Plotki, bale i skandale - tak się żyło w XIX wieku!

Wspaniałe stroje, wykwintne maniery, proszone obiady i cudowne bale - dziewiętnastowieczne rozrywki do dzisiaj pobudzają wyobraźnię, chociaż czasem zapominamy, że była i ciemna strona tego medalu. O utraconych bezpowrotnie urokach i wstydliwych sekretach życia sprzed 150 lat opowiada Agnieszka Lisak, autorka książki "Życie towarzyskie w XIX w."

Izabela Grelowska, INTERIA.PL: Część rozrywek, czy form życia towarzyskiego, jakim oddawano się Polacy w XIX wieku bezpowrotnie odeszła  w przeszłość. Która z nich budzi w pani największą nostalgię?

Reklama

Agnieszka Lisak: - Cały XIX wiek budzi we mnie nostalgię, dałabym bardzo wiele, by choć na kilka dni cofnąć się w czasie, zobaczyć z bliska to, o czym piszę. W XIX wieku wspólne spędzania wolnego czasu było sztuką, prawem i obowiązkiem. Ludzie bez wątpienia byli bardziej otwarci na siebie, chętniej nawiązywali kontakty. W karnawale chodzono na bale i gdy było na nich "tylko" 200 osób, stwierdzano, że bal był nudny. W tygodniu spotykano się na herbatkach, jour fix’ach w gronie 20-30 osób.

Gdy dziś patrzę na życie osób starszych, na ich samotność, stwierdzam, że jednak jesteśmy o coś ubożsi.  Dzisiaj w wielu przypadkach ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nawiązywać kontaktów, nie są otwarci na siebie.

Wydaje się, że wybór rozrywek był niezwykle szeroki. Czy w XIX w był czas na nudę?

- Także wtedy społeczeństwo dręczyła nuda i chandra. Była to bolączka ludzi bogatych, którzy nie wykonywali pracy zawodowej. Dotyczyło to przede wszystkim kobiet z wyższych sfer, mężczyźni jednak zawsze mieli jakieś obowiązki, związane choćby z zarządzaniem majątkiem, nadzorowaniem go itp. (wyłączając patentowanych obiboków).

Rozrywka - spotkania z ludźmi stawały się najbardziej naturalną formą zapełnienia wolnego czasu. Gdy jednak nie towarzyszyło temu nic innego w życiu, szybko przechodziła w nudę. A z nudy brały się plotki, intrygi, obyczajowe skandale, rozdmuchiwane do nieprawdopodobnych rozmiarów. Jak pisała K. Hoffmanowa, nicnierobienie "jest to smutny przywilej bogatych, i dlatego też ta klasa rzadko kiedy szczęśliwych liczy w swem świetnem napozór gronie, zwłaszcza między kobietami." To, co dręczyło ludzi z wyższych sfer tamtych czasów, to przede wszystkim brak celu w życiu. Dobrze urodzone kobiety nie opiekowały się same dziećmi (miały od tego bony), nie pracowały, nie miały żadnych obowiązków domowych, a często i zainteresowań.

Zasady savoir-vivreu miały w tych czasach o wiele większe znaczenie. Czy reguły etykiety nie krępowały lub wręcz nie psuły zabawy?

- Dokładnie tak było. Rozrywkę cechował ogromny formalizm. Kodeksy savoir-vivre zawierały dziesiątki przepisów, regulujących najdrobniejsze sfery życia - sposób kłaniania się, mówienia, chodzenia, robienia zakupów, patrzenia, odkładania cylindra... A były i takie poradniki, które szły jeszcze dalej i prezentowały gotowe dialogi - podpowiadały, o czym rozmawiać ze sobą podczas tańca, spaceru, spotkania w salonie. "Biada temu, kto stu paragrafów salonowych na pamięć nie umie", pisał Józef Bogucki. Niejednokrotnie, wchodząc do towarzystwa, trzeba było bardziej troszczyć się o to, by dobrze wypaść, niż by dobrze się bawić.

A gdyby odwrócić to pytanie: czy były zachowania, które wtedy uchodziły za dopuszczalne, a dzisiaj byłyby przestępstwem przeciwko etykiecie?

- Takim zachowaniem, które dziś należy do poważnych towarzyskich nietaktów, było plotkowanie, rodzące się z nudy i nadmiaru wspólnych spotkań. Przecież w końcu o czymś trzeba było rozmawiać, a tematów zaczynało brakować. Plotka była niczym tlen, bez którego nie dało się żyć na salonach.

Inną praktyką, która dziś uchodziłaby za niedopuszczalną, było plucie w miejscach publicznych. Czynność tę traktowano wtedy niemal jak fizjologiczną. Rzeczą zupełnie naturalną było spluwanie do wyciągniętych z kieszeni chustek czy też do specjalnie przygotowanych spluwaczek z piaskiem w środku. Wiele poradników savoir-vivre instruowało, jak radzić sobie z uczynieniem zadość tej naturalnej potrzebie. I. Legatowicz podpowiadał - nie pluj "na podłogę, choćby nie woskowaną i tych plwocin nogą nie zacieraj. - Nie plwaj przed się, ale szukaj do tego plwaczki, lub kąta, lub plwaj do własnej chustki do nosa."    

Czy ówczesne towarzystwo było otwarte na nowinki, czy raczej trzymało się tego co stare i "uświęcone tradycją"?

- Przywiązanie do tradycji było ogromne. Każdą technologiczną nowinkę, taką jak np. Roentgen, kinematograf, "samojazd"...,  trzeba było przedyskutować, ustalić, jaki będzie miała wpływ na moralność, czy nie doprowadzi do zepsucia obyczajów. Proszę pamiętać, że nad tym, czy kobiety mogą pracować i mieć takie same prawa co mężczyźni i czy są równe mężczyznom dyskutowano kilka setek lat. Dzisiaj wszelkie techniczne nowinki przyjmujemy mimochodem, ot wzmianka w dzienniku czy radiu i po wszystkim.

Kiedy teraz patrzymy na portrety lub czytamy literaturę z tamtych czasów wydaje się, że towarzystwo było niezwykle dystyngowane i eleganckie, wszyscy mieli wyszukane stroje i nienaganne maniery. Ale życie w tamtych czasach miało też swoją ciemniejszą, a nawet bardziej smrodliwą stronę. Jak to było, czy rzeczywiście wszystko miało taki polor jak na obrazach?

- No właśnie, problem w tym, że obrazy nie pachną. W dodatku przedstawiają świat idealny, życie natomiast rzadko dorównywało obrazom. Gdy ktoś stawał do jedynego w swoim życiu portretu, ubierał na siebie najlepszy garnitur, gdy go nie miał, to pożyczał. A i malarz w swej łaskawości potrafił pędzlem domalować złoty zegarek, odjąć zmarszczek czy zasłonić łysinę. Ludwik Solski wspomina żonę dyrektora teatru, panią Trapszową, która nosiła zzieleniałe ze starości i dziurawe na przodzie buty. Miała na to jednak sposób. Rozrabiała szczotką pastę, po czym "z pedantyczną dokładnością przystosowywała kolor palca do barwy trzewika." Takich rzeczy nie zobaczy pani na żadnym obrazie.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak wyglądało życie poza portretami, zapraszam na swojego bloga (www.lisak.net.pl/blog/), gdzie znajdują się dziwiętnastowieczne zdjęcia dokumentalne, przedstawiające odrapane ulice Londynu, slamsy, życie zwykłych ludzi....

Życie towarzyskie było czymś innym dla kobiet czymś innym dla mężczyzn.  Jaki ograniczeniom były poddane kobiety?

- W XIX wieku kobiety niestety ciągle musiały dbać o swoją reputację, unikać wszystkiego, co mogłoby stać się powodem plotek. Pannie z dobrego domu nie wypadało chodzić samej po ulicy czy pracować. Bo jakby nie było, w pracy mogłaby spotykać się z obcymi mężczyznami i padać ofiarą niemoralnych propozycji. Relacje społeczne w XIX wieku podobne były do tych, jakie panują dzisiaj w krajach islamu. Proszę pamiętać, że w trosce o reputację kobiety nie uprawiały większości sportów, a początkowo nawet jazdę na rowerze uznawano za nieprzyzwoitą, bo podczas niej kobieta wypinała pośladki, a czasem odsłaniała łydki.

Kodeks obyczajowy pisany dla mężczyzn (przez mężczyzn oczywiście) był zdecydowanie bardziej liberalny. Ci mogli swobodnie wymykać się z nudnych frakowych balów do podejrzanych lokali, by w męskim gronie przy wódce opowiadać "tłuste" dowcipy i spoglądać lubieżnie w kierunku kelnerek. W wolnych chwilach panowie zachodzili do garderób aktorek, tancerek, cyrkówek, by obsypywać je kwiatami, zapraszać na kolacje, dawać drogie prezenty czy pieniądze, oczywiście nie za darmo.

Tym, co chyba najbardziej porusza wyobraźnię współczesnego człowieka, są bale. Gdybyśmy mogli podróżować w czasie i przenieść się do XIX w., to na jaki rodzaj balu warto się by było wybrać?

- Na pewno zaprosiłabym czytelnika na bale publiczne. Odbywały się one wyłącznie w okresie karnawału (na organizację balu poza sezonem konieczna była zgoda władz). Całe społeczeństwo czekało na karnawał, by w końcu dać upust szałowi zabawy. Bawiono się dosłownie do białego rana, a w porządnych lokalach w cenę biletu było wliczone śniadanie. Jak podaje T. Żeleński - Boy, pot lał się z czoła, z kołnierzyka na szyi robił się mokry sznurek; "przy zmianie koszuli (bo wytrawni tancerze brali z sobą zapasowe koszule) można było wyżąć z niej kubeł wody."  Społeczeństwo żyło jak w letargu i nikt pracodawcy nie musiał tłumaczyć się ze zmęczenia. Kraj roił się od danserów, którzy "za godzinę, ledwie zdoławszy się trochę obmyć, pójdą wpół przez sen, z ciężką głową sądzić, leczyć, operować, wykładać, egzaminować".

Do miast w tym okresie zjeżdżały z okolicznych wsi i miasteczek rodziny, wiozące ze sobą pudła z kapeluszami, kufry z sukniami i innymi fatałaszkami, bez których żadna elegantka obejść się nie mogła. A wszystko po to, by choć raz w roku otrzeć się o wielki świat i pomóc w nim córce znaleźć męża. Karnawał było widać wszędzie w gazetach, na ulicach, plakatach, kraj stawał się taką małą Wenecją.

Oczywiście dzisiaj największe wrażenie robią rozrywki możnych. A jak wyglądały rozrywki biedoty?

- Na wsiach "domami kultury" były karczmy. W święta a także w porze zimowej, gdy pracy nie było wiele, przychodzono do nich chętnie, by spotkać się z innymi, pogadać i posłuchać rzępolenia na skrzypkach. Gdy nie było pieniędzy na paczkę tytoniu czy wódkę, przynoszono jajka, gęsi, garnce zboża, ziemniaki, płacąc w naturze. W karczmach z zaciekawieniem przysiadano się nie tylko do wędrownych muzyków, ale do wszelkiej maści pędziwiatrów, którzy przychodząc z daleka i przynosili wieści. Dzięki temu bez czytania gazet można było dowiedzieć się, co dzieje się w kraju i okolicy, czy nie zanosi się na jakiś koniec świata, na wojnę lub powstanie. Nie lada atrakcją był Jasiek co to poszedł do wojska, a teraz wrócił w pięknym, kolorowym mundurze na przepustkę. To był dopiero człowiek światowy. Bywał poza granicami zaborów, czyli prawie zagranicą, w dodatku na służbie stykał się z najrozmaitszymi ludźmi, a czasem nawet widział samego "cysorza".



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje