Siła ubioru Christine Lagarde

Christine Lagarde słynie z zamiłowania do szali i torebek Hermes. Dyrektor zarządzająca Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przyznaje, że częściej zwraca się uwagę na jej strój niż przemówienia. Nic dziwnego, w końcu należy do grona najlepiej ubranych kobiet na świecie.

Christine Lagarde dobry styl ma we krwi - jest Francuzką, zatem wzrastała w zamiłowaniu do mody i pięknych przedmiotów. Wypracowany przez lata styl to prostota i elegancja, którą przełamują nonszalancko zarzucone na ramiona kolorowe szale czy fikuśnie przeplecione wokół szyi apaszki. Mocnym atrybutem w ręku każdej eleganckiej kobiety jest torebka Hermes.

Reklama

"Mam to szczęście, że moja sylwetka i rozmiar ubrań nie zmieniają się. Zwykle zaopatruję się w trzech sklepach. Zacznę od Chanel. Pracuje tam nieoceniona kobieta Geraldine, która doskonale zna mój gust, wie, co do mnie pasuje. Następnie udaję się do Lisy w Ventilo; to francuska marka ze wspaniałymi ubraniami. I na koniec angielska marka Austin Reed. Szyją doskonałe garnitury" - zdradza na łamach "Vogue" Christine Lagarde, pierwsza kobieta na stanowisku dyrektora zarządzającego Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

Co ciekawe, jej elegancki styl, dla niektórych nawet nazbyt, okazał się powodem krytyki. "To kobieta z wyższych sfer, oderwana od życia zwyczajnych ludzi, bardziej zaabsorbowana swoim wyglądem, niż ich potrzebami" - rozpisywało się swego czasu "Liberation".

Jednak Lagarde zdaje się nie przywiązywać uwagi do tej krytyki, dalej doskonale prezentuje się w klasycznych kostiumach Chanel. Choć ceni sobie prostotę, ucieka od nudy przełamując ją dodatkami. Najczęściej sięga po jaskrawe szale, czasem zarzucone na szyję, czasem nonszalancko powiewające na jednym ramieniu. Dla Lagarde szale są tym, czym dla mężczyzny krawat. Czasem szale, zamienia na fikuśne wstążki.

Zamiłowanie do dodatków zdradzały również francuskie krawaty, które wręczała w ramach prezentów swoim gościom. Tłumaczy, że obejmując stanowisko dyrektora zarządzającego IMF należy nieco "dystansować się" od swojego kraju. Dlatego zamiast krawatów, wręcza książki historyczne, które chętnie wzbogacałaby drobnym, osobistym dodatkiem, domowej roboty konfiturami, które przygotowuje na swojej farmie we Francji. Niestety, ze względów celnych sprowadzanie jej wyrobów do Waszyngtonu jest bardziej skomplikowane, a - jak sama przyznaje - nie chce zostać dżemowym przemytnikiem. 

(PAP Life)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje