Jan Englert: Zawsze byłem babski król

Człowiek legenda. Wybitny aktor, dyrektor Teatru Narodowego. W wyjątkowej rozmowie z okazji 6. urodzin SHOW Englert mówi o słabości do kobiet, późnym ojcostwie, grzechach młodości i narcyzmie w show-biznesie.

Iwona Zgliczyńska: Film "Bogowie", w którym zagrał pan jedną z ról, zdominował tegoroczny festiwal filmowy w Gdyni. Przyznam, że mnie też opowieść o profesorze Relidze wbiła w fotel. A jak pana odczucia?

Reklama

Jan Englert: - Jestem twardszy niż pani. Ale było kilka takich momentów, które zatrzymały mnie w myśleniu o życiu. Chodzi o wspomnienia z sali operacyjnej. Tylko proszę mnie o to nie pytać.

Zabierze pan swoją córkę na ten film?

- Myślę, że dla 14-letnich ludzi sprawa życia i śmierci nie jest aż tak istotna. Bardziej ich zainteresuje determinacja i pasja Religi niż dylematy moralne.

Spotkał pan kiedyś prywatnie Zbigniewa Religę?

- To były lata 90. Uczestniczyłem w prywatnej kolacji, w której profesor namawiał nas do stworzenia partii politycznej. Ale ponieważ jestem mało zainteresowany czynnym uczestnictwem w działaniach politycznych, tylko przysłuchiwałem się rozmowom, co było bardzo interesujące dla mnie jako dla reżysera i aktora. Czułem wielkie zaangażowanie profesora. Nie mówił na pół gwizdka i, niestety, spalał się.

W filmie zagrał zagrał pan jego mentora - profesora Wacława Sitkowskiego.

- To był człowiek niesamowity, ale w scenariuszu nie pokazano tej jego lekko szalonej natury. Sitkowski w "Bogach" to lekarz, który myśli zachowawczo o kardiologii. Chce kierować i posuwać się małymi krokami. Myślę, że to była sprawa jego wieku.

Kierowanie ludźmi to sztuka?

- Nie jestem specjalnie asertywny, więc nie wiem, czy się w ogóle nadaję do kierowania. Ale widocznie coś we mnie musi być, skoro wszelkie funkcje, które sprawowałem (dziekana, rektora, dyrektora - przyp. red.), nie były z mianowania, ale z wyboru. Skoro koledzy mnie wybierali, to znaczy, że posiadam jakieś cechy wymagane na kierowniczym stanowisku.

Mówi się, że teatr to zbiorowisko indywidualności, by nie powiedzieć narcyzmu i wybujałego ego. Co trzeba mieć w sobie, by "zarządzać" aktorami?

- To wszystko prawda (śmiech). Przede wszystkim potrzeba cierpliwości i uczciwości. Zrozumiałem to po wielu latach. Kiedyś miałem różne grzechy na sumieniu, ale teraz chodzi mi o taką uczciwość totalną. Człowiek nie może być przyłapany, że sam buja, bo tylko wtedy może żądać, by mu inni nie bujali. To oczywiście nie znaczy, że go potem nie bujają. Ale przynajmniej się wstydzą.

A jakim pan jest biznesmenem?

- Nigdy nim nie byłem. Jeszcze w nic nie zainwestowałem złotówki. Nigdy tego nie potrafiłem.

Ale prowadził pan rozmowy ze sponsorami teatru?

- To raczej żebrakiem jestem. Tak, żebrakiem bywam.

Na wiele spektakli do Teatru Narodowego nie sposób kupić biletów. Macie 100 proc. frekwencji?

- Jestem przeciwnikiem statystyk jeśli chodzi o twórczość. Niech pani mnie nie namawia na przechwałki. Powiem tylko tyle: dwadzieścia siedem tytułów, ponad czterysta spektakli rocznie. Frekwencja ponad osiemdziesiąt procent to faktycznie wynik do "Księgi rekordów Guinnessa".

Ale podobno, grając w dziesięciu odcinkach serialu, zarobił pan tyle, ile przez rok w teatrze.

- Duża rola w serialu zamkniętym, czyli kilkunastu odcinkach, jest lepiej opłacana niż pensja roczna dyrektora teatru. Ale jako dyrektor teatru zarabiam więcej niż minister kultury. I teraz powiem coś jeszcze bardziej niepopularnego. Moim zdaniem pensje urzędników państwowych - premiera, prezydenta czy ministra - są żenująco niskie w stosunku do ich odpowiedzialności. Mówię to z pełną świadomością. Bo my przywykliśmy do mówienia, że oni nas okradają, że są darmozjadami.

Dlaczego nie zgodził się pan na udział w reklamie?

- Miałem olbrzymią ofertę reklamową, z której nie skorzystałem. Ale to nie jest sprawa jakiegoś wielkiego bohaterstwa. Ani rektorowi nie wypadało, ani dyrektorowi Teatru Narodowego nie wypada. Odcinać kuponów od własnego dorobku, zarabiać na własnej twarzy zwyczajnie nie wypada. Ale nie mam nic przeciwko kolegom, którzy biorą udział w reklamie.

Zdradzi pan, ile mógł zarobić?

- Nie. Ale nawet nie bolało. Właśnie dlatego, że nie jestem inwestorem. Nie mam potrzeby mnożenia majątku.

Jest pan w doskonałej formie. To zasługa tenisa, pięknej żony u boku, późnego ojcostwa?

- Genów. Znam takich, co uprawiają sport, a wyglądają jakby mieli sto lat. Poza tym to jest też sprawa charakteru. Cały czas jestem czynny zawodowo. Nie stękam, że się starzeję, a inni są lepsi

Jak pan to robi, że mimo wieku jest ze wszystkim na bieżąco, nawet ze sprawami show-biznesu?

- Dowcip polega na tym, że jestem sobą - jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Nie przyjmuję żadnej strategii, rozmawiając z węglarzem czy dyrektorem banku. Ale wszyscy śmieją się z tego, że jestem dziadyga, bo nie obsługuję internetu. A dla mnie liczy się kontakt personalny. Nie potrafię długo rozmawiać przez telefon, jak pewnie pani zauważyła.

Krótko i konkretnie pan rozmawia.

- Bo dopiero kiedy dyskusja jest w cztery oczy, potrafię rozpoznać, czy ktoś mnie buja. Dlatego właśnie kontakt aktora i widza w teatrze jest niesamowity. Tylko tu aktor od czasu do czasu jest władcą dusz. Robi pauzę, bierze oddech i jeśli widz jest wciągnięty, w tym samym momencie też bierze oddech.

Dlaczego uważa pan, że najgorszy czas w pana życiu był między trzydziestką a czterdziestką?

- Nie będziemy wchodzić w szczegóły. Pewnie mi się w głowie przewróciło po pierwszych sukcesach.

Widzi pan w Borysie Szycu siebie sprzed lat?

- To są takie ploteczki spod kołdereczki (śmiech). Kiedy miałem trzydzieści lat, faktycznie zachłysnąłem się sam sobą. Ale to nie znaczy, że Borys Szyc się zachłysnął. Nie mogę się z nim porównywać, bo za mało go znam. A teraz znowu, dla odmiany, jakaś gazeta napisała, że nie przyjąłbym do teatru Katarzyny Cichopek.

Skąd się to wzięło?

- Dziennikarze żyją z tego, że robią szybki strzał z biodra. Powiedziałem jedno zdanie: "Teatr jest trudniejszą formą dla aktora niż film". I z tego zrobiono tekst, że bym jej nie przyjął. A ja nie mam nic przeciwko temu, by pani Cichopek grała. Tylko że w teatrze będzie jej trudniej, bo scena wymaga umiejętności zawodowych. I tyle.

O procesie z panią Szapołowską też pisano bzdury?

- Konfabulacji było dużo, ale nie chcę o tym mówić. Kiedy moja żona jeździła na łyżwach (w "Gwiazdy tańczą na lodzie" - przyp. red.), dziennikarze próbowali nas na siłę rozdzielać. Przeżyłem dużo takich sytuacji, ale wiem, że czasami dyrektor teatru wystawia farsę, by ściągnąć widzów. Tak samo pisma muszą mieć farsę, bo czytelnika interesuje, czy aktor ma nagniotki, czy zachorował na raka, upił się albo zdradza żonę. Bo wtedy Kuśpitowski, jak mawiał Dejmek, jest usatysfakcjonowany, że ten, co mu się wiedzie, też jest łobuz albo cierpiący nieudacznik.

Jak pan zawrócił z tej drogi zachłyśnięcia się sobą?

- Czas mi pomógł. Całe życie szukałem mistrzów. Dejmek postawił mnie do pionu. Wtedy wybuchła Solidarność i zająłem się czymś innym niż sobą. Pracowałem politycznie, społecznie i zmieniły się priorytety. Nie ja byłem ważny, tylko sprawa. Człowiek nie zajmuje się wtedy tym, czy go boli wątroba, tylko czy wątroba boli nas wszystkich, a to przytępia ego

Dla córki Helenki pan się nie zmienił?

- Oczywiście późne ojcostwo zmienia mężczyznę. Zmusza do tego, by w tym podwójnym ojco-dziadostwie być bardziej ojcem niż dziadem.

A żona pana trochę wyprostowała?

- (śmiech) Chciałaby pani! Kiedy żona mnie poznała, już byłem niezwykle szlachetny

Kobiety mają dziś za wysokie wymagania?

- Nie, jak świat światem, kobiety zawsze dużo wymagały. Natomiast teraz tak się zrobiło, że wchodzimy w epokę matriarchatu. Za parę lat trzeba będzie organizować parytety dla mężczyzn. Rozumiem panie, bo długo były w defensywie. Gdy złapały równowagę, przeszły do totalnej ofensywy i w tym nie ma nic dziwnego. Pod warunkiem, że się nie traci tego, co jest największym atrybutem płci, którą ja uwielbiam.

Czyli...

- Kobiecości. Natura tę różnicę między nami wyznaczyła. Patriarchat mówił, co wolno mężczyźnie, a czego nie wolno kobiecie. Kobiety protestują przeciwko męskim standardom i to jest słuszne. Ale ja na starość zaczynam bać się o chłopców.

Flirtować już na przykład nie potrafią.

- A to akurat z powodu tempa życia. Chodzi o tę wymagającą czasu grę, o to drżenie łydek, łomotanie serca. To się powolutku gubi. Dziś się informujemy przez internet i załączamy jakieś słoneczko. To dla mnie powrót do kultury obrazkowej. A powrót do jaskini mnie nie interesuje.

Gdy pan myśli "miłość i kobieta", to....

- Kobiety mnie stworzyły. Zawsze byłem babski król, bo lepiej dogadywałem się z płcią piękną. Nawet w szkole mnie tak nazywali. Kobieta jest bardziej interesującym tworem boskim niż mężczyzna.



Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje