Alicja i Krzysztof Klenczonowie: Miłość Bibi i Niuńka

Alicja i Krzysztof Klenczonowie z córką Karoliną. Fotografia pochodzi z archiwum Alicji Klenczon /archiwum prywatne

Nawet mnie nie pocałował. Choć pewnie gdyby próbował, znajomość szybko by się skończyła - tak wspomina pierwszą randkę z Krzysztofem Klenczonem, kompozytorem największych przebojów Czerwonych Gitar jego żona, Alicja.

Reklama

Przeczytaj fragment książki "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości" Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja:

Tomasz Potkaj: Poznałaś Krzysztofa w Non Stopie (sopocki klub muzyczny - red.)?

Reklama

Alicja Klenczon: - Tak, pamiętam datę: 19 stycznia 1965 roku (Jerzy Kossela twierdził, że pod nazwą Czerwone Gitary w tzw. zimowym Non Stopie zespół wystąpił po raz pierwszy kilka dni później, 23 stycznia 1965 roku - red.), kilka dni po pierwszym występie Czerwonych Gitar w Elblągu. Ale po raz pierwszy spotkaliśmy się w innym miejscu: w barze Alga. To było popularne miejsce w centrum Sopotu, przy skrzyżowaniu Bohaterów Monte Cassino i Grunwaldzkiej. Na parterze mieścił się bar samoobsługowy, a na górze kawiarnia. Stałam w kolejce po obiad, miałam pod pachą jakieś książki, i w pewnej chwili poczułam, że ktoś na mnie patrzy. Chłopak był wysoki, ciemnowłosy, w kożuszku, z moherowym szalikiem fantazyjnie owiniętym wokół szyi. Dość przystojny. I na tym się skończyło.

- Kilka dni później zadzwonił do mnie kolega i powiedział, że w Non Stopie będzie występował nowy zespół i wybierają się tam całą paczką. Poszłam z nimi do Grand Hotelu. W klubie zauważyłam tego chłopaka, który przyglądał mi się w Aldze. Stał na scenie z gitarą. Zaczęliśmy się sobie przyglądać. Tańczyłam w gronie znajomych, kiedy w pewnym momencie podszedł do mnie jakiś facet. Był trochę gruby i niezbyt przystojny. "Pani Alicjo - powiedział, i bardzo spodobało mi się, że zwrócił się do mnie per pani - czy mógłbym z panią zatańczyć"? Odpowiedziałam, bo tak mnie nauczono w domu, że z nieznajomymi nie tańczę. Wtedy odszedł. "Ty wiesz, kto to był? - szepnął mi jeden z kolegów. - To był przyjaciel Krzyśka". Czyli Jurek Szaciłło z ekipy technicznej Czerwonych Gitar, z którym potem bardzo się zaprzyjaźniłam. Wtedy dowiedziałam się, że chłopak ze sceny ma na imię Krzysztof. A jego zespół to Czerwone Gitary.

- Ani razu nie podszedł do mojego stolika. Ale potem Jurek, z którym tymczasem jednak zatańczyłam, poprosił, żebym spławiła swoje towarzystwo, bo Czerwone Gitary chcą mnie zaprosić na kawę. Poszłam z ciekawości. Tak ich poznałam. W hotelowej kawiarni byłam jedyną dziewczyną i kiedy siedziałam z nimi przy stoliku, miałam wrażenie, że chcą mnie poderwać. I to wcale nie Krzysztof, który był wtedy trochę "dupowaty". Raczej Benek Dornowski, Skrzypczyk i Kossela. Potem pojawiły się tam dwie dziewczyny. Jedną była Jana Kras, późniejsza i do końca żona Jurka Kosseli, oraz jej siostra Helena, która została żoną Benka Dornowskiego.

A jak wyglądała wasza pierwsza randka?

- Krzysztof zaprosił mnie do kina. To była Polonia przy Bohaterów Monte Cassino. Dziś już nie istnieje, rozebrano ją kilka lat temu.

A pamiętasz tytuł filmu?

- No co ty! W ogóle nie zwracałam uwagi na film. Byłam atrakcyjną dziewczyną, spotykałam się z chłopakami i podpuszczałam ich. Kiedy przystępowali do całowania, dostawali w twarz. Więc siedzieliśmy w kinie i czekałam, aż Krzysztof zacznie się do mnie przysuwać. A on nic! To ja się zaczęłam przysuwać. I też nic. Miałam na sobie płaszczyk za kolana i czerwone kozaki na szpilkach. Po kinie Krzysztof zaproponował, żebyśmy poszli gdzieś na kawę, ja wolałam spacer na molo. Więc poszliśmy. On osobno, ja osobno, metr od siebie. W pewnym momencie szpilka moich czerwonych bucików utknęła pomiędzy deskami. I wtedy Krzysztof, niejako zmuszony sytuacją, wziął mnie pod rękę. Doszliśmy do końca mola. Wiało strasznie. A ja powiedziałam, że lubię takie żywioły. Stał i przytakiwał mi, choć musiało mu być okropnie zimno. Nawet mnie nie pocałował. Choć pewnie gdyby próbował, znajomość szybko by się skończyła.

- Odprowadził mnie do kolejki. W ostatniej chwili wskoczył do wagonu i odwiózł mnie do stacji Gdańsk-Przymorze. Potem opowiedział mi, że wracał do domu pieszo, bo nie miał na taksówkę. A kolejki o tej porze już nie kursowały.

Jak wtedy wyglądały jego finanse?

- To był chyba najbardziej "chudy" okres w jego życiu. Wszystko, co miał, zainwestował w Czerwone Gitary. Czterdzieści tysięcy złotych, wszystko, co mu zostało z Niebiesko-Czarnych. To było w tamtych latach bardzo dużo. Kupił za to sprzęt, wzmacniacze - i nie mieli nawet na jedzenie. Krzysiek mieszkał wtedy w Sopocie z kolegą, Andrzejem Mułkowskim, którego rodzice pracowali w PGR-ze. Chłopcy jedli cukier i przesypiali cały dzień, żeby nie czuć głodu.

- Krzysztof miał w Trójmieście grupę przyjaciół. Do najbliższych, poza Jurkiem Szaciłłą, należał Amon Majlow Wróblewski. Jego matka była Polką, a ojciec Gruzinem, oficerem Armii Czerwonej. Matka wyszła za mąż za kogoś innego, ponieważ była pewna, że ojciec Amona zginął podczas wojny. Ale to nie była prawda. Wiele lat później Amon odnalazł ojca w Gruzji. Okazało się, że ożenił się i miał cztery albo pięć córek. Był zamożnym człowiekiem. Chciał, żeby syn z żoną i dziećmi przeniósł się do Gruzji, co się nie stało, ale Amon jeździł tam i do tej pory odwiedza przyrodnie siostry.

Kto nazwał Krzysztofa Klenczona Niuńkiem?

- Wymyślił to chyba Jurek Szaciłło. Bibi i Niuniek - to pasowało do siebie. Wcześniej nazywałam Krzysztofa Pysiem, ale to nie przyjęło się w Czerwonych Gitarach.

Twoi rodzice mieszkali w Chicago, Ty z babcią w Gdańsku-Oliwie. Jak zareagowała, kiedy zaczęłaś spotykać się z Krzysztofem?

- Długo jej o tym nie mówiłam. Kiedyś postanowiliśmy spędzić kilka dni razem i w tym celu wymyśliłam intrygę. Powiedziałam babci, że jadę do Warszawy, a oczywiście na dworcu miał czekać na mnie Krzysztof. Ale babcia chyba zaczęła się czegoś domyślać, w każdym razie zapowiedziała, że przejedzie ze mną do stacji Gdańsk Główny. Na szczęście odprowadziła mnie tylko na pociąg we Wrzeszczu. Krzysztof z Jurkiem Szaciłłą czekał na mnie na następnej stacji, jak się umówiliśmy. Miałam wtedy pieniądze, więc pojechaliśmy taksówką do Grand Hotelu, gdzie zarezerwowałam pokój.

- Czerwone Gitary grały tam wieczorem, a po występie wszyscy wylądowali w moim pokoju. Był Krzysztof i Jurek, jakieś dziewczyny, dwóch znajomych cinkciarzy, chłopcy z Czerwonych Gitar, pewnie poza Krajewskim, bo on nie lubił takich imprez. Upiliśmy się. Budzimy się rano na kacu, głodni. W restauracji robią nam jajecznicę i impreza trwa dalej. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że nie ma mojego bratanka, Ryśka Truskolaskiego, który tam z nami balował. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Ktoś otworzył. W drzwiach stało dwóch facetów. "Tu podobno jest siostra Ryśka" - mówi jeden. Podchodzę i potwierdzam, że jestem siostrą, ale cioteczną. A oni na to: "Jesteś nam winna pieniądze". Okazało się, że Rysiek poszedł w nocy do Łazienek Północnych - to jest miejsce niedaleko hotelu, już mój ojciec grywał tam w ruletkę - i przegrał sporo pieniędzy. Jakoś udało nam się załagodzić sytuację.

A kiedy poznałaś rodziców Krzysztofa?

- Najpierw, latem 1965 roku, poznałam ojca. Przyjechał na koncert zespołu syna w Non Stopie z siostrą Krzysztofa, Hanką. Krzysztof poprosił, żebym przyszła wcześniej, bo chce nas sobie przedstawić.

- Z mojej rodziny Krzysztofa najpierw poznała babcia, zresztą w dość zabawnych okolicznościach. Zaprosił mnie na kolację do pokoju, który wynajmował w Sopocie z Andrzejem. Do dziś pamiętam adres: Kościuszki 46. A że byli biedni jak myszy kościelne, przygotowali gotowaną kurę, którą Andrzej gdzieś ukradł. Zostałam na noc, ale nic się nie zdarzyło, jeśli chodzi o sprawy męsko-damskie. Rano pukanie do drzwi. Wchodzi gospodyni i mówi przejęta: "Panie Krzysztofie, panie Andrzeju, przyszła jej babcia. Mówi, że wie, że tutaj jest jej wnuczka, i muszę ją wpuścić". Szybko się ubrałam, wyskoczyłam z balkonu - na szczęście nie było wysoko - i ukryłam się w krzakach w ogrodzie. Słyszałam rozmowę na górze. "Gdzie jest Bibi? Wiem, że była tu u was". "Była, owszem, ale wczoraj pojechała do Warszawy". "Jak to pojechała? Przecież nie zabrała rzeczy. A czyje to pończochy?". W końcu Krzysztof wyszedł na balkon i zawołał mnie, że babcia jest udobruchana. Jakiś czas później babcia zawiozła do Non Stopu gar z obiadem, żeby nakarmić Czerwone Gitary. Polubiła Krzysztofa.(...)

Co opowiadał o swojej rodzinie?

- Krzysztof już na początku naszej znajomości powiedział mi, że jego rodzice od lat nie mieszkają razem, choć nie mają formalnego rozwodu. I że właściwie pochodzi z rozbitej rodziny. Męczyło go to. Całkiem możliwe, że był to jeden z powodów, dla których "przylgnęliśmy" do siebie. Kiedy opowiedziałam mu o mojej sytuacji rodzinnej, o tym, że rodzice wyjechali i mieszkam z babcią, bardzo go to poruszyło. W późniejszych latach, 1974 albo 1975 roku, matka Krzysztofa wystąpiła o rozwód i został orzeczony, choć Czesław nie stawiał się na rozprawach. Moja teściowa nie wróciła do panieńskiego nazwiska Rajczyk i do końca życia nazywała się Klenczon.

- Kiedy zaczęłam jeździć do Szczytna, ojciec Krzysztofa mieszkał w Mikołajkach i był właścicielem wytwórni wód gazowanych. To przynosiło duży dochód, więc jestem pewna, że przesyłał pieniądze na utrzymanie rodziny. O relacjach rodziców wiele mówi historia, którą kiedyś Krzysztof mi opowiedział. Otóż w wakacje jeździł z młodszą siostrą pracować u ojca. Kiedy wracał do Szczytna, matka pytała, ile przywieźli pieniędzy. Krzysztof nie mógł sobie za to kupić na przykład instrumentu, tylko oboje musieli oddać pieniądze matce. Miał wrażenie, że matka wysyłała go do Mikołajek nie dlatego, żeby miał kontakt z ojcem, ale żeby przywiózł pieniądze. Rodzice Krzysztofa na pewno byli niedobrani, to było raczej małżeństwo z rozsądku niż z miłości. Poza tym po wojnie teść przez dziesięć lat musiał się ukrywać i wydaje mi się, że to wtedy się wszystko rozpadło.(...)

Krzysztof Klenczon urodził się w Pułtusku, choć wiele osób jest przekonanych, że w Szczytnie.

- Tak, 14 stycznia 1942 roku, w środku wojny. Rodzice Krzysztofa chyba tam się poznali. Z ankiety osobowej Heleny Klenczon z 1952 roku wynika, że przed wojną i w czasie wojny mieszkała w kamienicy przy Rynku, pod numerem 21, zresztą zachowanej do dziś. Kilka lat temu miasto ufundowało na jej ścianie tablicę upamiętniającą Krzysztofa. Po wojnie rodzina przeprowadziła się do Szczytna. Tam przyszła na świat siostra Krzysztofa, Hanka.

- Teść był zaradnym człowiekiem. W Szczytnie wybrał sobie piękną poniemiecką willę z pianinem. Ale kiedy trafił do więzienia, żonę i dzieci stamtąd wyrzucono. Ponieważ wszystkie lepsze mieszkania w Szczytnie były już zajęte, Klenczonowie zamieszkali w małym mieszkanku na strychu kamienicy przy ulicy 3 Maja 8, przemianowanej potem na Aleksandra Zawadzkiego. Również na ścianie tego domu umieszczono jakiś czas temu pamiątkową tablicę. Formalnie Krzysztof był zameldowany w Szczytnie do naszego ślubu. W 1968 roku zameldował się na Wita Stwosza w Gdańsku-Oliwie, czyli u mnie.

- Czesław Klenczon miał jakiś związek z Armią Krajową, ale nie znam szczegółów. Po wojnie związał się z organizacją Wolność i Niezawisłość. W grudniu 1946 roku olsztyński Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął aresztowania wśród członków organizacji. W maju 1947 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Olsztynie zapadły wyroki więzienia wobec osiemnastu osób. Wśród skazanych był Czesław Klenczon - dostał pięć lat, złagodzone na mocy amnestii do dwóch, na skutek interwencji obrony wyszedł po jedenastu miesiącach. Jednak bał się, że znowu tam wróci, więc zaczął się ukrywać pod fałszywym nazwiskiem Antoni Ambroziak w Czaplinku w województwie szczecińskim. Aż do 1956 roku.

- Kiedy po raz pierwszy przyjechałam z Krzysztofem do Szczytna, ich mieszkanie zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. Składało się z pokoju stołowego, kuchni i sypialni ogrzewanych piecem kaflowym na węgiel, który trzeba było wnosić po schodach. Toaleta i łazienka znajdowały się na korytarzu. Dopiero na początku lat 70. teściowa wyprowadziła się stamtąd, zostawiając mieszkanie córce. Mama Krzysztofa pracowała w sklepie przy placu Juranda w centrum miasta. Z czasem została kierowniczką. Zatrudniła Wandę Klenczon, która była żoną Olka, najmłodszego brata mojego teścia, i mamą Jurka Klenczona. Zanim przed szóstą rano wyszła z domu, gotowała obiad, żeby dzieci miały co jeść. Krzyczała, używała paska. Oboje się jej bali. Matka Krzysztofa była dość zimną osobą, nie było tam wylewności, czułości, matczynej miłości.

Krzysztof był emocjonalnie bardziej podobny do niej czy do ojca?

- Zdecydowanie do ojca, choć nigdy nie był wylewny. Miał już dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat, kiedy zaczęłam przyjeżdżać z nim do Szczytna, a jego matka potrafiła zrobić nam awanturę, że wieczorem przyszliśmy zbyt późno, że piliśmy z jego kolegami i tak dalej. Czesław, jeśli tylko wiedział, że będziemy w Szczytnie, przyjeżdżał z Mikołajek. Nocował wtedy na Kościuszki w salonie, razem z Krzysztofem, a ja spałam w drugim pokoju, na dużym łóżku z jego siostrą i matką, która zresztą niesłychanie głośno chrapała.(...)

Jak rodzice Krzysztofa odnosili się do jego kariery?

- Chcieli, żeby został inżynierem. Ale na Politechnice Gdańskiej wytrzymał tylko jeden semestr, przeniósł się do Studium Nauczycielskiego ze specjalizacją nauczyciel WF-u, które ukończył. Nawet przez tydzień pracował w szkole, w Rumach koło Szczytna, ale kiedy Franciszek Walicki we wrześniu 1962 roku wysłał do niego telegram z propozycją, by dołączył jako gitarzysta do Niebiesko-Czarnych, zostawił szkołę bez pożegnania i wrócił do Trójmiasta. Rodzice bardzo to przeżywali, ale ojciec chyba rozumiał, że muzyka jest powołaniem Krzysztofa. Potem oboje cieszyli się jego sukcesami.

- W 1972 roku, gdy dostaliśmy zgodę na wyjazd z Polski, Krzysztof upoważnił ojca, żeby odbierał należne tantiemy w ZAiKS-ie, chciał go w ten sposób jakoś zabezpieczyć. Kiedy wyjeżdżaliśmy, Krzysztof miał przeczucie, że widzi ojca po raz ostatni. Martwił się jego losem, tym, że zostawał sam, niemalże bezdomny. Ojciec miał żal do syna, że obiecał się nim zaopiekować, a potem wyjechał i po pewnym czasie założył konto, do którego nie dał mu dostępu. Uważał, że stało się tak skutkiem intrygi, którą uknuły jego żona z córką. A przy tym bardzo kochał syna.

- W USA podejmowaliśmy starania, żeby sprowadzić Czesława Klenczona, który po naszym wyjeździe z Polski znów zamieszkał z żoną w Szczytnie. Matka pisała, że Czesław pije i trwoni nasze pieniądze. On z kolei pisał, że wyrzuciła go z domu. Wiele tam było wzajemnych żalów. Krzysztof się tym martwił, chciał nawet pojechać do Polski i pozałatwiać rodzinne sprawy, lecz w końcu uznaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie sprowadzenie ojca do nas. Niestety, okazało się to niemożliwe. Krzysztof nie miał amerykańskiego obywatelstwa, mógł ubiegać się o nie dopiero po pięciu latach od przyjazdu. Zapraszającymi musieliby być moi rodzice, lecz z punktu widzenia amerykańskiego prawa imigracyjnego powinowactwo pomiędzy nimi a Czesławem Klenczonem nie było dostateczną podstawą.

Nie udało się.

- Pod koniec życia teść chorował. Miał martwicę nogi. Pojechał do Poznania, do Hanki, zmarł tam w szpitalu w grudniu 1975 roku. Matka Krzysztofa była wtedy u nas w Chicago. Mieliśmy paszporty konsularne i w ciągu dwóch dni udało nam się załatwić wszystko w polskim konsulacie, kupić bilety i polecieliśmy na pogrzeb. Ale tylko we dwoje. Byłam zdumiona, kiedy matka Krzysztofa oznajmiła, że nie wybiera się na pogrzeb. Nie była to kwestia pieniędzy, moi rodzice byli gotowi kupić jej bilet. Krzysztof bardzo to przeżył. Jak już wspomniałam, Czesław Klenczon jest pochowany na cmentarzu w Szczytnie. Kochałam go jak własnego ojca.

Czy Twoi rodzice zaakceptowali Krzysztofa?

- Babcia go polubiła. Jednak moi rodzice, a zwłaszcza ojciec, nie akceptowali go, chociaż przed naszym przyjazdem do Chicago rozmawiali tylko przez telefon. Ojciec rzucał słuchawką po drugiej stronie Atlantyku i mówił, że jeśli wyjdę za tego "grajka knajpowego", to mnie wydziedziczy. W końcu babcia wzięła sprawy w swoje ręce i oznajmiła, że czas, by poznała rodziców narzeczonego. Pojechaliśmy więc pociągiem do Szczytna. Ojciec Krzysztofa przyjechał z Mikołajek. Byłam pod jego wielkim urokiem. Elegancki, w białym szaliku. Wtedy zaczęły się rozmowy o ślubie.

Jak wyglądały zaręczyny?

- Krzysztof chciał się żenić, ja - niekoniecznie. Ale babcia nalegała. Powiedziałam mu o tym. "A jak wyglądają oświadczyny?" - zapytał. "Padasz na kolana, musisz mieć kwiaty i butelkę wina" - wypaliłam. Poszliśmy do mojej babci. Wszystko wyszło jak trzeba, choć Krzysiek, padając na kolana, lekko się zachwiał i o mało nie stłukł butelki. Pojawił się tylko jeden problem: "Gdzie jest pierścionek?" - zapytała babka. Rzeczywiście, zapomnieliśmy o najważniejszym. "Wyjdźcie z pokoju" - powiedziała. Po kilku minutach zawołała nas i wręczyła mi swój pierścionek zaręczynowy. I zaczęły się przygotowania do ślubu.

Odbył się w katedrze oliwskiej 25 grudnia 1967 roku. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia zwykle nie udziela się ślubów. Jak udało się wam to załatwić?

- Babcia się tym zajęła. Ale to nie wszystko, bo przecież specjalnie otwarto dla nas urząd stanu cywilnego. Ślub w katedrze był o 18. Podjechaliśmy czarną wołgą. Przed katedrą stało mnóstwo ludzi - widomość, że Krzysztof Klenczon z Czerwonych Gitar się żeni, rozeszła się po całym Trójmieście i okolicach. Kiedy wysiadaliśmy, ktoś krzyknął do mnie: "Ale rura!". Przy wchodzeniu do katedry towarzyszyły nam histeryczne krzyki fanek: "Krzysiu, nie rób tego!", "Zastanów się jeszcze!". Istne szaleństwo.

A jaką miałaś suknię ślubną?

- Miałam dwie. Jedną do urzędu, drugą do kościoła. Po zakupy poleciałam do Warszawy samolotem i wróciłam tego samego dnia. Kupiłam piękną wełenkę, podbicie na pelerynę, która została obszyta białym lisem, i resztę. Suknię szyła mi najlepsza krawcowa w Sopocie, do której chodziła jeszcze moja mama. Miała pracownię w samym centrum, niedaleko Złotego Ula - bardzo znanej kawiarni.

Świadkami mieli być Czesław Niemen i Ada Rusowicz. Niemen wycofał się w przeddzień z powodu rozstania z Adą. To znana historia.

- Czesław przyjaźnił się z Krzysztofem i z moją rodziną. Dlatego ich poprosiliśmy na świadków. Ale coś między nimi zaszło. W każdym razie na trzy dni przed ślubem Czesiek zadzwonił do Krzysztofa i mówi: "Słuchaj, ja mam problem. Czy Ada będzie świadkiem na twoim ślubie?". "Co za pytanie, przecież wszystko ustalone, jutro przyjeżdża". "W takim razie ja nie mogę być świadkiem". I zaczęli się kłócić przez telefon. Musieliśmy na gwałt znaleźć kogoś innego. Na szczęście zgodził się Benek Dornowski.

- Ada przyjechała z rodzinnego Dzierzgonia cała zapłakana. Niemen w ogóle nie przyszedł. Z Krzysztofem pogodzili się w sierpniu 1969 roku na festiwalu w Sopocie. Byłam wtedy u rodziców w Chicago z malutką Karoliną i pewnej nocy zadzwonił do mnie Czesiek z Grand Hotelu, pijany w trzy d... Był z Krzysztofem. Siedzieli na schodach, oblewając narodziny Karoliny i zgodę. Jak im się udało dodzwonić do USA w tamtych czasach, kiedy na rozmowę czekało się czasem bardzo długo, nie mam pojęcia.

Wesele odbyło się w domu?

- Oczywiście, wtedy nie wynajmowało się sal weselnych. Ale kelnerów i kucharzy mieliśmy z Batorego.

Fragment książki "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości" Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja. Wydawnictwo WAM. Premiera: czerwiec 2017.

Skróty pochodzą od redakcji


Fragment książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje