Nikt nie widział moich łez

Ewa Juszko-Pałubska w stanie wojennym trafiła na cztery lata do więzienia. SB namawiała 150 osób, by złożyły obciążające ją zeznania. Teraz adwokatka z Piotrkowa Trybunalskiego walczy o unieważnienie tamtego wyroku.

W stanie wojennym mecenas Ewa Juszko-Pałubska, jako jedyna z piotrkowskiej palestry, broniła oskarżonych w procesach politycznych. W 1984 roku, po procesie sfabrykowanym przez Służbę Bezpieczeństwa, trafiła do więzienia, oskarżona o płatną protekcję. Więziono ją w Łodzi, a następnie w Krzywańcu k. Zielonej Góry. By skorzystać z warunkowego zwolnienia, musiała rozwieść się z mężem. Przez 9 lat nie mogła pracować w zawodzie, jej rodzina żyła dzięki pomocy Kościoła oraz ośrodka pomocy działaczom "Solidarności" i ich rodzinom przy ulicy Piwnej w Warszawie.

Reklama

W 1989 roku zaangażowała się w budowanie Komitetów Obywatelskich, była szefem biura poselsko-senatorskiego OKP w Piotrkowie i pracownikiem Senatu, odmówiła jednak angażowania się w politykę. Za swoje zasługi została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Semper Fidelis i Medalem o Niepodległość Polski i Prawa Człowieka 13.12.1981 - 4.06.1989. Od ponad 3 lat walczy o unieważnienie wyroku z 1984 r. Jej adwokaci przekonują, że proces ten był represją za obronę działaczy "Solidarności".

Jolanta Pawnik, INTERIA.PL: - Ile miała pani lat, kiedy ogłoszono stan wojenny?

Ewa Juszko-Pałubska: - Miałam 33 lata, pracowałam w zespole adwokackim w Piotrkowie Trybunalskim. Byłam niezłym adwokatem. Poszukiwanym - jak to napisali w prasie. Mój syn Michał miał 3, a córka Monika 9 lat.

- Kiedy został wprowadzony stan wojenny, doszłam do wniosku, że jestem po to, żeby pomagać ludziom. Wtedy zaniosłam wizytówki do Jezuitów. Był tam ksiądz Jan Umiński, który miał sprawę o nazwanie Jerzego Urbana Goebelsem. W sądzie jako oskarżony dostał kwiaty, a poszkodowanego Urbana opluli. Ojciec Remigiusz Wysocki też miał zdecydowanie określone poglądy, był sojusznikiem "Solidarności" od samego początku. Zaniosłam więc do nich wizytówki i powiedziałam, że będę pomagać za darmo tym, których nęka milicja albo bezpieka. Żeby mieć pewność, kto przyjdzie, umówiliśmy się, że będą stawiać na nich mały znaczek krzyża w odpowiednim rogu.

Dlaczego zdecydowała się pani pomagać za darmo?

- Od małego byłam wychowana w miłości do wolności. Mój ojciec był szefem żandarmerii AK w rejonie proszowsko - miechowskim pod Krakowem. Dopiero z materiałów IPN dowiedziałam się, że był kapitanem, a udawał, że jest kapralem. Mama była łączniczką AK. Moi rodzice musieli uciekać przed ubecją, dlatego ja urodziłam się w Szczecinie. Był kiedyś taki order - Budowniczy Polski Ludowej. Pamiętam, jak chciano odznaczyć ojca tym orderem. Wściekł się, krzyczał, że on nie o taką Polskę walczył. W życiu nie widziałam takiej awantury w domu.

- Na początku stanu wojennego byłam pewna siebie, wydawało mi się, że nie ma na mnie silnych. Nie wierzyłam, że można sfingować dowody, że sądy mogą nie być niezawisłe. Naprawdę w to nie wierzyłam.

Dużo ludzi przychodziło do pani z tymi wizytówkami?

- Miałam takie pielgrzymki w domu, że drzwi się nie zamykały. Mój mąż mówił, że nie wie czy jest w domu, czy w hotelu, bo nie mógł w slipkach z pokoju do łazienki przejść, takie były tłumy. Do tej pory wiele osób jest mi wdzięcznych. Wtedy nie miałam życia prywatnego.

Kiedy SB zorientowała się, czym pani się zajmuje?

- To się panom z SB nie podobało, ale na początku dawali mi spokój. Teraz już wiem, że to był pozorny spokój.

- To był w ogóle rewolucyjny czas. Rewolucjonistą był nawet mój 3-letni syn, Michał. Miałam takie wielkie głośniki, które wystawiałam w oknie na ulicę Słowackiego (w centrum Piotrkowa Trybunalskiego - red.), Michałowi dawałam mikrofon, a on śpiewał "Żeby Polska była Polską"... Słychać go było na całej ulicy, a milicjanci nie wiedzieli, co mają zrobić.


- Taki pozorny spokój był do czasu procesów politycznych. Byłam jedynym adwokatem z Piotrkowa, który bronił w procesach politycznych. Bez pieniędzy. Od razu powiedziałam, że opozycjonistów bronię za darmo. Niszczyłam strasznie milicjantów, w ogóle ich nie lubiłam. Nigdy. W czasie tych procesów, kiedy przemawiałam, były oklaski. Raz sędzia chciała nawet wyprosić publiczność, tak dużo było oklasków po moich wystąpieniach.

- Wtedy po raz pierwszy wezwali mnie na rozmowę. Nie znałam tych esbeków, nie obchodzili mnie, byłam ponad tym. To była długa rozmowa. Oni chcieli koniecznie wiedzieć, dlaczego ja to robię. Powiedziałam, że po to, żeby się przed dziećmi nie wstydzić. A dlaczego za darmo? Bo złodziei, bandytów to ja bronię za pieniądze, a synów narodu polskiego za darmo, więc jak macie sprawę, to przyjdźcie do mnie, do zespołu adwokackiego, zapłaćcie, to porozmawiamy - tak im odpowiedziałam. Wtedy mi po raz pierwszy powiedzieli, że to mnie będzie kosztowało sześć lat. To był 1982 rok. Odburknęłam wtedy, ordynarnie, że ja się nie boję, bo "dupę mam czystą". Wtedy ten esbek mi powiedział, że na każdą dupę kij się znajdzie. I od tego czasu zaczęli za mną chodzić. Ale wiedziałam, że to już kwestia czasu, że ten kij jest przygotowany....

Znała pani tego tajniaka, który za panią chodził?

-Tak, to był mój kolega, z którym jako dziecko jeździłam na obozy harcerskie. Nasze córki chodziły razem do szkoły, do jednej klasy. Na początku w ogóle się nie zorientowałam, o co mu chodzi. On mnie próbował wypytywać - o adwokaturę, o "Solidarność". Niby tak z ciekawości. Nic mu nie mówiłam, zbywałam go mówiąc, że to tajemnica zawodowa, że nie lubię o tym mówić. Później już zaczęłam podejrzewać, że on tak niekoniecznie z ciekawości. Zaprosiłam go wtedy do domu - to w końcu był mój znajomy. Posadziłam go przy stole, wlałam w niego wino. Wtedy mi powiedział, że jak się nie uspokoję, to będę miała sprawę karną. I dodał, że nasza rozmowa jest nagrywana. Zaprosił mnie jeszcze do SB, do pułkownika Kalinowskiego, to nie będę miała sprawy karnej. Wyrzuciłam go z domu. Ale wiedziałam, że to już kwestia czasu, że ten kij na moją dupę jest poszukiwany.

- Swoją drogą, już po wszystkim, po całej mojej gehennie, jak już esbecja się kończyła, zainspirowana przez wychowawczynię naszych córek, zadzwoniłam do niego. Powiedziałam mu, że ma szansę coś zrobić, naprawić. "Zrujnowałeś moje życie, spojrzysz w lusterko i zobaczysz, że jesteś świnią" - powiedziałam mu. Wtedy napisał oświadczenie, w którym odwołał to, co było w jego raportach. Po latach zobaczyłam jego notatki. Nawet zeznawał w sądzie teraz w sprawie o unieważnienie mojego wyroku z 1984 roku, jeszcze próbował się wyplątać. Ale sędzia go usadziła.

150 osób, które SB próbowało zmusić do zeznawania przeciwko pani - potężna maszyna.

- Moją sprawą zajmowali się wtedy pułkownicy, nie było wśród nich żadnego pionka. O przebiegu postępowania za każdym razem zawiadamiane było ministerstwo spraw wewnętrznych. A to były tylko karne zarzuty - jakaś adwokatka obiecała coś za łapówkę, wzięła cukier, masło, butelkę alkoholu.... Miałam wielu klientów wtedy, po latach zeznawali niektórzy, że byli zmuszani, żeby mnie obciążyć. Z tych trzech obciążających mnie osób jedna pani już nie żyje, nie wyjaśni, jak to było. Druga jest teraz bardzo chora i nie może stawić się przed sądem. Cały czas ma zaświadczenia lekarskie.

Jakaś obietnica pomocy, kilogram cukru, masło, butelka winiaku... Takie mieli na panią "papiery". Ci ludzie stanęli wtedy przed sądem i tak zeznawali?

- Aresztowali mnie, kiedy jedna z tych kobiet zeznała, że żądałam od niej 170 tysięcy ówczesnych złotych, żeby jej syn nie siedział w psychiatryku z wariatami... Jak usłyszałam ten zarzut, to zaczęłam się śmiać. Kwota z sufitu, obietnica z sufitu. Wtedy już miałam podejrzenie, że tę sprawę prowadzi esbecja. Ale myślałam - karne zarzuty, na pewno to milicja, ale pod nadzorem SB. Dopiero po latach okazało się, że moją kryminalną sprawę od początku prowadziła SB.

- Inna kobieta chciała się wycofać ze swoich zeznań, prokurator tak wtedy na nią wrzasnął... Niestety ta pani zmarła. Druga się leczy. Dlatego sędzia teraz tak wymyśliła, że chce przesłuchać wszystkich pośrednich świadków. Dlaczego sędzia tak zrobiła, nie wiem. Jest to tak, jak wznowienie postępowania. Przesłuchują teraz ludzi, którzy mieli wtedy pożyczać tej pani pieniądze na łapówkę dla mnie. To przedłuża postępowanie, bo oni nie przychodzą na rozprawy. Żebym ja chociaż na oczy zobaczyła te pieniądze...

- Kiedy mieli już te zeznania, zażądali, żebym przyjechała do Łodzi. Nie chciałam, trafiłam do szpitala. Przyszli tam, chcieli mnie zgarnąć prosto do aresztu. Ale zostałam ostrzeżona i uciekłam przez okno. Tam już czekali na mnie w samochodzie koledzy z Solidarności. Chcieli żebym się ukrywała, ale ja odmówiłam, bo wtedy jeszcze wierzyłam w niezawisłość sądów i w sprawiedliwość.

Jaki był pani proces?

- Parodia. Nie pozwolili mi mówić. Zgłosiłam świadków, niby ich dopuścili, ale nie przesłuchali. Jakaś młoda kobieta chciała coś powiedzieć, sąd się nie zgodził... Teraz się okazało, że jednym z moich obrońców był TW... Trafiłam do aresztu w Łodzi. Myśleli, że mnie zniszczą. Zawsze miałam poważne kłopoty gastryczne, powinnam mieć dietę. Nikt się tym nie przejął. W areszcie raz tylko dopuścili mnie do pomocy w kuchni. Jak zobaczyłam na margarynie dwucentymetrową warstwę pleśni i zrobiłam o to awanturę naczelnikowi, to już więcej mi nie pozwolili. Nie mogłam też wychodzić na spacerniak, bo niby był wtedy w remoncie. W budynku na Lutomierskiej siedziałam w takim pomieszczeniu pod ziemią, było ciemno, świeciły może 15-watowe żarówki. Cały czas tam siedziałam, wyprowadzali mnie tylko kilka razy na przesłuchanie, nigdy na powietrze. Podczas przesłuchań moje zeznania pisał esbek. Pisał to, co mu dyktował prokurator, a nie to, co ja naprawdę mówiłam.


- Ten mój obrońca TW bardzo długo mnie przekonywał, żeby nie robić z tego sprawy politycznej. Namawiana przez niego, przez długi czas powstrzymywałam "Solidarność" przed działaniem w mojej sprawie, bo nie wierzyłam wtedy, że może się tym zajmować SB, i to nie płotki, ale oficerowie. Już wtedy zapytałam prokuratora, dlaczego SB prowadzi moją sprawę. Odpowiedział, że to taka sama milicja, jak inne a pani sędzia, po ogłoszeniu wyroku, napisała notatkę do prezesa sądu. A przecież co to była za sprawa...

Czy miała pani jakieś podejrzenia, że pani obrońca to kapuś?

- Tego TW uważałam i do tej pory uważam za bardzo szlachetnego człowieka. Nie wiem, co mu się stało. Nie mogę w to uwierzyć. On już nie żyje, nie dowiem się. Musiałam się pogodzić z faktami. W czasie procesu zrobiłam takie olbrzymie zestawienie, które pokazywało różnice w zeznaniach w mojej sprawie. Dałam go mojemu obrońcy i ten zeszyt zginął.

- Wierzyłam wtedy w sprawiedliwość. Karna sprawa, zarzuty do wybronienia, przecież nic nie wzięłam - myślałam sobie. Ale na procesie już wiedziałam, co będzie. Słyszałam, co notowali z moich zeznań. Jak napisałam na kartce milicjantowi, który mnie pilnował, jaki będzie wyrok, to zaczął się śmiać. I taki był: 5 lat. Potem z jednego zarzuty zostałam uniewinniona, taki był absurdalny. Stanęło na czterech latach więzienia.


- Oni myśleli, że więzienie mnie złamie, że więźniarki nie dadzą mi żyć, zniszczą mnie. Było zupełnie inaczej. Jak przyszłam do celi, zapytały czy ja to ja. Natychmiast zwolniły mi łóżko, bo było tylko kilka, większość spała na podłodze. Nie pozwalały mi sprzątać. Byłam bardzo zdziwiona, bo w więziennym świecie, jak za kratki trafia sędzia albo adwokat, to nie ma łatwego życia. Okazało się, że zanim trafiłam do ich celi, dostały gryps z więzienia w Grudziądzu na mój temat. Ktoś, kogo broniłam wcześniej, nakazał im, że mają być dla mnie takie, jaka ja byłam na wolności dla nich. Ktoś mi zrobił takie dobre wejście...

- W Piotrkowie mówiło się, że w więzieniu byłam bita, katowana. To nieprawda. One naprawdę bardzo dobrze mnie traktowały, pomagały mi, pokazywały jak się grypsuje. Najpierw pracowałam w szwalni, ale lekarz mi zabronił. Potem trafiłam do biura, porządkowałam papiery. Podania dziewczynom pisałam. A w wolnym czasie, w nocy, haftowałam obrusy. Z tego czasu mam ich sześć.

O represjach, jakie spotkały Ewę Juszko-Pałubską po wyjściu z więzienia, czytaj na drugiej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: stan wojenny | adwokat | Piotrków Trybunalski | Łódź | proces | Jerzy Urban

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje