Law Roach - architekt stylu

Zaczynał od pakowania prezentów w Bloomingdale - przyznaje, że do dziś nie potrafi tego robić, potem sprzedawał ubrania z bagażnika swojego auta. Dziś Law Roach to najbardziej uznany i najmniej oczywisty stylista gwiazd. Choć sam nazywa się architektem stylu.

W przeciwieństwie do wielu stylistów swojej kariery nie zaczynał jako stażysta czy asystent. Najpierw pakował prezenty w Bloomingdale. "Nie utrzymałem się długo w tej pracy. Nie potrafiłem tego robić właściwie. Do dziś nie potrafię zapakować ładnie prezentu" - wyznaje w rozmowie z WWD.

Reklama

Choć pakowanie podarunków nie szło mu najlepiej, przystrajanie gwiazd w dość nietypowe, odważne i przyciągające wzrok ubrania wychodzi mu idealnie. Głośna metamorfoza Celine Dion, to właśnie jego zasługa. Potrafi doskonale żonglować stylem i - jak sam przyznaje - ma oko do ubrań vintage. Ta modowa spostrzegawczość doprowadziła go do kolejnej profesji - sprzedawcy.

"Jestem uzależniony od ubrań vintage. Zaszczepiła to we mnie moja babcia" - wyznaje. Najpierw kupował ubrania dla siebie, potem mnożyła się ilość wieszaków z ubraniami kobiecymi, które Roach kupował i sprzedawał.

"Byłem w Chicago, szukałem czegoś w bagażniku i moja przyjaciółka dostrzegła tam sukienkę, która wystawała z torby. Zobaczyła ją i natychmiast zabrała zastanawiając się czy się w nią zmieści. Od razu chciała ją kupić. Zacząłem więc sprzedawać ubrania z bagażnika mojego auta" - wspomina.

Jednak Law nie był zwykłym sprzedawcą, zanim stał się architektem stylu, stał się gospodarzem tzw. trunk shows, w trakcie, których serwował taniego szampana i raczył swoich przyjaciół modowym show. Szybko bagażnik zamienił na stacjonarny sklep. Porzucił to zajęcie, bo chciał przeprowadzić się do Los Angeles i na poważnie zająć pracą stylisty albo, jak woli nazywać tę profesję, architekta stylu.

To określenie, które jest niczym jego osobista metka, nie wynika z próżności, a sposobu, w jaki pracuje z klientami. Przyznaje, że do każdej nowej współpracy podchodzi tak samo jak architekci do nowego projektu. "Najpierw badam grunt. Analizuję wszystko, co do tej pory nosili moi klienci. Patrzę na to, co jest z nimi spójne, co współgra, co jest korzystne, a co nie i dlaczego" - wyjaśnia. "Następnie buduję plan, w oparciu o to, co chcą nosić, jak ma wyglądać ich modowy profil. To czasochłonny proces, wiem kim są moi klienci i kim chcą być" - dodaje. Na tej liście znajdziemy takie nazwiska jak Celine Dion, Demi Lovato czy Zendaya, z którą współpracuje osiem lat.

Znany jest z tego, że nie odmawia swoim klientom, sam również nie uznaje słowa nie, szczególnie, jeśli jest pewny swojej wizji. Choć wielu zastanawia się jak udaje mu się to wszystko pogodzić, on sam podkreśla, że ta praca to zaszczyt, dlatego odsuwa na daleki plan choć cień myśli o zmęczeniu.

"To dla mnie zaszczyt, że ci ludzie ufają mi i powierzają coś, co jest niezwykle ważne, swój wizerunek. Jestem tym zaszczycony. Wykonuję swoją pracę najlepiej jak tylko umiem" - zapewnia. Zdradza również, że od dawna w jego głowie kiełkuje myśl o własnej kolekcji ubrań. (PAP Life)

mdn/ jbr/

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje