawsze.

Pech chciał, że najczęściej poznawałam facetów i ich kobiety. I zawsze wchodziła w grę jakaś głupia zazdrość. Byłam ponoć inna, zbyt zabawna, zbyt ładna, zbyt zdolna i coś tam jeszcze. Widać było brak chęci utrzymywania bliższych kontaktów. Na szczęście mam do tego dystans, bo mimo wszystko lubię kobiety. Potrzebuję pogadać tak po babsku. Przecież mężczyzna nie pójdzie ze mną na dziesięciogodzinny shopping - tylko kobiety mają taką wytrzymałość.

Bywało też tak, że kobiety się do mnie przekonywały. Początkowo tworzyły sobie w głowie mój obraz na podstawie tej Rylik z ringu. Słyszałam czasem, że jestem pełna złości, gniewu. A ja na ringu jestem po prostu skoncentrowana. Potem dochodziły do wniosku, że jestem jak inne kobiety. "Ojej, ty jesteś normalna!". Osobiście uważam, że do normalności bardzo mi daleko, ale OK, niech będzie.

Przekonałam się też, nawet w ostatnich latach, o prawdziwości pewnej tezy. Nie tej o przyjaciołach poznawanych w biedzie, ale tej o przyjaciołach poznawanych po tym, jak znoszą twoje szczęście. Wiele bliskich osób nie zniosło. Zostawiło mnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałam. Przepłakałam to i teraz nad tym płaczę. Nie mam w sobie złości, nienawiści, po prostu mi smutno.

Wyjść ze złotej klatki

Myślę, że jestem dobrym człowiekiem, całe życie pomagałam potrzebującym. Radość sprawiało mi obdarowywanie innych, bo sama nie byłam szczęśliwa. Przyszedł moment, kiedy przestałam się bać. Wszystkiego. To daje moc, bo już nikt nie może ci nic zrobić. I stoczyłam walkę o swoje szczęście, zmieniłam swoje życie. Zawsze chciałam kochać i być kochana. Wierzyłam, że tak można żyć. Nie każdą kobietę stać na to, by po piętnastu latach zaryzykować, wyjść ze złotej klatki i zacząć od początku.

Nic w tej walce o szczęście nie było łatwe. Stałam na krawędzi. Przeżyłam najgorszy czas swego życia i ruszyłam dalej. Na nikim tak się nie zawiodłam jak na kobietach. Zaskoczyły mnie znowu. Mężczyźni postępują inaczej. Są dużo prostsi. Na ringu jest podobnie. Zawsze wolałam sparować z facetami, bo są przewidywalni. Kobieta, kiedy przyjmuje niespodziewany cios, rzuca się na rywalkę jak furiatka. A mężczyzna szybko ocenia sytuację i spokojnie przygotowuje kontrę. Jednym słowem - myśli.

Z kobietami jest więcej emocji. Ja jestem na ringu bardziej facetem - biorę to na zimno. Kobiety na ringu często się po prostu biją. Tak jak w życiu.

Zawsze byłam niezależna, wyniosłam to z domu. Mama powtarzała mi: "Umiesz liczyć, licz na siebie". Dlatego zawsze pracowałam, bo pieniądze dają niezależność. W pewnym momencie życia nie musiałam pracować. Miałam dom, rodzinę, zapewnioną przyszłość. Pracowałam jednak dla przyjemności. Pieniądze nigdy nie były w moim życiu najważniejsze. Od zawsze miałam świadomość i wiarę, że najważniejsi są ludzie, a dobro powraca. Czasem dodaję, że zło też... Karma.

Hormony przeszkadzają

Jestem kobietą. Często przeszkadza to w sporcie, bo skoki hormonalne potrafią nas rozkleić. Walczyłam kiedyś w Sopocie i usłyszałam jakąś muzykę. Rozczuliła mnie. Babska akcja w drodze na wojnę. Najgorzej jest walczyć przed okresem. Hormony robią z ciebie ciepłą kluchę. Nagle nie dostrzega się ciosu, obniża się czas reakcji, jest się zupełnie innym bokserem. Po takiej walce zawsze mam więcej siniaków, bo koncentracja jest gorsza. Nauczyłam się z tym żyć i walczyć.

Przed walką w Madison Square Garden zwyczajnie się popłakałam, tak hormony zadziałały. Mój ówczesny trener László Veres patrzył na mnie i pytał, co się dzieje. A ja w tych łzach odpowiedziałam: "Nic, trenerze, to okres, na walkę się zbiorę".

Na co dzień szybko podejmuję decyzje, nawet odnośnie do zakupów ubrań. Kiedy łapię się na tym, że mam kłopot z wyborem, to już wiem, że nadchodzi skok hormonalny. Wtedy mówię w sklepie: "Jestem przedokresowa, nie cierpię być taka pindowata. Proszę wybrać za mnie i miejmy to z głowy". Polubiłam siebie, nawet w takim stanie. Żartuję, że lepiej nie dyskutować ze mną, bo i tak każde słowo będzie wykorzystane przeciwko rozmówcy. Lepiej siedzieć cicho, nie mrugać głośno i czekać, aż przejdzie burza.

Często jestem oceniania przez pryzmat urody. Tego się nie da uniknąć. Przez takie postrzeganie miałam kilka zabawnych sytuacji. Walczyłam kiedyś z Brytyjką, Tracy Wilcock. Ona bardzo blada blondynka, a ja jak zawsze opalona, czarne włosy, zaplecione w warkoczyki. Moja znajoma zaprosiła brata na oglądanie tej walki, mówiąc, że jestem znakomita. Brat spóźnił się kilka minut, ogląda chwilę i mówi: "Co ty mówiłaś, że ta Rylik taka świetna? Nie dość, że brzydka, to jeszcze ją ta Murzynka nap***dala".

Walka ze stereotypami

Jestem świadoma swojej kobiecości i nie wstydzę się swojego ciała. Zgodziłam się na kilka lekko erotycznych sesji zdjęciowych do kolorowych magazynów. To miłe słyszeć, że jestem atrakcyjną kobietą. Jednak to ocenianie według kryterium urody jest irytujące. Facet może być gruby i brzydki, kobieta musi być piękna, żeby zwrócić na siebie uwagę. Lubomir Palamar opowiadał kiedyś o sytuacji w ambasadzie Ukrainy. Dowiedzieli się, że jest trenerem mistrzyni świata, więc poprosili o jej zdjęcia. Kiedy już je otrzymali - oniemieli. "Miałeś nam przynieść zdjęcia sportsmenki, a ty przychodzisz z fotosami jakiejś modelki".

Walczę ze stereotypami. Do bokserek przylgnęła opinia, że wychodzimy na ring, bo w domu nam się nie układa, z trudem hamujemy agresję i musimy się wyżyć. To bzdura. Ciągle opowiadam, że boks to sport jak każdy inny. Choć nie da się ukryć, że mam wybuchowy charakter i czasem odpalam.

Miałam kiedyś epizod z taksówkarzem. Poszło o jakieś drobne nieporozumienie na jezdni. Facet szybko zaczął się robić agresywny. Zajeżdżał mi drogę. W końcu na czerwonych światłach wysiadłam ze swojego samochodu, żeby zapytać, o co mu chodzi, a ten przywitał mnie wulgarnymi wyzwiskami. Moją reakcją było spoliczkowanie barana. Wtedy ruszył na mnie z pięściami. Na szczęście zreflektował się i nie musiałam użyć swoich bokserskich umiejętności.

Czy trenerzy traktowali mnie jak kobietę? Urbańczyk na pewno tak. Palamar brał pod uwagę kobiecą psychikę, co było odbiciem jego rodzinnego podejścia do życia. Traktował mnie jak córkę. László Veres natomiast mówił do mnie Cinderella, dając mi przy okazji bardzo solidny fizyczny wycisk. W węgierskim Ferencváros spędziłam mnóstwo czasu i wypłakałam morze łez. Ale wytrzymałościowo przygotował mnie genialnie. Nigdy jednak nie był trenerem-kumplem.

Kopromotorzy z Anglii wymyślili, żebym wychodziła na ring przy "Uptown Girl" Billy’ego Joela. A jak już byłam mistrzynią i miałam ułożone życie prywatne, to się dziwiono, że jeszcze boksuję. Powinnam leżeć i pachnieć.

Były też sytuacje, gdy spotykałam się z oburzeniem spowodowanym przez moje wybory. Nawet po wielu latach trafiałam na szowinistów twierdzących, że powinnam stać przy garach. Myśleli, że to tylko moje fanaberie. Ale kiedy pokazywałam, co potrafię, to otwierali szeroko oczy. Wtedy zmieniali podejście.

Kobiecość w ringu

Sporty walki odbierają część kobiecości. A ja bardzo dbałam, żeby na ringu wyglądać jak ładna, zadbana kobieta. Kiedy zaczynałam karierę bokserską, nie było kobiecych strojów. Dziewczyny ubierały się do walki w byle co. Zobaczyłam Iwonę Guzowską w długich gaciach za kolano, wysokich butach i powiedziałam, że nie wyjdę tak na ring. Wymyśliłam wtedy, że będę walczyła w spódniczce. Jak się później okazało, był to rewolucyjny pomysł.

Postanowiłam, że będę wkładać kopertową spódniczkę, do tego ładny top. Poprosiłam też krawcowe, by do pasa spódniczki przyszyły mi cekiny. Na topie zresztą też je miałam. Zażyczyłam sobie czarne krótkie buty. Dostałam je dzień przed walką. Były do połowy łydki, miały trzy białe paski i podeszwę tego samego koloru. Wzięłam nożyczki i je obcięłam, paski i podeszwę zamalowałam na czarno. Włożyłam skarpetki i wywinęłam je na but. Dopiero wtedy mogłam walczyć.

Mój strój bardzo się spodobał - Polski Związek Bokserski zwrócił się do mnie z prośbą o użyczenie wzoru tej spódniczki. Niedługo potem cała kadra kobiet walczyła w spódniczkach. Moda na spódniczki na ringu rozpowszechniła się na całym świecie.

Wkładałam też na siebie piękny czarny szlafrok z grubej satyny. Jego kołnierz ozdabiał złoty haft. W takim zestawie czułam się dobrze i kobieco.

Dbałam też o włosy. Długie włosy są o tyle niebezpieczne, że na ringu, w rękawicach, ich nie poprawisz, a wpadające w oczy kosmyki bardzo dekoncentrują. Trener może pomóc jedynie nożyczkami. Moje włosy były więc starannie zaplecione w dziesiątki warkoczyków.

Tradycją przed walkami było malowanie paznokci, bardzo mnie to relaksowało. Żartuję, że w dniu walki byłam najbardziej bezbronna. Wiecie, kiedy kobiety są najbardziej bezbronne? Kiedy schnie im lakier na paznokciach. Na szczęście później weszła na rynek hybryda. W kilka sekund jest twarda jak skała. Dzięki paznokciom zyskałam przyjaźń na lata, bo przy okazji wizyty w salonie kosmetycznym poznałam Martę, nazywaną przeze mnie Pazurkiną. Moje pazurki są jej wierne od lat, a teraz także hybrydzie Chiodo Pro, którą dla mnie wybrała, bo to jedyne, co utrzymuje się na paznokciach w czasie boksowania i nagrań sportów ekstremalnych.

Do dziewczęcego wyglądu dołożyłam odpowiednie zachowanie. Po zakończeniu walki nie kłaniałam się tradycyjnym skinieniem głowy, tylko dygałam.

Piersi to nie jaja

Często zadawano mi w trakcie kariery pytania o piersi - w kontekście ciosów w tę część ciała: czy są bolesne i czy potrzebne były ochraniacze na biust. Zawsze odpowiadałam tak samo: Piersi to nie jaja, ochraniacze nie są konieczne. Zdaję sobie sprawę, że mężczyzna trafiony poniżej pasa składa się błyskawicznie. Piersi to jednak odmienna lokalizacja, część ciała jak każda inna. Poza tym w boksie ciosy tam nie trafiają. W kick boxingu owszem, czasem kopnięcia tam lądowały, ale w boksie to się nie zdarza.

Sport zmienia ciało kobiety. W innym miejscu tej książki wspominam o wpływie, jaki ma na kobiecy organizm "robienie wagi". Już samo katowanie ciała podczas treningów może być dewastujące. Powinno się użyć sformułowania: "albo rybki, albo akwarium". Chcesz być idealnie szczupła czy mieć duży biust? Wybieraj. Pogodzić to trudno. Kiedyś guru polskiego fitnessu żaliła mi się na setki hejtów w internecie na temat jej sztucznego biustu. Owi hejterzy bądź hejterki, nie rozumieją, że gdy brak tkanki tłuszczowej, najczęściej również brak biustu, ponieważ piersi to tkanka tłuszczowa. Poradziłam jej: "Powiedz to tym wszystkim krytykującym cię, niech mają tego świadomość!".

Kobietom należy mówić, że jeśli chcą mieć szczupłe nogi, nie chcą mieć tyłków i brzucha, to nie będą mieć też cycków. Muszą je sobie zrobić. Takie są efekty intensywnego treningu. Kulturystki twierdzą, że ich piersi wyglądają jak skarpetki - bo to jest tkanka tłuszczowa, nie mięśniowa. Spalasz tłuszcz, to spalasz też cycki.

Dlatego nie mam nic przeciwko interwencjom chirurga, zwłaszcza jeśli wygląd i prezencja są ważne w wykonywanym zawodzie, na przykład w pracy w telewizji. Nie widzę nic złego w poprawianiu urody i nie mam problemu z mówieniem o tym. Przyznaję, że zastosowałam botoks, przyznaję też, że planuję poprawić sobie brzuch, bo po ciąży jest na nim wciąż za dużo skóry. W trakcie kariery sportowej miałam bardzo ładnie zarysowane mięśnie brzucha. Teraz, delikatnie mówiąc, ich nie widać. A że przyjaźnię się z AG Klinik doktora Adama Gumkowskiego, to zabieg zbliża się dużymi krokami. Mam do niego bezgraniczne zaufanie i wiem, że nie zrobi mi krzywdy. Wiem też, że jest człowiekiem rozsądnym, bo gdybym chciała "zrobić" usta, toby mnie pogonił.

Po jednym z bankietów podejrzewano mnie o ingerencję chirurga w biust. Pudło. Po prostu dość trafnie dobrałam sukienkę. Nie wstydzę się powiedzieć: "Nie, nie zrobiłam sobie biustu. Zwyczajnie jestem tłusta. Przestałam trenować i wyglądam inaczej niż kiedyś. Mam tyłek, mam cycki. Jestem kobietą".

Fragment książki Agnieszki Rylik "Nokaut. Historia bokserki". Wydawnictwo Edipresse Książki. Premiera: 26 kwietnia 2017 r.

Śródtytuły i gwiazdki pochodzą od redakcji.


 

 

 

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje