Zdobyła męża dzięki... butom!

Mają podobne charaktery, uwielbiają aktywne życie i to właśnie napędza ich związek.

Dorotę Wellman (49) znajomi i przyjaciele czasami nazywają bombą. Oczywiście z powodu charakteru. Jest żywa, błyskotliwa, nieprzewidywalna i uparta. Wszystkie te cechy sprawiają, że miło się jej słucha i ją ogląda. Uwielbia swoją pracę m.in w programach: Dzień Dobry TVN, czy Miasto kobiet, a ich dynamika w dużej mierze jest pochodną charakteru pani Doroty. Jest naturalna na planie, a praca w mediach była jej marzeniem od zawsze.

Reklama

Już w dzieciństwie chciała pracować w radiu, jak jej mama. Skończyła studia na wydziale Filologii Polskiej i Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. Ale zanim została dziennikarką miała krótki romans z filmem. W końcu lat 80., 27-letnia Dorota Owczuk (panieńskie nazwisko), została asystentem reżysera na planie filmu Andrzeja Domalika Schodami w górę, schodami w dół. Na planie było wielu znakomitych aktorów: Jan Nowicki, Jan Peszek, Krzysztof Gosztyła.

- Ze wszystkimi trzeba było się dogadać. Dzięki tamtej pracy znam to środowisko. Pamiętam ich jak zaczynali, a teraz są wielcy - wspomina po latach. Na planie filmu zdjęcia robił fotograf Krzysztof Wellman (52). Od razu się jej spodobał.

- Przypominał mi żołnierza izraelskiego. Ubrany był na zielono, miał duży semicki nos i burzę ciemnych włosów. Był też duszą towarzystwa. Ludzie skupiali się wokół niego, a zwłaszcza kobiety.

Tym, które mu się spodobały, kupował czekolady. Tak zaczynał polowanie. Ja załapałam się na peweksowską z orzechami i rodzynkami - tak pani Dorota wspomina początki znajomości.

Długo marzyła o dziecku

Na początku była to przyjaźń zabarwiona flirtem. Bo 30-letni Krzysztof był w trakcie rozwodu i nie miał ochoty na nowy związek. A poza tym przystojnym fotografikiem interesowała się jeszcze jedna kobieta...

Kiedyś Krzysztof zabrał obie panie na wycieczkę w góry. Rywalka Doroty, chcąc zrobić na nim wrażenie, założyła nowe, eleganckie pantofelki. Jak się okazało nie było to dobre posunięcie.

- Wykończyły ją buty. W połowie drogi odpadła, a ja zostałam - opowiada pani Dorota.

Od tej pory minęło przeszło 20 lat. Uparta piechurka wzięła z Krzysztofem ślub. Przez pierwsze lata małżeństwa prowadzili dom otwarty, bo obydwoje są szalenie towarzyscy. Goście, wino na stół i jedzonko. Dzielili czas pomiędzy pracę i przyjaciół. Ale marzyli o dziecku. Bo, jak uważa pani Dorota, dobrze jest mieć odpowiedniego faceta, ale naprawdę warto żyć dla dziecka.

Kiedy po długich staraniach okazało się, że pani Dorota jest w ciąży, pojawił się kolejny problem. Była to ciąża zagrożona. Na szczęście Kuba urodził się zdrowy.

- To po nim zrobiłam się gruba, a raczej po kuracji hormonalnej dzięki której go mam. Lepiej że jestem grubą matką, niż chudą bezdzietną - mówi bez ogródek. Marzyła o synu i o tym, że będzie czuły, mądry, szarmancki, otwierający paniom drzwi auta, umiejący zrobić jajecznicę i nie zostawiający skarpet w przedpokoju.

I taki jest. Syn jest miłością jej życia.

- I większej nie będzie. Mój mąż to rozumie. Kuba jest moim największym życiowym osiągnięciem - mówi pani Dorota.

Śmieją się z własnych kłótni

Ich życie jest szczęśliwe ale, jak sama mówi, daleko mu do sielanki. W ich związku gotuje się jak w tyglu, ale dzięki temu nie nudzą się ze sobą. Kłócą się, spierają, walczą, a potem śmieją się z własnych kłótni.

Nie ma u nich cichych dni, pakowania walizek. Pani Dorota dokucza mężowi, że zdziadział, bo nie chce pójść z nią na tańce. On z kolei mówi, że jest aż nazbyt młodzieżowa. Ale obydwoje wiedzą, że małżeństwo nie zwalnia z dbałości o siebie.

- Nie jestem żoną w lokówkach - zapewnia pani Dorota. Choć należy do pań puszystych nie przejmuje się swoimi kształtami. I nie jest zazdrosna o męża, choć wie, że jest wrażliwy na piękno pań.

- Traktuję to ze stoickim spokojem. Zwariowałabym przecież, bo on na okrągło spotyka się z najpiękniejszymi aktorkami polskiego filmu. Fotografuje je w ubraniu, a czasami nago. Są sto razy atrakcyjniejsze ode mnie. Gdybym była zazdrosna, musiałabym strzelić sobie w głowę - wyznaje szczerze. Bo Krzysztof Wellman pracował jako fotograf przy prawie 100 filmach. Dokumentuje wszystko, co się dzieje na planie. Fotografia jest jego pasją od 27 lat.

- Kocham film. Poza tym kocham żonę, mojego ojca i syna. Choć oczywiście inną miłością. Uważam się za szczęśliwca, bo czuję się spełniony - opowiada pan Krzysztof.

Rodzina jest dla niego bardzo ważna. Uwielbia jeździć z synem na rowerze, biegać i spacerować z psem Barrym. Z racji zawodu w jego życiu ciągle coś się dzieje. Podobnie jak u jego żony. Dlatego tak cenią sobie wspólnie spędzane w domu chwile.

Mieszkali na warszawskim Natolinie ponad 20 lat. Rok temu wyprowadzili się do domu pod Warszawą. Pani Dorota chciała zamieszkać z ukochaną mamą, która bardzo jej pomogła w wychowaniu syna. Niestety, choroba przekreśliła te plany. Mama zmarła na jej rękach po długim cierpieniu.

- Była moim autorytetem w każdej dziedzinie życia. Autentycznie się ze mną przyjaźniła, Nie jestem w stanie wykasować jej numerów telefonu - opowiada ze smutkiem.

Wellmanowie unikają bankietów i wieczornych imprez. Zresztą byłoby to trudne, bo pani Dorota wstaje codziennie o 4.30 rano. Nawet jak nie ma programu. Zawsze gotuje obiad dla rodziny. Uważa, że nawet w nienormalnych czasach, w domu powinien być podany obiad, jak pan Bóg przykazał. Bo to "trzyma" rodzinę. Chodzi na siłownię, odrabia lekcje z synem i oczywiście uwielbia spacery z psem.

Mają z mężem jedno, największe marzenie, by Kuba dostał się na studia, które będą go interesować. I żeby był szczęśliwy.

AB

Dowiedz się więcej na temat: Dorota Wellman

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje