Dziecko to nie zabawka

Ta kobieta nie miała za grosz serca! Podrzuciła nam małego synka, jakby był niepotrzebną rzeczą.

Usiadłam wygodnie w mięciutkim fotelu i włączyłam telewizor. Byłam zupełnie sama w naszym niedużym domku, który mąż odziedziczył po rodzicach. Mieszkaliśmy tu już jakiś czas, ale jeszcze nie mogłam się nim nacieszyć. Przycupnął sobie spokojnie w starej dzielnicy miasta, przy uroczej uliczce, która już od wczesnej wiosny ginęła w bujnej zieleni.

Reklama

Miejsce było naprawdę śliczne i przepełniało mnie prawdziwe szczęście, że mogłam tutaj zamieszkać. Wychowałam się na typowym, postkomunistycznym blokowisku, którego szarzyzna i brzydota przyprawiały o ból głowy.

Adam akurat wyjechał na parę dni w sprawach służbowych, więc upajałam się ciszą i spokojem. Towarzyszył mi jedynie nasz kochany Kocurek spędzający całe dnie na beztroskim leniuchowaniu.

Nagle usłyszałam, że na podjazd zajechał jakiś samochód. Niechętnie podniosłam się z wygodnego miejsca w salonie i otworzywszy drzwi, wyjrzałam na zewnątrz...

Nie wierzyłam własnym oczom! Z eleganckiego auta wysiadła Ewa, dawna dziewczyna mojego męża i matka jego synka. Była chyba ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć na naszym podwórku, więc dosłownie mnie zamurowało. Na przywitanie posłała mi wymuszony uśmiech i gestem ręki skinęła na siedzącego z tyłu chłopczyka.

Ociągając się trochę, Filipek wysiadł z samochodu i stanął przy niej. Miał wielkie, przestraszone oczy i jasne włosy przystrzyżone na pazia. Liczył sobie jakieś pięć lat, ale nie wyglądał na tyle. Ewa wyjęła z bagażnika pokaźną torbę i popchnęła małego w moim kierunku.

- Gdzie Adam? - zapytała z wyrzutem, wydymając wargi.

Sprawiała wrażenie zawiedzionej, że nie przybiegł w podskokach, aby ich powitać.

- Nie ma go - odparłam uprzejmie, z trudem przełykając ślinę. Z nerwów kompletnie zaschło mi w gardle. - Wyjechał dziś z samego rana w delegację. Mogę ci jakoś pomóc?

- No, tak. Oczywiście! - Ewa odrzuciła do tyłu swoje długie włosy. - Adam niby zawsze tak chciał się opiekować Filipem, więc właśnie nadarzyła się okazja...

Patrzyłam na nią zdumiona.

- No wiesz, Marzena... - zająknęła się. - Akurat nie mam go z kim zostawić. Wyjeżdżam za granicę i nie mogę zabrać małego ze sobą.

A po chwili dodała z zaskakującą szczerością, że na rozprawie sądowej zażądała wyłącznej opieki nad dzieckiem, bo chciała zrobić Adamowi na złość... Jednak z czasem przekonała się, że Filip trochę jej przeszkadza...

- Mam nadzieję, że mnie rozumiesz? - zapytała na koniec.

- Nie za bardzo - mruknęłam, ale już mnie nie słuchała.

Ewa pochyliła głowę w stronę Filipa i powiedziała mu chłodnym tonem, żeby był grzeczny, nikogo nie denerwował ani nie przeszkadzał.

- Proszę, żebyś się nim zaopiekowała - spojrzała na mnie nieprzychylnie. - Adam przecież niedługo wróci, prawda? Przykro mi, jeżeli zepsułam ci weekend - uśmiechnęła się złośliwie - ale nie mam specjalnie wyboru... Do zobaczenia!

Zanim zdołałam cokolwiek wykrztusić, Ewa odwróciła się na pięcie, wsiadła do auta i odjechała...

Stałam nieruchomo całkiem oszołomiona, patrząc za znikającym w oddali samochodem. Cóż miałam zrobić?

Po chwili wzięłam Filipka za rączkę i, taszcząc ciężką torbę, zaprowadziłam do domu. Mały przyglądał mi się z niepewnością i lękiem. Chyba dopiero teraz dotarło do niego, że matka odjechała. Nie znałam dziecka zbyt dobrze, bo do tej pory Ewa jak lwica broniła syna przed ojcem. Widziałam go zaledwie kilka razy, dlatego byłam trochę zaskoczona, że mały zachowuje się tak spokojnie. W końcu byłam dla niego zupełnie obcą osobą... Pewnie instynktownie wyczuł, że lubię dzieci i nie zrobię mu żadnej krzywdy. Maluchy jakoś zawsze wiedzą takie rzeczy.

Dziwiłam się Ewie, że mogła tak zwyczajnie porzucić własnego synka. Pomyślałam, że to naprawdę podłe babsko - i w dodatku bez serca! Nieprzychylne zdanie Adama na jej temat nie było ani trochę przesadzone. Okazało się, że to kobieta oschła i niemiła, a do tego skoncentrowana wyłącznie na sobie.

Filip nie chciał niczego przełknąć, a ja nie miałam zamiaru zmuszać go do jedzenia. Dałam mu jedynie coś do picia, umyłam i po chwili leżał już w wielkim łóżku w naszej sypialni. Starałam się za wszelką cenę zachować spokój, bo bałam się, żeby nie zaczął płakać. Wydawał się taki malutki i zagubiony, aż serce mi się krajało na ten widok.

W oczach chłopca czaił się głęboki smutek... Nigdy nawet nie podejrzewałam, że dziecko może mieć tak poważne spojrzenie. Usiadłam przy nim i zaczęłam opowiadać bajeczkę, ale zanim dobrnęłam do końca, Filip zasnął...

Dzieciak nie wyglądał na szczęśliwego i pewnie nie było mu lekko. Tym bardziej, że Ewa związała się ostatnio z jakimś niesympatycznym facetem, jak kiedyś opowiadał mi Adam.

Zrobiło się bardzo późno, dlatego postanowiłam, że dopiero rano powiadomię męża o przyjeździe Filipka.

Ale się zdziwi! Wiedziałam dobrze, że kocha małego nad życie, lecz niestety nieczęsto go widuje. Ta jędza robiła wszystko, żeby go ukarać - nie wiadomo za co. Chyba jedynie z powodu swojego złego charakteru i wrodzonej złośliwości.

Kiedy następnego ranka zawiadomiłam Adama, był wyraźnie zdumiony i zdenerwowany.

- Co za wyrodna matka z tej kobiety! - prychnął do słuchawki. - Jak tak można?! Przyśpieszę swój powrót do domu, Marzenko. Tak mi przykro...

- Ależ nie ma sprawy! Nie przejmuj się - odparłam łagodnie. - Z przyjemnością zajmę się dzieckiem. Dzwoniłam już do pracy i wzięłam sobie tygodniowy urlop. Nikt nie jest niezastąpiony.

- Dzięki, kochanie - odetchnął z ulgą. - Co ja bym bez ciebie zrobił?

- Drobiazg.

Pracowałam na pół etatu w biurze podróży, a szefem był mój kolega ze studiów. Z uwagi na stan zdrowia musiałam się oszczędzać... Nigdy nie pracowałam w pełnym wymiarze godzin.

Nie mogłam powiedzieć złego słowa o małym Filipku, bo był naprawdę wyjątkowo grzeczny. Bez szemrania spełniał wszystkie moje polecenia i nie sprawiał najmniejszych kłopotów. Szybko minęły cztery dni i pojawił się Adam...

Filip wybiegł na spotkanie ojca i zaraz utonął w jego ramionach. Widziałam, jak na małej buzi po raz pierwszy zagościł uśmiech, a w oczach dziecka pojawiła się prawdziwa radość.

- I dobrze się stało, że Ewa go tutaj przywiozła - powiedział mój mąż, gdy mały poszedł się bawić. - Nie mogłem już tego  znieść... Stale traktowała go jak popychadło. Zemściła się już dostatecznie, więc teraz przestał być jej potrzebny. Co za okropna kobieta!

Kręciłam głową z niedowierzaniem. Jak to możliwe, żeby niewinne dziecko stało się kartą przetargową w osobistych rozgrywkach rodziców? To mi się zwyczajnie  nie mieściło w głowie. Wolałam jednak nie wygłaszać swojej opinii i nie dolewać oliwy do ognia. Adam był wystarczająco wstrząśnięty i poruszony całą tą nieprzyjemną sytuacją.

- Wiesz, Marzenko... - odezwał się po chwili. - Już od jakiegoś czasu chciałem zabrać Filipka do nas. Nie jestem ślepy. Zauważyłem, że Ewie wcale na nim nie zależy... Ma nowego kochanka i teraz on jest najważniejszy. Nie wiedziałem tylko, co ty na to powiesz...

- Ależ co tu mówić? Przecież to twoje dziecko!

- I nie miałabyś nic przeciwko, żeby zamieszkał z nami?

Poczułam, jak coś mnie ścisnęło za gardło, a łzy same napłynęły do oczu.

- No coś ty?! - zawołałam wzruszona. - Tak samo jak ty pragnę, żeby Filipek był szczęśliwy i czuł się bezpiecznie. Wychodząc za ciebie, wiedziałam przecież, że masz syna...

Adam zbliżył się, po czym przygarnął mnie do siebie i czule pocałował.

- Wspaniale - wyszeptał uradowany.

Przez kolejne dni Filip zmieniał się na naszych oczach. Z cichutkiego, nieszczęśliwego, zamkniętego w sobie dziecka przemienił się w wesołego i wygadanego urwisa. Wszystko go interesowało, a buzia mu się nie zamykała. Czasem nie mogłam go wprost poznać, tak bardzo nie przypominał już zalęknionego dziecka, które Ewa przywiozła nam zaledwie kilka tygodni temu. Często siadał przy kuchennym stole, pogryzając chipsy lub ciasteczka, i mówił, mówił bez końca. Kiedyś Adam podarował mu wielkiego kudłatego misia, a Filip przytulił się mocno do zabawki i roześmiał się w głos.

- Naprawdę myślałem, że już nigdy nie usłyszę jego śmiechu! - cieszył się Adam.

A potem chwycił małego, potargał mu włosy i długo kołysał w ramionach. Obaj byli szczęśliwi, a ja ukradkiem otarłam łzy, nad którymi trudno mi było zapanować ze wzruszenia.

Westchnęłam przy tym głęboko, gdyż przypomniałam sobie, że nigdy nie będzie mi dane posiadanie własnych dzieci. Od urodzenia borykam się z poważną wadą serca i ciąża jest absolutnie wykluczona. Myśleliśmy nawet z mężem o adopcji, lecz na razie odłożyliśmy te plany na dalszą przyszłość.

To dziwne, ale od samego początku pokochałam Filipka jak własnego syna... Z pewnością stało się tak głównie dlatego, że bardzo kochałam Adama...

- A kiedy będę musiał wrócić do mamusi? - pewnego dnia zapytał niespokojnie Filipek.

Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.

- A chciałbyś, synku? - Adam był wyjątkowo poważny. - Tęsknisz za mamą?

- Nie... - mały zastanawiał się przez chwilę, śmiesznie przechylając główkę. - Wcale za nią nie tęsknię. Nic a nic - dodał już pewniej.

Kiedy leżeliśmy już w łóżku, a Adam przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć, usłyszeliśmy, jak Filip nagle głośno zapłakał. Pobiegliśmy oboje do sąsiedniego pokoju, ale nic złego się nie działo. Najwyraźniej coś mu się przyśniło. Przeżywał pewnie na swój dziecięcy sposób poważne problemy, których nie oszczędzali mu dorośli...

- Wolałbym, żeby mały nie wracał już do Ewy - oznajmił mąż następnego dnia. -  Był tam bardzo nieszczęśliwy, szczególnie odkąd związała się z tym Robertem.

- Pewnie masz rację - odparłam smutno. - Dopiero przy nas odżył.

Sytuacja wyjaśniła się, kiedy pewnego wieczoru Ewa wpadła jak burza do naszego domu. Wyglądała, jakby bardzo jej się spieszyło.

- No, jak tam sprawował się twój synalek?! - zawołała już od progu.

Filipek nie wybiegł jej na spotkanie. Przestraszony przycupnął w kąciku naszej kuchni. Na jego twarzy i w oczach malował się strach.

- Dobrze - odparł chłodno Adam. - Ale mogłaś chociaż uprzedzić, że po niego przyjedziesz...

- Co takiego? Ja, matka, muszę się zapowiadać?! Nie żartuj!

"Co za bezczelna baba", pomyślałam natychmiast ponuro.

- Szczerze mówiąc - oświadczył zimno Adam - nie zgadzam się, żebyś zabrała dziecko.

Zdumiona Ewa wytrzeszczyła oczy i uśmiechnęła się nieszczerze.

- To się dobrze składa - zaszczebiotała. - Wiem, że tutaj będzie mu lepiej. Nie jestem chyba najlepszą matką... Za miesiąc wyjeżdżamy z Robertem na dłużej, a mały i tak nie mógłby z nami pojechać, więc... Bardzo mi ułatwiłeś sprawę, Adam - dodała za moment przymilnie.

Byłam naprawdę wstrząśnięta tym, że Ewa po prostu nie chciała synka. Wcale go nie kochała! Potrzebny był jej tylko, żeby odegrać się na Adamie. Powiedziała również, że jeszcze przed wyjazdem podpisze w sądzie stosowne dokumenty, ponieważ zrzeka się całkowicie prawa do opieki nad dzieckiem...

- Powinienem być wściekły - oświadczył mąż, gdy wyszła. - Jednak przepełnia mnie tylko wielka, niczym niezmącona radość. Mamy wreszcie nasze upragnione dziecko, Marzenko! Filipka już nikt nam nie odbierze!

Pokiwałam głową z zadowoleniem, myśląc, że tak będzie najlepiej dla dziecka.

- Filip! - zawołałam do chłopczyka zachrypniętym z emocji głosem. - Zostaniesz u nas na zawsze!

- Naprawdę? - jego drobną twarz rozjaśnił uśmiech

Mały przytulił się do mnie bardzo mocno, a ja poczułam ogromne szczęście, że w końcu jednak zostałam mamą...

 Marzena L., 35 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje