Za co pokochaliśmy "Trędowatą"

Melodramat ten często nadawany jest w święta i zawsze gromadzi dużą widownię. Historia nieszczęśliwej miłości ubogiej guwernantki, Stefci Rudeckiej do magnata Waldemara Michorowskiego wyciska łzy z oczu kolejnych pokoleń telewidzów.

Taką sugestywną scenę trudno byłoby zapomnieć: piękna i delikatna Stefcia (Elżbieta Starostecka) tańczy walca z ordynatem Michorowskim (Leszek Teleszyński). Wspaniała muzyka Wojciecha Kilara, wykwintne stroje gości, wirujące przyjęcie w ogrodzie pokazane oczami zauroczonej sobą pary oraz... złość obserwujących taniec arystokratów - znajomych Michorowskiego.

Reklama

Wszak bogaty ordynat był znakomitą partią! Niejedna wysoko urodzona dama liczyła na małżeństwo, zatem uczucie, jakim obdarzył skromną guwernantkę, niweczyło te plany. Dla pań z wyższych sfer Stefcia miała zawsze pozostać "trędowata". Uznawano ją za kogoś gorszego, a zaręczyny z Michorowskim za mezalians nie do zaakceptowania.

- Ten film jest tęsknotą za wielkim, prawdziwym uczuciem - mówiła Elżbieta Starostecka. - A widzowie kochają melodramaty. Zwłaszcza te o nieszczęśliwej miłości... I rzeczywiście, tak przejmująca historia miłosna wzruszyła odbiorców filmu. A wcześniej - czytelników debiutu powieściowego Heleny Mniszkówny o tym samym tytule.

Autorka zawarła w swej książce wiele obserwacji z życia kresowej arystokracji, z którą obcowała w czasie małżeństwa. Sama też nie miała specjalnie szczęśliwego życia, owdowiała w wieku 25 lat. Chociaż później po raz drugi wyszła za mąż, to wielką i niespełnioną miłością jej życia pozostał ziemianin Adolf Lortsch i zapewne coś z tego uczucia przeniknęło do powieści.

Dużej pomocy w pisaniu udzielił Helenie Bolesław Prus, który był przyjacielem jej rodziny. Pierwsze wydanie powieści w 1909 r. sfinansował ojciec Heleny. Okazało się to znakomitą inwestycją, gdyż książka błyskawicznie stała się bestsellerem. Choć krytycy na nią narzekali, "Trędowatą" wznawiano przed wojną ok. 20 razy i dwukrotnie sfilmowano.

Najlepsza okazała się ekranizacja z 1976 r. - Jerzego Hoffmana. Reżyser starannie dobrał odtwórców głównych ról. Elżbieta Starostecka była bardzo lubiana po rolach w serialu "Czarne chmury" i w "Nocach i Dniach". Podziwiano jej eteryczną urodę i talent, ponadto słynęła z... wyjątkowo dobrego charakteru. Natomiast Leszek Teleszyński uchodził za wschodzącą gwiazdę polskiego kina. Zabójczo przystojny, znakomicie sprawdzał się w rolach kostiumowych. Serca wielbicielek zdobył jako książę Bogusław Radziwiłł w "Potopie".

W innych rolach Hoffman zatrudnił aktorów, którzy akurat nie mieli innych poważnych zobowiązań zawodowych. Dokonał znakomitego wyboru. Szczególnie podobali się: Gabriela Kownacka, Anna Dymna, Jadwiga Barańska i Piotr Fronczewski. Ale nie wszystko szło zgodnie z planem.

Zdjęcia w pałacu w Łańcucie opóźniły się o kilka tygodni, gdyż Starostecka przeszła poważny zabieg laryngologiczny. Następnie, podczas filmowania sceny balu, zgodnie z planem wybiegła z sali w deszcz i... pechowo się pośliznęła. Złamała rękę! - Na szczęście w jednej z kolejnych scen miałam wystąpić w kostiumie z dłuższym rękawem, a ekipa bardzo się starała, by nie uwiecznić w kadrze mojego gipsu - wspominała później.

Hoffman nie zrażał się jednak przeciwnościami. Gdy okazało się, że nie można sfilmować z bliska Teleszyńskiego siedzącego na koniu, to osobiście przejął rolę... wierzchowca! Ordynat usiadł mu na ramionach, a reżyser dzielnie go trzymał aż do końca ujęcia i w odróżnienia od konia nie wychodził z kadru.

"Trędowata" Hoffmana odniosła sukces kasowy, choć krytycy nie byli przychylni. Publiczność nie przejęła się jednak ich atakami i ruszyła do kin. Bilety trzeba było nawet kupować u koników. A potem film stał się telewizyjnym, świątecznym przebojem.

Sławomir Koper

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje