Od alabastru do czekolady, czyli historia opalenizny

Niegdyś kojarzona była z niskim urodzeniem i pracą w polu; dziś uznawana jest za najlepszą pamiątkę z urlopu i wyróżnik atrakcyjności - niezależnie od statusu ekonomicznego jej posiadacza. Opalenizna: współczesny obiekt pożądania i utrapienie lekarzy.

"Nie ma nic piękniejszego niż skóra muśnięta słońcem" - przekonują znane marki kosmetyczne, kusząc sezonowymi promocjami na produkty do opalania. Te zaś są o tej porze roku jednymi z najchętniej kupowanych przez spragnionych wakacyjnej opalenizny. Owa muśnięta słońcem skóra to w istocie najbardziej pożądana pamiątka z urlopu - przypomina ona wszak o zagranicznych wojażach i beztroskim wylegiwaniu się na plaży.

Reklama

Zażywane z zachowaniem ostrożności kąpiele słoneczne "konserwują" ponadto skórę za sprawą witaminy D, która wspomaga nas w walce rozmaitymi infekcjami. Brak ostrożności bywa jednak w tym przypadku kluczowy - nie od dziś wiadomo, że długotrwałe eksponowanie skóry na promienie słoneczne bez wymaganej ochrony w postaci preparatów z filtrem jest niebezpieczne. Mimo regularnych alarmów dermatologów, którzy zalecają wstrzemięźliwość od kąpieli słonecznych oraz stosowanie kremów z filtrem, szczególnie podczas upałów, miłośnicy brązowej skóry ani myślą rezygnować z relaksowania się na plaży w pełnym słońcu.

Choć dziś uznawana jest za oznakę atrakcyjności i swoisty wabik, dawniej opalenizna miała zgoła pejoratywne znaczenie. Nieskażoną działaniem słońca, niemal porcelanową cerę ceniły już starożytne Greczynki i Rzymianki. Kobiety skórę rozjaśniały kąpielami z mleka i rumianku, twarz maseczkami z chleba, zaś włosy - żółtkami jaj i sokiem z cytryny. Zamiast podkładu stosowały biel ołowianą.

W dziewiętnastym wieku ogorzała twarz jednoznacznie kojarzyła się z wyglądem plebejuszy - służby i robotników, których skóra nabierała brązowego odcienia pod wpływem choćby pracy w polu. Ideałem piękna i wizytówką ówczesnych elit była bardzo jasna cera w kolorze alabastrowym. To, dlatego zarówno mężczyźni, jak i kobiety pochodzący z arystokracji unikali słońca, szczelnie zakrywając ciało przed jego promieniami za pomocą długich rękawów koszul, rękawiczek, kapeluszy czy parasoli. Powszechne było stosowanie w upalne dni octu, który miał zniwelować niechciane rumieńce oraz rozjaśniających skórę okładów z maślanki.

Rewolucja spod znaku opalania nastąpiła dopiero w XX wieku, kiedy złocista opalenizna przestała być symbolem niskiego urodzenia, a zaczęła być utożsamiana ze środowiskami dobrze sytuowanych ludzi, których stać było na zagraniczne urlopy w ciepłych krajach i opalanie się na tamtejszych plażach. Sygnalizowała bogactwo i przywileje.
Opaleniznę rozpropagowała niewątpliwie legendarna francuska designerka Coco Chanel, która w 1923 roku wywołała mały skandal z muśniętą słońcem skórą w roli głównej. Projektantka, która przesadziła z kąpielą słoneczną podczas rejsu w Cannes nie wstydziła się jednak pokazać publicznie z opaloną skórą. W ten sposób, chcąc nie chcąc, zapoczątkowała trwającą po dziś dzień modę na opaleniznę.

Do jej popularyzacji przyczyniła się również wydana w 1934 roku powieść F. Scotta Fitzgeralda "Czuła jest noc", która ukazywała gwiazdy opalające się na Riwierze Francuskiej. Modowa elita przyjęła z entuzjazmem trend na złocisty odcień skóry, na dowód, czego na wybiegach największych domów mody zaczęły pojawiać się opalone modelki, które wkrótce naśladowały już kobiety na całym świecie.

Od tego czasu popularność opalenizny stale rosła, przeistaczając się w swego rodzaju obsesję "złotej skóry", którą w latach 50. rozbudziło pojawienie się pierwszych skąpych kostiumów kąpielowych typu bikini. Aby nadać skórze pożądany złocisty, a nawet czekoladowy odcień, stosowano rozmaite metody - od pachnących i, niestety, drogich olejków, aż po mniej kosztowną alternatywę w postaci oleju roślinnego, który każda pani domu miała w kuchni.

Świadomość szkodliwości działania promieni słonecznych była niestety znikoma. Nikt nie zdawał sobie sprawy z ceny, jaką trzeba zapłacić za ponętnie opalone ciało. A było nią znacznie szybsze starzenie się cery i przede wszystkim zwiększone ryzyko zachorowania na czerniaka. Pojawiające się w latach 80. wzmianki na temat powiązań między zażywaniem kąpieli słonecznych a ryzykiem nowotworu, zostały stłumione pod naporem seksownych reklam promujących urok brązowej, "zdrowej" skóry. Jak na ironię, bowiem, były to czasy promocji silnej, zdrowej sylwetki, z którą opalenizna miała iść ręka w rękę.

Po chwilowej przerwie od mody na opaleniznę, początek XXI wieku przyniósł fascynację wizerunkiem gwiazd pokroju Britney Spears, Christiny Aguilery czy Jennifer Lopez, których wspólnym mianownikiem były odważne stroje i apetyczna, złocista barwa skóry. Obecnie silna opalenizna traci jednak swoich zwolenników, będąc postrzeganą, jako symbol nieco kiczowatego stylu. Choć wiele kobiet wciąż marzy o przywiezieniu z wakacji pamiątki w postaci pięknie opalonego ciała, obsesja na tym punkcie, ku uciesze lekarzy i stylistów, mija. Nawet ikony plażowego looku, takie jak Cameron Diaz czy Kate Hudson prezentują ostatnimi czasy znacznie delikatniejszy odcień skóry.

Mając na względzie przestrogi dermatologów opaleniznę, choć wygląda ponętnie i przywodzi na myśl wakacyjne wojaże, warto - zwłaszcza, gdy jesteśmy posiadaczkami jasnej karnacji - dozować z umiarem. I polubić swój naturalny odcień skóry. Bo choć blada cera jest dla wielu z nas mniej pociągająca niż ta muśnięta słońcem, z całą pewnością jest od niej zdrowsza. (PAP Life)

autor: Iwona Oszmaniec

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje