Mama z dziecięcego obrazka

Nieduży, okrągły stół i wokół cztery krzesła, to już całe umeblowanie małego pokoiku pomalowanego na zielono. Na ścianach przypięte są dziecinne obrazki, zupełnie podobne do tych, które Marcin robił dla mnie. Mam ich pełną szufladę. Maryś i mama grają w chińczyka, Maryś i mama jadą na rowerach, Maryś i mama idą za rękę na spacer, Maryś i mama, Maryś i mama?

Boże, jak on tego pragnął! I jak to teraz boli!

Reklama

Spoglądam na zegarek, czekam dopiero pięć minut. Czas mi się dłuży. "Co będzie za chwilę, co sobie powiemy, jak on zareaguje, jak ja"?

Kiedy piętnaście lat temu mój synek przyszedł na świat, zdawało mi się, że otrzymałam od losu najcudowniejszy podarunek! Maleńka, różowa istotka, kwiląca na moich rękach była tak bliska mojemu sercu, jak nikt nigdy wcześniej. Cała należała do mnie, a ja do niej. Chciałam ją pieścić i dbać o nią, dając jej wszystko, co tylko będzie w mojej mocy.

Nie przypuszczałam, że moja radość i duma z synka tak łatwo się poddadzą. Tak szybko ulegną zmęczeniu i znużeniu.

- Pomóż mi trochę - półżywa z niedosypiania prosiłam nocami męża, by wstał choć raz do naszego dziecka.

Byłam tak wyczerpana ciągłym płaczem Marysia, nocnym przewijaniem go i podawaniem butelki, że pokój wirował mi przed oczami. Chwilami zdawało mi się, że zasnę na stojąco, gdy sprawdzałam, czy butelka nie jest za gorąca.

- Przecież pracuję! - burczał mój mąż. - Zarabiam na ciebie i dziecko, przez dwanaście godzin siedzę za kółkiem! Czego jeszcze będziesz od mnie żądać? - złościł się, że gdy go budziłam.

Milkłam i wlokłam się do łóżeczka synka, którego kochałam i nie znosiłam jednocześnie. Już wcale nie wydawał mi się taki zachwycający. Przeciwnie, był jak jemioła na drzewie - zdawał się wysysać ze mnie ostatnie soki i siły.

Dzień nie przynosił mi wypoczynku. Wypełniało go pranie pieluch, mycie butelek i gotowanie zupek. Żadnej zmiany w tej potwornej, sennej monotonii, żadnej ucieczki od tego, choć na chwilę. Wyrzucałam sobie, że tak szybko straciłam zapał do radosnego gaworzenia dziecka i jego wciąż wyciągających się w moją stronę rączek, ale nic na to nie mogłam poradzić. Tęskniłam za skrawkiem wolności i oddechu od codzienności.

- Co z ciebie za matka, że nie cieszy cię macierzyństwo? - gderał mój mąż, układając się po pracy na kanapie.

Był taksówkarzem. Zaczynał pracę o siódmej rano, kończył wieczorem i uważał, że ma prawo być wykończony. Ja nie miałam odpoczynku nigdy. Próbowałam mu to jakoś tłumaczyć, ale nie rozumiał. Nic nie wiedział ani o macierzyństwie, ani o opiece nad takim maleństwem. Gniewały mnie jego bezmyślne opinie i coraz częściej dochodziło między nami do kłótni.

W końcu się rozstaliśmy.

Kiedy Maryś miał dwa latka, moja mama przeszła na emeryturę. Uznałam, że to wspaniałe zrządzenie losu, żebym poszła do pracy. Mama z radością zajęła się wnusiem, a ja mogłam nareszcie wrócić między ludzi.

Znalazłam etat w biurze firmy sprzedającej sprzęt medyczny. Firma się rozwijała, nie raz trzeba było zostawać po godzinach albo przychodzić w weekendy, ale mi to nie przeszkadzało. Przeciwnie, bardzo cieszyłam się, że wreszcie wyszłam z zaklętego kręgu pieluszek, smoczków i gryzaczków.

Nareszcie wróciło moje poczucie własnej wartości. Naprawdę odżyłam.

- Na panią nasza firma zawsze może liczyć - chwalił mnie szef, a mnie to mobilizowało do jeszcze większych wysiłków i poświęcenia.

Na szczęście Maryś był cały dzień pod opieką babci, więc nie musiałam gnać po pracy na złamanie karku ani liczyć nerwowo każdej minuty nadprogramowo spędzonej w firmie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje