Tata chętnie swata

W autobusie pewien starszy pan składał mi matrymonialne propozycje. Ale czy w swoim imieniu?

Autobus zajechał na przystanek i tłum od razu ruszył szturmem do jego drzwi. Ja również, bo nie miałam ochoty stać trzy godziny w drodze z rodzinnej miejscowości do Warszawy, gdzie pracowałam.

Reklama

- A pani to pewnie na randkę się tak spieszy, co? - zagadnął mnie jakiś starszy mężczyzna, którego niechcący trąciłam łokciem.

- Nie, nie na randkę - rzuciłam.

Z ulgą klapnęłam w końcu na jedno z ostatnich wolnych miejsc.

- A pani też do Warszawy? - facet usadowił się obok mnie.

- Tak - gapiłam się w okno.

- Taka ładna dziewczyna na pewno ma dzisiaj randkę! - odezwał się po chwili milczenia.

- Nie mam. Niby czemu mam mieć? - spojrzałam na niego bez sympatii. Też mi się trafił podrywacz! Starszy od mojego ojca. Trzeba było szybko go spławić.

- No, przecież dzisiaj walentynki! Więc mówi pani, że jest samotna? - sapnął z zadowoleniem.

- Przepraszam, ale to chyba nie pana sprawa - uśmiechnęłam się grzecznie, choć nie znosiłam wścibstwa. Wyciągnęłam z torby książkę i zaczęłam czytać.

- Od razu zauważyłem, że dziewczyna inteligentna - pokiwał głową starszy pan, patrząc na okładkę. - Wie, co dobre. Też lubię tego pisarza. A można wiedzieć, gdzie pani pracuje?

Miałam ochotę odpowiedzieć, że nie jego zakichany interes, ale nie potrafiłam być niemiła.

- Jestem nauczycielką - odparłam.

- Ach, to świetny zawód dla kobiety! Tyle wolnego czasu, żeby zająć się ciepłem domowego ogniska!

- Bardzo się pan myli. Widać, że nie ma pan pojęcia o pracy nauczyciela.

- Nie mam, ale bardzo chciałbym się czegoś na ten temat dowiedzieć!

- Przykro mi, ale jestem zajęta - zagłębiłam się w lekturze.

- Niech się pani mnie nie boi! Ja niegroźny jestem. Mam na imię Antoni. A wie pani, że ja znam pani rodziców?

- Czyżby? - nie dowierzałam.

- Z Waldkiem chodziłem do rolnika. Może coś o mnie opowiadał?

- Przykro mi, ale nie.

- Dawno temu wyprowadziłem się do Warszawy. Teraz brata często odwiedzam, o starych znajomych wiem wszystko. A pani tatuś to cudowny człowiek! Takiego teścia mieć! - uśmiechnął się chytrze i patrzył na mnie dziwnie.

- Co też pan! - obruszyłam się.

- Niech mnie pani źle nie zrozumie! Poklepał mnie po kolanie!

- Staram się - strąciłam jego rękę.

- Ja się niedawno z Waldkiem widziałem i mówił, że pani nie ma narzeczonego! Mówił, w tej Warszawie, to wszyscy tak byle jak żyją. Tylko kariera, praca... A to, co najważniejsze, gdzieś się gubi, gdzieś ucieka. A przecież prawdziwe szczęście można tylko w małżeństwie odnaleźć! Wiem, bo wdowcem jestem od pięciu lat. Małżeństwo cud-miód, a samotność straszna rzecz! - westchnął. - Pani pewnie też doskwiera? Młoda pani, ale jednak czas ucieka! Dlatego chciałbym pani zaproponować dzisiaj randkę! Co pani będzie sama w walentynki siedzieć? - walnął prosto z mostu.

- Nie jestem zainteresowana - mruknęłam. Byłam w szoku! "Będę musiała z ojcem pogadać na temat jego koleżków. Co za bezczelność!", pomyślałam. Miałam ochotę się przesiąść, ale nie było już wolnych miejsc. Zerknęłam na zegarek. "O Boże, jeszcze dwie godziny z tym człowiekiem!", pomyślałam.

- Bo wie pani, że ja mam syna w pani wieku? - nie zrażał się. - No, może trochę starszy jest.

- Mnie tacy dojrzali mężczyźni nie interesują - delikatnie starałam mu się wyperswadować dziwne myśli.

- Woli pani młodszych? - pokiwał smętnie głową. - Słyszałem, że teraz taka moda. Świat się do góry nogami przewraca! Ja tam uważam, że mąż powinien być starszy od kobiety.

- Być może, ale to chyba jednak za duża różnica wieku, nie sądzi pan? Naprawdę nie jestem zainteresowana - ucięłam dyskusję. Pan Antoni posmutniał i w końcu zamilkł na dobre. A ja miałam spokój aż do Warszawy. Na dworcu mój spokój zburzył pewien przystojniak, którego dojrzałam już przez okno. Pozazdrościłam kobiecie, na którą czekał. Jakież było moje zdumienie, gdy ucałował się serdecznie z panem Antonim i wziął od niego walizkę!

- To właśnie ten mój syn - zaczepił mnie pan Antoni na odchodnym.

- Miło mi - zaczerwieniłam się.

- Jareczku, chciałem cię umówić z porządną dziewczyną z naszego miasteczka, ale, niestety, ona woli młodszych - westchnął pan Antoni.

- Proszę się nie przejmować - zwrócił się do mnie Jarek. - Tato jest mistrzem wpędzania ludzi w zakłopotanie.

- Jestem, przyznaję - odezwał się pan Antoni. - Ale w ramach zadośćuczynienia możemy zaproponować pani podwiezienie. Pani też na Ursynów? - nie miałam pewności, skąd o tym wiedział, ale podejrzewałam, że od ojca. Pan Antoni od razu władował się na tylne siedzenie samochodu i rzucił:

- Ja się zdrzemnę, bo zmęczony jestem. A wy sobie pogadajcie!

- Mam nadzieję, że tatuś nie nagadał o mnie głupot? - zagaił Jarek, gdy starszy pan zaczął głośno pochrapywać.

- Nie. Szczerze mówiąc, w ogóle niewiele o panu opowiadał. Raczej o sobie. Przynajmniej ja tak myślałam - zaczęłam się śmiać z całej sytuacji i tego, że wzięłam pana Antoniego za podstarzałego podrywacza, a on tylko szukał sobie synowej. Cóż, trzeba przyznać, że choć robił to w irytujący sposób, udało mu się. Gdy jechaliśmy na Ursynów, większość czasu stojąc w korkach, mieliśmy z Jarkiem szansę nieco się poznać. Ale tego było nam mało, umówiliśmy się jeszcze na wieczór. A że były walentynki, znalezienie wolnego miejsca gdziekolwiek graniczyło z cudem.

- Jeśli ci to nie przeszkadza, możemy pojechać do mnie - zaproponował Jarek. - Mam pyszne lody! - zachęcał. Choć nieszczególnie musiał. Wieczór udał się wyśmienicie, jak i 364 kolejne, które spędziliśmy razem. A następne walentynki, spędziliśmy... osobno. Ja za to tradycyjnie - z panem Antonim. Ponieważ Jarek nie mógł, odwoziłam staruszka do sanatorium. Teraz zawsze go wożę, byle tylko nie jeździł autobusami, bo jeszcze przyszłoby mu do głowy szukać kolejnej kandydatki na synową. A na to nie mogę pozwolić. Jaruś jest mój!

Jolanta

Imiona bohaterów zostały zmienione

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje