Alicja Rudnicka: W kobiecych butach

Inicjatorka spotkań dla kobiet, organizatorka konferencji dla businesswomen. Zakładała „Szpilki po godzinach” z myślą, by przyciągnąć do tej idei kobiety, które mają potrzebę zadawania pytań i szukania odpowiedzi. Alicja Rudnicka integruje kobiety i chce podarować im czas tylko dla nich.

Skąd wziął się u pani talent organizatora?

Reklama

Alicja Rudnicka, właścicielka firmy Szpilki po godzinach: - Już jako nastolatka interesowałam się organizacją różnych rzeczy, a jako mała dziewczynka urządziłam biuro i pocztę w domu. Organizowałam też rozmaite zabawy z dziećmi, np. w sklep i byłam osobą, która decydowała o tym, co sprzedajemy. Wychodzi na to, że od początku miałam wysoko rozwinięte zdolności organizacyjne, co w dorosłym życiu przełożyło się na wszystkie doświadczenia zawodowe. Później, jako nastolatka, zaczęłam interesować się makijażem, ale do pewnego momentu, nie traktowałam tego poważnie. Wtedy sądziłam, że to pasja, której nie mogę przekuć w nic poważnego.

Malowała pani koleżanki?

- Tak, na studniówki, wesela, imprezy. Przy czym, nie kupowałam nigdy profesjonalnych kosmetyków, bo traktowałam to tylko jako hobby. Opierałam się na tym, co miałam we własnej kosmetyczce.

Czy zamiłowanie do organizacji przełożyło się w jakiś sposób na wybór dotyczący studiów?

- Ukończyłam technikum ekonomiczne. Tam zdobyłam wiedzę na temat marketingu, reklamy, promocji, ekonomii, rachunkowości. Dzięki szkole średniej mogłam zorientować się, co tak naprawdę lubię robić. Matematyka i przedmioty ścisłe były moją mocną stroną. Poszłam na moje pierwsze studia: finanse i bankowość, ale po pół roku stwierdziłam, że ten kierunek nie jest dla mnie. Wiedza tam zdobywana w prostej linii prowadziła do zawodu księgowej, a ja miałam potrzebę kreowania. Zmieniłam kierunek studiów na zarządzanie i marketing, bo była to tematyka, którą polubiłam w szkole średniej. Już na studiach poważnie zaczęłam myśleć o swojej firmie, ale świadomość, że kiedyś otworzę coś swojego, była chyba we mnie od zawsze.

Po drodze była przygoda z korporacją.

- Jak u wiele osób tuż po studiach. Trafiłam do małej firmy produkującej napoje energetyczne, która potem rozwinęła skrzydła. Byłam office menadżerem, osobą "od wszystkiego", ponieważ nasz warszawski oddział dopiero stawiał pierwsze kroki, a cały kapitał ludzki, 100 pracowników, skupiony był w zakładzie produkcyjnym. Szybko awansowałam na stanowiska menadżerskie i w kolejnych firmach zarządzałam zespołami. Po siedmiu latach zrozumiałam, że na takim stanowisku już więcej nie osiągnę. Nawet, jeśli zostanę dyrektorem administracyjnym czy korporacyjnym w dziesięć razy większej firmie, to cały czas będę robić to samo. Doszłam do przysłowiowego szklanego sufitu.

Co pani zrobiła z tą wiedzą?

- Wiedziałam, że jeśli chcę zacząć robić coś innego, nowego, to muszę postawić na to, co lubię. Wróciłam do makijażu. Zaczęłam od zainwestowania w profesjonalny sprzęt do malowania. Wtedy jeszcze pracowałam na etacie, bo makijaży nie traktowałam jako zajęcia zarobkowego. Nie wiedziałam, czy ten pomysł się rozwinie i postanowiłam dać sobie czas na zastanowienie się, czy faktycznie będę chciała to robić. To była dobra decyzja, bo gdybym rzuciła się na głęboką wodę, tak jak obserwuję to niejednokrotnie u innych, to pewnie szybciej bym się wypaliła, a tak był to bardzo przyjemny epizod na mojej drodze do własnej firmy.

Kiedy pasja stała się pracą?

- Moja wieloletnia przyjaciółka Irena zaangażowana była w prowadzenie rodzinnego studia urody. Zadzwoniłam do niej i opowiedziałam o swoim pomyśle: "Może powiesisz moją ofertę w salonie?" Umówiłyśmy się na kawę i już na tym spotkaniu, w wyniku dyskusji, powstał projekt "Szpilek po godzinach". Jeśli spotykają się dwie osoby, które myślą podobnie, to pomysły rodzą się mimowolnie.

Jaki był to pomysł?

- Koncepcja spotkań dla kobiet, na których będziemy przygotowywać dziewczyny na imprezy czy wieczory panieńskie. Połączenie makijażu, stylizacji i prostych zabiegów kosmetycznych. Miały to być spotkania popołudniowe lub całodzienne w wynajętym lokalu. Pierwszą imprezę zorganizowałyśmy 7 stycznia 2012, miesiąc po naszym spotkaniu - dla naszych znajomych, za darmo, żeby przetestować koncepcję. Wynajęłyśmy apartament na jedną dobę.

- Pierwsza lekcja - okazało się, że lokal był na czwartym piętrze, w budynku bez windy! Wszystkie rzeczy: catering, sprzęt do makijaży i łóżko kosmetyczne trzeba było tam wnieść. Na tę testową imprezę celowo zaprosiłyśmy nasze koleżanki. Chciałam sprawdzić, czy będę w stanie wykonać kilka makijaży, bo wcześniej nie miałam takiego doświadczenia - nie mogłam wszystkiego przewidzieć, chociażby zmęczenia. Panowała niezobowiązująca atmosfera, ponieważ wśród uczestniczek spotkania były nasze znajome, co nie zmienia faktu, że to był bardzo ciężki dzień. Nie wyobrażam sobie organizacji takiego spotkania dla klientek, zwłaszcza, że żeby pomysł był rentowny, musiałybyśmy robić to często.

Jakie wnioski płynęły z tej próby?

- Zależało nam na stworzeniu klimatu, w którym kobiety będą się czuły zrelaksowane. Okazało się, że w wynajmowanych apartamentach nigdy nie osiągniemy oczekiwanego efektu. Przyszło nam do głowy, żeby wynająć własny lokal, co zrobiłyśmy miesiąc później, w lutym, a już w marcu było oficjalne otwarcie. 8 marca w Dzień Kobiet w urokliwym lokalu na Ochocie, odbyło się I spotkanie! W międzyczasie wymyśliłyśmy nazwę "Szpilki po godzinach".

To miała być przestrzeń tylko dla kobiet?

- Tak, z trzema pomieszczeniami: w pierwszym było studio kosmetyczne, w drugim pokój makijażu i metamorfoz, a w trzecim, największym - przestrzeń na warsztaty i szkolenia. Dziewczyny rezerwowały lokal, my robiłyśmy zabiegi, makijaże, metamorfozy. Zamykałyśmy o godz. 22, a one wychodziły wyszykowane i zrelaksowane na zabawę w mieście. Dzięki przestrzeni warsztatowej, nawiązałyśmy wiele ciekawych kontaktów, które procentują do dziś. Ważna jest też idea, źródło wszystkich aktywności. Zarówno pierwsze spotkanie, jak i miejsce i oferowane w nim usługi, służyły temu, żeby każda kobieta miała możliwość zadbania o własne potrzeby. Nie o potrzeby rodziny, spełnianie oczekiwań społecznych, tylko to, co ją czyni szczęśliwą i spełnioną.

Pomysł spotkał się z aprobatą kobiet?

- Kilka razy spotkałyśmy się ze ścianą. Byłyśmy w euforii, która towarzyszy wielu osobom na początku działania firmy i nie brałyśmy pod uwagę tego, że coś może pójść nie po naszej myśli. Dałyśmy sobie pół roku na rozkręcenie "Szpilek". Byłyśmy przekonane, że skoro robimy coś, czego jeszcze nie ma na rynku i co daje nam taką satysfakcję, to osoby, które znamy, postarają się o to, żeby nam pomóc i wypromować nasz pomysł. Tak się jednak nie do końca stało.

Bo o klientki trzeba się starać aktywnie?

- Oczywiście, starałyśmy się, ale procent, który zakładałyśmy, że przyjdzie sam, okazał się dużo mniejszy, niż nasze prognozy. Pracowałyśmy z Irenką przez pewien czas w jednej firmie i dzięki temu miałyśmy kilkaset wspólnych koleżanek. Z tej grupy przyszło do nas może kilka. Zainteresowanie "Szpilkami" powstało dopiero wtedy, kiedy zaczęłyśmy działania stricte marketingowe. Okazało się, że najpierw trzeba postawić na zasięg. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę że z obecnej grupy aktywnie działa tylko kilka procent kobiet.

- Społeczność cały czas trzeba budować. To był pierwszy trudny punkt, który uświadomił mi, że trzeba zmienić strategię. Wymyśliłam, że w związku z ograniczonym budżetem, musimy znaleźć takie miejsca, gdzie pojawia się nasz grupa docelowa. Zaczęłyśmy chodzić na różne spotkania kobiece i biznesowe. Wiedziałam, że skoro przychodzę na dane spotkanie, to muszę znaleźć sposób, by dotrzeć do wszystkich. Zaczęłam proponować organizatorom różne profity, prezenty dla uczestniczek, a kiedy się pojawiałam, zapraszałam wszystkich do naszego lokalu. Po pewnym czasie te działania zaczęły procentować. Rok takich spotkań był najlepszą inwestycją w rozwój "Szpilek po godzinach". Nawiązałam wiele kontaktów i to jest baza, która pozwoliła rozwinąć się dalej.

Kim jest klientka "Szpilek po godzinach"?

- To kobieta między 25 a 55. rokiem życia. Osoba, która chce się rozwijać, chce od życia więcej. Kiedy zakładałam "Szpilki po godzinach", chciałam do tej idei przyciągać kobiety, które mają potrzebę zadawania pytań i szukania odpowiedzi, chcą integrować się z innymi po to, żeby czerpać z ich doświadczeń i inspirować się nimi.

Lubi pani towarzystwo kobiet?

- Oczywiście! Kobiety zawsze były w moim życiu i zawsze były ważne. Kobiecość mnie intrygowała, interesowała. Podziwiam kobiety i ich zdolność do działania. Obserwuję, jak kobiety pracują, czasem jeszcze prowadzą firmę, mają trójkę dzieci, gotują, a mąż zajmuje się głównie pracą zarobkową. Z jednej strony, jest to godne podziwu, ale z drugiej - to błąd w systemie. Coś tu nie gra! Poprzez "Szpilki" chcę podarować kobietom czas tylko dla nich, bo wiem, jak trudno jest go nam wygenerować. Nieustannie jesteśmy w stanie oczekiwania, ciągle ktoś czegoś od nas chce, poczynając od dzieci, męża, społeczeństwa, koleżanek, przyjaciółek, a kończąc na teściowej. Dlaczego tak się dzieje? Bo takie mamy predyspozycje. Natomiast, my same, od siebie nic nie chcemy. Nie chcemy znaleźć czasu dla siebie. Wiem, ile mnie samą kosztowała zmiana takiego sposobu myślenia. Wiem też, jakie to jest ważne, jak to wiele zmieniło w moim życiu i dlatego chcę tę wolną przestrzeń dawać właśnie kobietom.

Najpierw były "Szpilki po godzinach", a potem "Szpilki w biznesie". Czym różnią się te inicjatywy?

- "Szpilki po godzinach" symbolizują czas wolny po pracy, czas tylko dla siebie, a "Szpilki w biznesie" to oferta skierowana do kobiet, które mają własne firmy. "Szpilki po godzinach" są dla wszystkich pań: tych na etacie, z własną firmą i gospodyń domowych i wszystkich, które poszukują. W tym czasie tylko dla nich, ważny jest rozwój osobisty, czyli np. jakieś szkolenia, konkretna wiedza, którą mogą wprowadzić w życie, ale nie tylko. Stawiam również na rozrywkę i możliwość spędzenia miło czasu. Na przykład, ostatnio razem z biurem podróży Ciao Italia, również zresztą kobiecym, bo prowadzonym przez dwie kobiety, zorganizowałam spotkanie podróżnicze "Hiszpania jest kobietą". Było wino, pokaz tańca flamenco, hiszpańskie piosenki. Na początku organizowałyśmy także kulturalne wymiany ubrań i dodatków, kursy tworzenia biżuterii, wieczory tematyczne.

- Obecnie, "Szpilki po godzinach" to przede wszystkim duże wydarzenia dla kobiet organizowane średnio raz na 3-4 miesiące. Kobiety przychodzą na kilka godzin i mogą w swobodnej atmosferze skorzystać ze wszystkich dostępnych atrakcji: zrobić makijaż, fryzurę, sesję zdjęciową, zostawić dziecko w kąciku malucha i cieszyć się czasem tylko dla siebie. Na takim spotkaniu mamy targi kobiecych biznesów, około 50 stanowisk, na których są dostępne różnorodne produkty i usługi. Są też wykłady znanych osób. Zawsze staram się zapraszać osoby, które mają coś ciekawego do powiedzenia.

-mDziś "Szpilki po godzinach" to również Klub SPG, dzięki któremu kobiety mogą przynależeć do naszej społeczności rozwijać się i spotykać w kameralnych grupach, czerpiąc przy tym szereg inspiracji. Chciałabym, żeby w Klubie każda kobieta czuła się swobodnie, żeby mogła w 100 proc. być sobą.

Jak wyglądają spotkania w ramach "Szpilek w biznesie"?

- Warsztaty, szkolenia i spotkania networkingowe przeplatają się z większymi konferencjami i seminariami. Wszystko uzupełnione jest Katalogiem kobiecych biznesów, dzięki któremu właścicielki małych firm, mogą dotrzeć do nowych klientów inwestując niewielkie nakłady finansowe. Od początku stycznia do kwietnia zorganizowałam osiem konferencji dla kobiet prowadzących własny biznes, które nazwałam "Jak prowadzić własną firmę i nie zwariować". Z moich doświadczeń wynikało, że rozpoczęcie własnej działalności to otwarcie drzwi do jednego z najtrudniejszych okresów w moim życiu.

Dlaczego? W końcu własna firma to samodzielność i nowa perspektywa!

- Często jesteśmy pełne zapału, wyobrażamy sobie, że w końcu będziemy same organizować sobie czas i mieć go więcej. Po otwarciu firmy okazuje się, że nieustannie jest coś do załatwienia. Zamiast 8-9 godzin na etacie, pracujemy po 24. Pomysły i problemy śnią się po nocach, a wyjeżdżając na weekend, żeby mieć spokojną głowę musimy zostawić laptopa, kalendarz i telefon w domu. Sztuką jest to wszystko poukładać, zrozumieć, do czego dążymy i pracować w domu.

- Moja walka z organizacją pracy dnia trwała pół roku. Okazało się, że muszę zapanować nad zespołem ludzi (działem prawnym, księgowym, administracją), których reprezentuje moja skromna osoba. Łatwiej jest zarządzać ludźmi niż samym sobą. Dopiero, kiedy to sobie uświadomiłam, wszystko zaczęło się układać. Zmieniłam system organizacji czasu pracy, który zresztą ciągle ulepszam, zaczęłam otaczać się ludźmi, którzy borykają się z tymi samymi problemami, co ja. Wtedy, na początku, dało mi to poczucie kontroli nad sytuacją, bo dopóki nie zobaczyłam, że inni mają podobnie jak ja, myślałam, że tylko ze mną jest coś nie tak. Oddzieliłam czas pracy od czasu wolnego, co wydawało się być banałem w teorii, w praktyce niekoniecznie. Takich rzeczy, które mnie zaskoczyły, było multum. Sztuką było zorientować się, że robię coś źle, zastanowić się czy mogę to zmienić czy raczej powinnam zrezygnować i wprowadzić zmiany w życie firmy. I wytrwać! Nie poddawać się, tylko z uporem maniaka korygować i działać dalej.

Doświadczenie z korporacji się nie przydało?

- Ta wiedza często nie przekłada się na własną działalność, gdzie wszystko trzeba budować od nowa. Czułam się tym przytłoczona, bo sądziłam, że to ja nie daję rady i że to mój problem, bo nie potrafię ogarnąć jednoosobowej firmy. W trakcie rozmów przy kawie z kobietami biznesu, okazywało się, że inni mają podobne problemy. Poczułam, że nie jestem z tym sama i niesamowicie mi ulżyło. Oczywiście, na oficjalnych spotkaniach biznesowych nie było miejsca na takie refleksje. Miałam poczucie, że nie mogę przyjść i powiedzieć na forum: mam fatalny dzień i najchętniej zamknęłabym firmę. Stwierdziłam, że chcę stworzyć taką przestrzeń, gdzie będzie to możliwe, a kobiety będą mogły się otworzyć, a nie jedynie grać jakieś role.

Czy kobiety prowadzące własny biznes odpowiedziały zainteresowaniem?

- Zdecydowanie! Konferencje cieszyły się dużym powodzeniem. Uczestniczki nie miały obowiązkowego dress code'u, liczyła się swobodna atmosfera. W programie zawsze były dwa albo trzy wykłady tematyczne, w sumie było ich 20. Dotyczyły takich tematów, jak: księgowość, sprzedaż, marketing, podatki i wszystkich pozostałe zagadnień, które są istotne dla rozwoju działalności. Na każdej konferencji był gość specjalny, kobieta, z którą prowadziłam panel dyskusyjny. Zadawałam jej pytania, również te osobiste. Chodziło o to, żeby pokazać jej mocne i słabe strony. Już słyszę te głosy mówiące: "Zaraz, zaraz, jakie słabe strony?". Nie ma co ukrywać, czasem jesteśmy słabe. Każdej z nas zdarza się dzień w szlafroku. Szpilki czekają w szafie.

- Konferencje były jak maraton, odbywały się co dwa tygodnie, co było dla mnie dużym wyzwaniem. Upewniłam się, że mam coś do powiedzenia w świecie biznesu i właśnie dlatego stworzyłam przestrzeń kobiecych "Szpilek w biznesie". Dziś organizuję szereg mniejszych spotkań, na których kobiety mogą czuć się swobodnie i bez obaw opowiedzieć o swoich problemach i sukcesach. Każdy potrzebuje poczuć, że może być również słaby, dzięki temu możemy poczuć swoją siłę. Takie spotkania dają poczucie jedności i motywują do tego, żeby się nie poddawać. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowałam z konferencji, plan ciekawych wydarzeń wcielam w życie z początkiem 2015 roku.

Jakie są największe pułapki podczas zakładania własnej firmy? Przed czym przestrzegła by pani osoby, które nigdy nie miały swojej firmy?

- Często o tym myślę. Było parę takich osób, które miały doświadczenie i pewne rady dla mnie, ale nie potraktowałam ich poważnie. Myślałam, że mają inne firmy, innych klientów i że to zupełnie co innego. Myślę, że przed większością błędów nie jesteśmy w stanie się uchronić, bo osoba, która chce założyć biznes i tak będzie miała swoją wizję. Moim zdaniem szkoda tracić ten zapał. Jeżeli samemu nie dojdzie się do pewnych rzeczy, to nie będą one wartościowe. Na konferencjach czy spotkaniach nie da się przekazać konkretnej wiedzy na temat błędów. Możemy jedynie posłuchać, kiedy i dlaczego komuś było ciężko i zastanowić się, co zrobić, żebyśmy nie musieli przerabiać tego samego na własnej skórze. Udzielając rad, nie możemy oczekiwać, że ustrzeżemy kogoś przed wpadkami, możemy jedynie skłonić kogoś do analizy, rozpocząć jakiś proces myślowy. Sztuką jest, aby robić swoje.

- Biznesy nie udają się dlatego, że ktoś przestał coś robić, tylko wręcz przeciwnie. Jedyną receptą na sukces jest działanie, wyciąganie wniosków, korygowanie planów i szukanie rozwiązań. Jeśli mogłabym coś poradzić to to, żeby mieć trzeźwe spojrzenie na siebie i swoją firmę, być czujnym i bardzo elastycznym. Ale najważniejsze w tym całym zamieszaniu jest nie poddawanie się, czyli DETERMINACJA! W połączeniu z sercem, jakie wkładamy w prowadzenie firmy i realizację kolejnych projektów i rozsądkiem, może to gwarantować sukces. W moim odczuciu to najważniejszy element w drodze do budowania silnej firmy. 

Co panią motywuje?

- Po pierwsze, muszę czuć, że chcę robić daną rzecz. Nie lubię nadużywać słowa pasja. Pasja to wycinek tego wszystkiego, co realizuję. Pasja nie równa się sukcesowi. Po drugie, motywatorem są pieniądze. Prowadzę firmę po to, żeby zarabiać. Kobiety często nie lubią o tym rozmawiać. Ja sama na początku miałam z tym duży problem, nie umiałam się do tego społecznie przyznać. Satysfakcja jest ważna, ale nie kupisz za nią chleba. Za swoją pracę musisz mieć nagrodę, jeśli jej nie masz, to zaczynasz się zastanawiać nad swoją wartością.

- Motywuje mnie to, że mogę podejmować niezależne decyzje, a koncepcja, realizacja jest tylko moja. Nic mnie nie ogranicza. Jeżeli jestem w stanie coś sobie wymarzyć, to znaczy, że jestem w stanie to zrobić. Kobiety często są hamowane przez otoczenie. Mężowie czy partnerzy niejednokrotnie stają się disnejowskimi krytykami. Sadzą, że jeśli dziewczyna mówi o pomyśle, to bez zastanowienia, zaczęła to robić. To niestety powoduje, że kobiety chowają się ze swoimi pomysłami, bo nie widzą wsparcia w partnerze. Tymczasem, my kobiety, jedynie dzielimy się pomysłami, co nie oznacza, że już, teraz, natychmiast będziemy je realizować. Motywują mnie osoby, które, pomimo wszystko, idą do przodu i to, że CHCĘ robić to, co robię. Nie nauczymy się motywacji na żadnym szkoleniu, jeśli nie znajdziemy jej w swoim sercu.

Gdzie widzi pani "Szpilki" za pięć lat?

- Cały czas siebie szukam. "Szpilki" będą ewoluować w zależności od moich pomysłów i potrzeb rynku. Na pewno jest to perspektywa długofalowa, z której nie chcę rezygnować. "Szpilki" będą się wiązać z wydarzeniami i spotkaniami dla kobiet. Na to będę kładła największy nacisk. Cały czas mam też plan rozwoju spotkań dla kobiet w innych miastach Polski. Reszta pomysłów i planów niech zostanie moją słodką tajemnicą...

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje