Gdy spadają różowe okulary, znowu je zakładam

Katarzyna Herman (45 l.) opowiedziała nam o tym, jak ważnym uczuciem w jej życiu jest miłość i jak zmienia się ona wraz z upływem lat.

Aktorka teatralna i filmowa. Ostatnio możemy ją oglądać w serialach "Druga szansa" i "Komisja morderstw". Od 14 lat w związku z Tomaszem Brzozowskim (wydawca, był właścicielem warszawskiej kawiarnio-księgarni "Czuły Barbarzyńca"). Mama Leona (12 l.) i Romy (7 l.)

Reklama

Miłość jest ważna w życiu dojrzalej kobiety? Porozmawiamy o niej.

Katarzyna Herman: - Może lepiej porozmawiajmy o teatrze? No dobrze... Dziś o miłości rozumiem jeszcze mniej niż parę lat temu. Czytamy o niej w książkach, oglądamy filmy, ale "o czym mówimy, kiedy mówimy o miłości"? Nie wie nikt. Jeśli miłość jest marzeniem, to musi przynieść rozczarowanie lub niedosyt. Jeśli jest iluzją albo wzorem chemicznym - tym bardziej, bo chemia się ulatnia. Ale jeśli jest przekonaniem, pewnością, która bierze się z głowy, to może się udać. Tylko że ja nigdy nie kochałam "z głowy". Zawsze z serca. Dlatego zostałam aktorką, a nie lekarką - jak moja siostra.

Ale wierzysz w miłość?

- No jasne. Mam na to dowody! To dwójka moich dzieci. Tylko miłość ratuje mnie w chwilach, gdy tracę do nich cierpliwość, tylko dla miłości żyję i pracuję. Miłość i wdzięczność to z pewnością to, co czuję do rodziców. Choć dopiero, gdy zostałam matką, zrozumiałam to. Miłość do mężczyzny? Łatwo przemija, ale jeśli się o nią dba, może trwać całe życie. Pogadajmy o tym za 50 lat. Żyję już trochę i parę razy byłam zakochana miłością, która miała trwać wiecznie. Potem okazywało się, że niewiele z tego zostało. A może każda miłość jest pierwsza?

Rzeczywiście?

- Tak, choć najważniejsza jest ta naprawdę pierwsza i ostatnia, inne się ulatniają. Zakochać się można w każdym wieku, ale coraz mniej się wierzy w obietnice, coraz więcej się kalkuluje. Tylko jak ma się 20 lat jest to tak silne i szalone. A może się mylę? Bo miłość, to jak rzucenie się w przepaść. Za każdym razem trzeba wierzyć, że się uda. Ja na szczęście mam krótką pamięć i uwielbiam być zakochana. To twórczy stan i wciąż tylko takie filmy chcę oglądać, tylko w takich sztukach grać, gdzie jest miłość.

Tak jak teraz - w sztuce "Jakobi i Leidental", w której grasz na deskach Teatru Studio w Warszawie?

- Tak. Dużo w niej miłości "Love is in the air". Bo ja się jeszcze dodatkowo zakochałam w... autorze tej sztuki - Hanochu Levinie, choć nie żyje od paru lat. Ale on mobilizuje mnie do działania: chcę czytać o nim, wyjechać do Tel Awiwu, może nawet napiszę zaległą pracę magisterską? To historia dwóch przyjaciół, którzy przez lata siedzą na balkonie, piją herbatę, rozmawiają i nagle między nimi pojawia się kobieta, wszystko się zmienia... To spektakl o marzeniach, o potrzebie bycia z kimś, przy kimś, dla kogoś. Hanoch Levin miał kilka żon, więc temat zbadał. Jego sztuki mówią o miłości, która się rozłazi jak stary, sparciały sweter, która blednie, a mimo to ludzie nie potrafią od siebie odejść, choć często się nienawidzą. Są bardzo samotni w tym związku, ale są, bo potrzebują bliskości.

Czy uczucie zawsze musi spaść jak grom z jasnego nieba?

- Nie musi, miłość nic nie musi, wiele może, może nawet przesuwać góry. Każda jest inna. Moja siedmioletnia córka, która zgłębia ten temat (parę razy prawie wyszła za mąż), często mnie o to pyta. Ostatnio zapytała, czy miłość jest trudna? I musiałam powiedzieć: "Tak, bywa trudna, córeczko. Trudniejsza niż wszystkie inne trudy, niż opanowanie tremy czy spłacanie kredytu we frankach. Ale jeżeli są jasne i błogie momenty, to warto się trudzić. "Jesteś jak nieoczekiwany zwrot podatków" - śpiewa o miłości pewien raper. A ja bym chciała, żeby to było dużo, dużo więcej.

Ale czy można cały czas być w takiej niezwykłej gorączce?

- Pewnie nie. A może można? Ja jestem ciepłolubna, jak gekon. Gdy jest mi źle, robi mi się zimno, nucę: "Ogrzej mnie! Memu ciału wystarczy 36,6. Mojej duszy potrzeba znacznie więcej".

W sztuce, w której grasz, mężczyzna nagle traci głowę dla nieznajomej i porzuca dobrego przyjaciela.

- Idzie za nią jak w dym i najpierw jest cudownie. Ale jak to się kończy? Piekłem awantur i odrzuceniem. Więc może lepiej niech miłość nie spada jak grom z nieba, niech rodzi się powoli. Może kiedyś było dobrze, gdy małżeństwa były aranżowane, a dopiero potem rodziła się miłość. Uczucie, które bierze się z chemii, euforii czy hormonów trwa najczęściej tyle, ile te hormony działają. To, co mnie przytrafiło się z mężem, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Wpadł mi w oko 30 lat wcześniej. Potem był magiczny "Czuły Barbarzyńca" - jego księgarnia na Powiślu. Podobały mi się książki, jakie wydaje.

Zakochałaś się w intelektualiście? Uznałaś, że intelekt to solidna podstawa dla związku?

- Nie wiedziałam, co się dzieje. Poszło jak burza! Bardzo szybko miałam pewność, że to jest absolutnie ten mężczyzna, z którym chcę mieć dzieci.

Z czegoś dla tej miłości zrezygnowałaś?

- Nieustannie rezygnuję z kawałka siebie. Każdy chce być wolny, a bycie we dwoje to zawsze kompromis, to mozolny proces dzień po dniu. Walczę o terytorium, o swoje zdanie. Wiem, o czym mówię, bo jesteśmy razem prawie 14 lat i ciągle się boksujemy. I wcale nie jest tak różowo, jak w kolorowych magazynach: jedzą sobie z dzióbków, aktorki rodzą dzieci, a po 3. tygodniach odbierają Oscara w brawurowej formie, mają piękne piersi i płaskie brzuchy. I żadnych problemów. A ja przysięgam - mam mnóstwo problemów.

A przeżyłaś taką miłość, dla której zostawiłabyś wszystko?

- Może taka jeszcze przede mną? Odpukuję w niemalowane. Kiedyś Krystyna Janda, która miała cudownego męża, Edwarda Kłosińskiego, powiedziała, że budzi się rano i myśli: "Żeby się więcej nie zakochać, żeby mi się coś takiego nie zdarzyło". Mam podobnie. Bo to by mi pokomplikowało życie. Dla miłości, którą spotkałam, czyli męża, nie musiałam zostawiać nic. Oboje byliśmy w takim momencie, że chcieliśmy mieć rodzinę, dom, dzieci. Nam się poszczęściło.

A pamiętasz pierwszą miłość?

- Do dziś jesteśmy w kontakcie, często o nim myślę. Byłam na jego ślubie. Pod sufitem w kaplicy trzepotał biały gołąb, a ja pomyślałam: "To ulatuje nasze stare uczucie" i aż się popłakałam (śmiech). Zatańczyłam z nim jeszcze nasz ostatni taniec... Do dziś pamiętam, jak się w nim zakochałam. Miałam 10 lat, wróciłam ze szkoły baletowej, do starej klasy w białostockiej podstawówce. Byłam ostatnia na liście, a przede mną chłopak, który przyszedł ze szkoły sportowej. Siedzieliśmy w tej samej ławce. Uczucie kiełkowało 3 lata aż do chwili, kiedy na klasówce z historii z żadnym faktem nie kojarzył mi się Wojciech Korfanty, a on mi podpowiedział. Widzisz, już wtedy w VII klasie najważniejszy był dla mnie intelekt. Ja się muszę zakochać intelektualnie. Bo za tym idzie i poczucie humoru i dystans do siebie.

Czyli twój mąż Tomasz Brzozowski wziął cię na czułego...?

- Trochę na czułego, a trochę na barbarzyńcę (śmiech). (T. Brzozowski był właścicielem kultowej kawiarnio-księgarni "Czuły Barbarzyńca" i ma wydawnictwo o tej samej nazwie - przyp. red.). Bardzo ładnie skumulował te cechy w sobie. Kiedyś myślałam, że księgarz to taki mężczyzna w wełnianej kamizelce z guzikami, w bamboszach, który przestawia i czyści z kurzu książki, a potem je czyta skupiony. Okazało się, że życie z nim jest totalnym wariactwem.

Co widzi zakochana kobieta?

- Widzi to, co chce widzieć. Ja mam rozbuchaną wyobraźnię i pstrokatą paletę uczuć, więc jeżeli widzę mężczyznę, w którym mogłabym się zakochać, a mam na to ochotę i możliwości, to szybko ubieram go w swoje wyobrażenia. Jest wtedy dla mnie supermanem, superbohaterem, superdrwalem, superkucharzem i superkochankiem. To moja wada, często zakładam różowe okulary.

A kiedy te okulary spadają, to co?

- Zakładam je znowu. Po co zdejmować? Świat na różowo wygląda ładniej.

To nie jest życie w iluzji?

- Kiedyś spadają łuski z oczu i, jak w wierszu Przybory, "wyjrzy z pokrzywy pysk zły i obrzydliwy i pryśnie cały blef". Wtedy zastanawiam się, czy lubię patrzeć na ten "pysk obrzydliwy", czy mamy jeszcze o czym rozmawiać. Jeśli tak, mogę z paru rzeczy zrezygnować. Z randek, z kwiatów, upominków bez powodu. Już dawno nie byłam na żadnej randce. Prezenty kupuję sobie sama... Ale ja mam plan dalszy. I wierzę, że kiedyś będziemy parą staruszków, która idzie do parku z psem, zbiera liście po drodze i ma o czym gadać.

A tymczasem jak wygląda życie z księgarzem?

- Czasem różowo, czasem szaro. Dużo się dzieje. Ale to samo nas cieszy, to samo zachwyca. W codziennym życiu, które wymaga organizowania, obydwoje jesteśmy słabi. Ja najlepiej czuję się na scenie, on chowa się w literaturze. Dopiero przyjście na świat dzieci sprawiło, że musieliśmy zacząć mocno stąpać po ziemi. To jest dopiero szkoła dla uczucia i związku - kto robi zakupy, kto wstawia pranie? Kołowrót, niedoczas i chaos. Kłócimy się o codzienność. U nas iskrzy nieustannie. Dziś rano spieniliśmy się na temat spieniacza do mleka.

Co jeszcze cię w nim wkurza, a co zachwyca?

- To, co mnie w nim wkurza, jednocześnie zachwyca. Mój mąż jest nieprzewidywalny i wciąż mnie czymś zaskakuje, co mnie irytuje, ale dzięki temu wciąż jest dla mnie frapującą zagadką. Nie lubię jego wybuchowości, ale lubię jego temperament. Nie lubię tego, że mam ponad 40 lat, a on próbuje mnie wychowywać, ale lubię jego dojrzałość. Sama chciałam spokojnego pana, który będzie ustawiał książki i hodował bakłażany w ogródku. Ale to na pewno nie jest ten pan (śmiech). Wiesz, w różne dni różnie o tym myślę. Czasem: "Trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno". Ale są dni, że żałuję i zastanawiam się: "Dlaczego nie wyszłam za inżyniera?"

A trudne chwile? Kredyt we frankach, praca, wrzeszczące dzieci - każdą miłość wystawiają na próbę.

- I to jest próba! Trzeba w takich chwilach trzymać się mocno za ręce. Na pewno trudnym momentem było zamknięcie "Czułego...". Tam się poznaliśmy, to był nasz drugi dom. Długi czas wstawałam rano i piekłam ciasta do kawiarni. Zawsze, gdy przejeżdżam tamtędy, serce boli. Jest chińska mądrość, która mówi, że jeżeli runie ci dom, to jest żal i ból. Ale jaka perspektywa! Otwiera na coś nowego. I to prawda. Bo dziś mój mąż ma księgarnię w Teatrze Nowym, wydaje książki, ma audycję w radiu, a ja ciasta piekę dla rodziny.

Gdy na świat przychodzą dzieci, miłość do mężczyzny się zmienia?

- Przy pierwszym dziecku jeszcze czułam, że panuję nad sytuacją. Dwójka już zaczęła mi się rozbiegać, a ja nie mam podzielności uwagi. Ale moja mama, która miała nas siedmioro, pociesza mnie, że po czwórce jest z górki, bo dzieci zajmują się sobą. Trudno powiedzieć, czy miłość się zmienia, bo pojawiają się dzieci, czy może dlatego, że mijają lata i my się zmieniamy. Myślę, że największym zagrożeniem dla miłości jest czas, który kropla po kropli, dzień po dniu tę miłość zabija. To nasze ciągłe nienasycenie i niespełnienie - wciąż chcemy zdobywać nowe lądy, nowych mężczyzn, nowe role. Wciąż jesteśmy nieutuleni. Oczywiście pojawienie się dzieci zmienia parę i stawia na głowie życie. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jak bardzo. Nie wiem, jak moja mama ogarniała tę całą bandę. Jak się budziłam, widziałam ją w kuchni, wieczorem, gdy szłam spać, też pracowała. Wydawało mi się, że robi to bez wysiłku. Teraz wiem, że zrezygnowała z siebie. Dla mnie jest bohaterką.

A wierność?

- Myślę, że wierność, podobnie jak miłość, jest też decyzją. Nasz ślub był świadomym wyborem - po 7 latach bycia razem, gdy dzieci były już na świecie. Syn wręczał nam obrączki, a córeczka bawiła się pudełkiem. Oczywiście mam świadomość, że ślub to nie gwarancja, że jesteśmy sobie przypisani. Trzeba o miłość dbać. On też może nie wytrzymać humorów, emocji, spakować się i wyjść.

Więc zabiegasz o miłość męża?

- Nie wiem, wciąż myślę, że jestem taka urocza, że ze mną miło jest być. On ma takie samo przekonanie. Choć nie zawsze... (śmiech). Moim rywalem są mecze w telewizji. Gdy są ważne rozgrywki, nie mam żadnych szans. Mogę przechadzać się przed telewizorem w szpilkach i seksownej bieliźnie, a mój mężczyzna powie: "Zasłaniasz mi mecz".

A udajesz miłą, bezradną Kasię?

- W ogóle nie jestem bezbronną Kasią. Lubię być zaradna, nie zależeć od nikogo. Wiem, że są kobiety, które - gdy chcą dopiąć swego - zatrzepocą rzęsami. A ja się boksuję (śmiech). Co, jak twierdzą niektórzy, nie jest najgorsze, bo jeszcze o coś walczymy, jest jeszcze jakaś temperatura, więc nam zależy.

To jak on ma być superbohaterem? Uratować cię z opresji?

- Rzeczywiście... Ale gdybym teraz zaczęła trzepotać, myślałby prędzej, że coś mi się stało z oczami. Dziś nawet z tym spieniaczem chciałam, żeby się poczuł bohaterem, więc powiedziałam: "Kochanie, może wymienisz baterie?" A przecież umiem je wymienić. "Coś tu źle zrobiłaś" - zarzucił mi, że coś złamałam. Awantura gotowa. Wrzuciłam bełtacz do torby i wyszłam. Kupię nowy. Nauczyłam się sama sobie radzić. Jak trzeba zmienić koło, dzwonię do pana Oktawiana, bo mąż i tak by mi nie pomógł. Przy mnie trudno jest być księciem. Niech nie będzie księciem na białym koniu, ale chciałabym, by wiedział, gdzie w domu jest lodówka i że może tam zajrzeć.

Przepis na to, jak wytrwać razem?

- Może czas? Ten sam, który niszczy dobre emocje, niszczy też złe. Tylko trzeba wytrwać. Nie unosić się emocjami: nie wpadać w euforię, gdy idzie coś dobrze, ale nie załamywać rąk, gdy jest źle. Bo wszystko minie. Kiedyś zepsute rzeczy się naprawiało, dziś kupuje się nowe. Podobnie jest ze związkami. Ludziom nie chce się walczyć o miłość. Gdy przychodzą kłopoty, wolą poszukać nowej, gdzie znowu będzie euforia i zachwyt. Starsi ludzie mówią, że warto o tę miłość zadbać, że to po latach procentuje. I ja w to wierzę.

Rozmawiała Beata Biały

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje