Ewa Wachowicz: Jak wchodzę na górę, jestem silna

Nie tylko gotowanie wypełnia jej życie. Są jeszcze córka, bliscy i... wspinaczka, i to w wysokich górach. Z ciepłej kuchni wyruszyła rok temu do Chile, by zdobyć najwyższy wulkan świata. Jurorka programu „Top Chef” w Polsacie, autorka „Ewa Gotuje” i książek kulinarnych, Ewa Wachowicz, zdradza nam też, dlaczego nie denerwuje się, stojąc w korkach.

Olivia: Pod jednym z pani zdjęć w internecie przeczytałam zdanie: "Wachowicz jest jak wino. Z wiekiem coraz piękniejsza". Myśli pani o przemijaniu, o upływie czasu?

Reklama

Ewa Wachowicz: - Myślę. Ale to przemijanie najbardziej zauważam u rodziców, mój tata ma już 84 lata, to jest inne pokolenie. Natomiast moje przemijanie na razie mi się podoba. Mam zupełnie inną świadomość niż 15 czy 25 lat temu, w związku z tym dużo bardziej świadomie żyję: podejmuję decyzje, jem, wybieram towarzystwo czy imprezy, na które mam ochotę iść. W tym sensie upływ czasu poprawia jakość mojego życia.

Ale żyjemy w czasach dyktatury młodości.

- Będę chyba jedyną osobą w show-biznesie, która zestarzeje się naturalnie (śmiech). Nie oceniam innych kobiet, mówię wyłącznie za siebie, ale głośno - jestem przeciwniczką botoksu. Każdy ma prawo wyboru. Mamy cudowny dar - wolną wolę, która sprawia, że każdy może robić ze swoim ciałem, ze swoją twarzą, co mu się żywnie podoba. Ja wychowałam się na wsi, żyłam blisko natury, od lat zawodowo zajmuję się jedzeniem. Nie byłabym w stanie wstrzyknąć sobie botoksu, który jest trucizną. Akceptuję ją wyłącznie w medycynie. 

Kobiety to robią dla urody.

- A czy mnie czegoś brakuje? Czy moje zmarszczki mimiczne przy oczach, które pojawiają się od śmiechu, są problemem? Dla mnie nie. A czoło sprytnie zakrywam grzywką (śmiech). Dzisiaj na Facebooku mojej przyjaciółki przeczytałam świetną rzecz: "Szczęście goni ludzi szczęśliwych". Wielokrotnie tego w życiu doświadczyłam.

Ma pani modelowe poczucie własnej wartości. Zamieniłaby się pani na życia z 20-letnią Ewą?

- To był cudowny czas, kiedy miałam 20 lat i zostałam Miss Polonia. Najpiękniejszy rok w moim życiu, ale... teraz jest mi tak dobrze, że nie zamieniłabym się sama ze sobą. Miałam zupełnie inne problemy, myślenie... Wolę siebie dzisiaj. Pod wieloma względami bardziej się sobie podobam. Moja córka, która ma duże poczucie humoru, przyprawione lekko sarkastyczną nutą, czasami ogląda moje zdjęcia z tamtych lat i mówi: "Mamo, no zobacz, jaka kiedyś byłaś ładna". Na co ja jej dopowiadam: "Córcia, wiem! Mam nawet na to certyfikat" (śmiech). Ale kiedy miałam 20 lat i tytuł miss, nie robiłam pompek. Teraz codziennie robię dwadzieścia pompek bez żadnego wysiłku!

Pani córka też ma taki dystans do siebie?

- Ogromny. Na przykład nie maluje się do szkoły. Jest w pierwszej klasie liceum, więc to duże wyzwanie, jakiś rodzaj odwagi, żeby wyjść poza środowiskowy zwyczaj, modę. Chyba tylko trzy dziewczyny się nie malują. Wcale nie jest jej łatwo. Nie przepada też za tym, gdy opowiadam o niej w wywiadach. W liceum nie wszyscy wiedzieli, że jest moją córką. Przy okazji Food Festival zostałam zaproszona do jury w jej szkole i w pewnym momencie ktoś ze zdziwieniem zapytał Olę, dlaczego nie oceniłam ich stoiska. W końcu wydusiła z siebie: "Bo to moja mama".

Z jaką najważniejszą radą swojej mamy wkroczyła pani w dorosłe życie?

- Mama zawsze mi powtarzała, czy byłam nastolatką, czy studentką, która borykała się z niepokojem, czy zda egzamin, czy sobie poradzi z chłopakiem, czy innymi problemami: "Dziecko, Pan Bóg daje na ramiona tylko tyle, ile jesteś w stanie unieść. Tyle dostałaś, więc nie marudź. Do roboty".

Pani jest kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boi?

- Żadnej. Wszystko robiłam w swoim życiu. Najbardziej ekstremalną pracą było czyszczenie toalet w klubie studenckim Arka. Szczególnie po imprezach, np. po wystawie kwiatów czy Nocy Kolumbijskiej. Tłum ludzi przelewał się przez klub, a potem, często nad ranem, trzeba było umyć stoły, podłogi i posprzątać toalety. To był koszmar. Faktycznie, żadnej pracy się nie boję.

Zdobyła pani większość szczytów z tzw. Korony Wulkanów Ziemi. Wyobraziłam sobie, że siedzi pani w pachnącej kuchni...

- ...a potem w śmierdzącym namiocie na końcu świata (śmiech). Uwielbiam realizować programy kulinarne, pisać książki kucharskie, felietony. To moja pasja, a jednocześnie tylko kawałek mojego życia, życia w show-biznesie. W Polsce to jest bardziej show niż biznes, ale potrafi namącić w głowie. Ciągle słyszysz: musisz zrobić to, być tu, pojechać tam, ludzie śledzą, jak wyglądasz, jak jesteś ubrany, jak się uśmiechasz. Praca w takim świecie wymaga wentylu bezpieczeństwa. Jak góry, gdzie można złapać dystans do tego całego, często sztucznego, szumu wokół ciebie. Tam to wszystko jest nieistotne. Ważne, żeby nie zmarznąć, mieć dobre buty, a w plecaku właściwą odzież, picie i jedzenie. Bardzo proste rzeczy.

Zdobyła pani m.in. Elbrus, Mount Giluwe, Kilimandżaro, Pico de Orizaba, Ojos del Salado. Który ze szczytów ma dla pani symboliczne znaczenie?

- Mount Kenya, 4995 metrów, moja pierwsza zagraniczna góra zdobyta w 2010 roku. Do tej pory mam ją na tapecie w telefonie. Ścieżka wśród lobelii, zjawiskowa zieleń, przez którą się przechodzi, i śnieg, do którego się dochodzi. Nigdy wcześniej nie byłam na takiej wysokości. Była dla mnie na wielu płaszczyznach mocnym doświadczeniem. W ciągu dnia było bardzo gorąco, a kiedy słońce zachodziło, robiło się bardzo zimno. Nie miałam doświadczenia, źle się ubrałam i któregoś dnia obudziłam się przeziębiona, z zajętymi zatokami. Pamiętam, że gdy doszliśmy do drugiego obozu na wysokości 4200 metrów, myślałam, że pęknie mi głowa. Miałam lekki obrzęk mózgu, strasznie spuchłam, zatrzymała mi się woda w organizmie.

Brzmi przerażająco.

- Jak mnie w nocy zobaczył nasz przewodnik, to aż jęknął. Dostałam diuramid, a że nazajutrz był dzień aklimatyzacyjny, odpoczęłam i troszkę lepiej się poczułam. Następnego dnia był atak szczytowy. Ja szłam ostatnia. Na szyi miałam jeden aparat, drugi - canon z wielkim obiektywem, który ważył chyba ze dwa kilo, w plecaku, bo przecież musiałam zrobić piękne zdjęcia. Idę tak, wlokę się właściwie, i myślę: "No nie wejdę, nie wejdę na ten szczyt". Wyruszyliśmy o czwartej rano, to góra wulkaniczna, więc wychodziliśmy z dna krateru, za mną szedł tylko asystent przewodnika. Idę coraz wolniej, grupa coraz dalej, myślę: "Nie dam rady". Mrowieją mi ręce, czuję się słabo, dźwigam ten plecak i w momencie, kiedy zatrzymałam się, żeby złapać oddech, ten chłopak podchodzi do mnie i na migi pokazuje, żebym oddała mu plecak. Zmotywował mnie: "Kurczę - pomyślałam - on mi wziął plecak, no to co? Ja nie wejdę na tę górę?! Właśnie, że wejdę! Choćby na czworakach, ale zrobię to!" (śmiech).

Czuje się pani silną kobietą, kiedy stamtąd wraca?

- Jak wychodzę na górę, to jestem silna. Moment wejścia na szczyt to jest euforia, wtedy skaczę, krzyczę: udało się!

Denerwuje się pani, kiedy w Krakowie zostawia bliskich?

- Nie. Mam takie podejście do życia, do rzeczy, które robię, że - tak ma być. Jeżeli coś nie idzie gładko, pojawiają się jakieś problemy, wtedy się zastanawiam i najczęściej rezygnuję. Wychodzę z założenia, że widocznie ta wyprawa, to zadanie nie jest dla mnie. Oczywiście, z córką uzgadniam każdy wyjazd. Ona wie, że to jest moja pasja, a ja wiem, że ona jest pod dobrą opieką w Krakowie. Mam pewność, że nic złego jej się nie dzieje. Czasem taki oddech obu stronom jest potrzebny. Uważam, że raz na jakiś czas trzeba od siebie odpocząć, nawet gdy tworzy się tak cudowną rodzinę.

Kiedy przychodzi moment, że nie ma pani nic do zrobienia, czuje pani lekki niepokój?

- Nie zdarzają mi się momenty, że nie mam nic do zrobienia. No bo jak nie pracuję, to na przykład zaglądam do garderoby i tak sobie myślę: "Boże, może bym w końcu poukładała te rzeczy". Albo wchodzę do łazienki, otwieram szufladę, a potem szybko ją zasuwam: "Może jednak jutro zrobię tam porządek". Jestem szalenie kreatywna pod względem znajdywania sobie pracy. Moja mama do tej pory powtarza: "Dziecko, ciebie tak lubi robota". Nigdy się nie nudzę.

W to nie wątpię. Myślałam raczej o chwilach błogostanu.

- Po wyprawie zawsze mam moment fajnego luzu dwu-, trzydniowego. Wtedy jest błogostan: spanie do woli, jakaś plaża, ocean. Uwielbiam spędzać czas z najbliższymi, kiedy możemy razem pożeglować, czy wsiąść w samochód, pojechać przed siebie i zwiedzać. Lubię spontaniczne wypady, zwłaszcza odkąd Ola jest starsza.

Bez pośpiechu

Powiedziała pani kiedyś ważne zdanie: "Szkoda życia na beznadziejne jedzenie".

- Nie tylko na jedzenie. Szkoda życia na beznadziejnych przyjaciół, znajomych, pracę... Ale przede wszystkim szkoda życia na tę gonitwę, w którą nas wpędza współczesny świat. Po co się tak spieszyć, po co mieć ten kalendarz wypełniony po brzegi...

Kiedy się rodzimy, jedzenie kojarzy się nam z poczuciem bezpieczeństwa. Gdy dojrzewamy często, zwłaszcza kobietom, z obsesją odchudzania.

- Dokładnie: z obsesją, że czegoś nam nie wolno zjeść. Nie cieszymy się z pysznego jedzenia, tylko myślimy: "O matko, nie wolno mi makaronu, nie wolno mi chleba... Nie, no tego sosu na pewno nie zjem, a z kurczaczka to zdejmę skórę...". To paranoja. Uważam, że wystarczy trochę intuicji i zdrowego rozsądku. Staram się jeść wszystko, ale to nie znaczy, że się objadam. Jem mądrze, świadomie, pięć posiłków dziennie. Pilnuję, by nie robić dłuższych przerw niż 2,5-3 godziny. Mam system przekąsek w samochodzie: migdały w całości, pieczywo chrupkie gruboziarniste albo ryżowe, różne orzechy, sok warzywny.

Powiedziała pani - w samochodzie?

- (Śmiech). Uwielbiam jeździć samochodem. To dla mnie ogromna przyjemność. Jakiś rodzaj relaksu, poczucia wolności... Nawet korki nie wyprowadzają mnie z równowagi. Strasznie mnie śmieszy, kiedy za szybą widzę tę pantomimę wściekłych kierowców, którym puszczają nerwy. Mam taką filozofię, że jak coś nie jest zależne ode mnie, to znaczy, że nie mam na to wpływu. Zawsze słucham audiobooków, najczęściej są to kryminały: cały Miłoszewski, część Katarzyny Bondy, Mroza... Z każdym autorem jestem na bieżąco, mam wszystko obsłuchane.

Pani ulubione miejsce w domu to kuchnia?

- Kuchnia to serce domu, moje ukochane miejsce, tam tętni życie, jest harmider. Bardzo lubię swoją sypialnię, która jest wyższa niż reszta domu, ponieważ ma otwartą przestrzeń aż do poddasza. Tam zawsze mam wyłączony telefon. Taki jest zwyczaj. Sypialnia to jest miejsce na wyciszenie, odizolowanie się od szumu całego świata. Mam tam świetny zestaw do słuchania muzyki, dzisiaj to był Chris Botti, i ukochane książki. Teraz czytam "Shantaram" G.D. Robertsa, to genialnie napisana książka o Indiach, a ja bardzo chciałabym tam wyjechać.

Po mamie odziedziczyła pani pogodę ducha, po tacie...?

- Upór. To może być cecha bardzo pozytywna, na przykład kiedy wchodzę na szczyt. Fajny jest też, kiedy mam wizję swojego programu, potrawy i robię go tak, jak sobie wymyśliłam. Ale czasem uprę się w niesłusznej sprawie. Nagrywamy program, po raz piąty sprawdzam, czy zupa jest odpowiednio doprawiona, chociaż mogę zrobić to później, więc reżyser mówi do mnie: "Ewunia, ale nie widać, czy ta zupa jest słona". Ja na to: "Nie, poczekaj, muszę teraz doprawić". "Ewa, odpuść, i tak nikt nie zobaczy, czy ta zupa jest doprawiona". "Przecież muszę ją doprawić, bo ekipa będzie to potem jadła!". W końcu nie wytrzymał: "Zaraz oszaleję! Przecież tego I TAK NIE BĘDZIE WIDAĆ!" (śmiech).

Na szczęście wszyscy macie poczucie humoru.

- Najnowsza anegdota z planu: Mamy nowego asystenta kamery. Na planie, czyli w mojej kuchni, bo program "Ewa Gotuje" nagrywamy w moim domu, już panuje ten typowy produkcyjny bałagan, ja siedzę sobie w kąciku, na stołeczku i jem śniadanie. Nasz operator oprowadza go po terenie i opowiada: "To jest reżyserka, tu są kable, musisz uważać, żeby się nie zakleszczyły, tam musisz uważać, żeby światełka się świeciły, tu zawsze kładzie się odsłuchy...". Nagle patrzy na mnie i dodaje: "Ooo! A tu jest nasza szefowa. Ona ma zawsze rację. Tego naucz się od razu" (śmiech).

Zuzanna Krapkowska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje