To tylko zły sen

Odkąd pamiętam, wrześniowe weekendy spędzałam u dziadków na wsi. Nawet teraz, choć nie byłam już małą dziewczynką, uwielbiałam tu przyjeżdżać, żeby zregenerować siły przed rozpoczęciem roku akademickiego.

Tamten piątek zapowiadał się naprawdę wyjątkowo. Kiedy wysiadłam z autobusu, tuż koło domu moich dziadków, słońce przyjemnie rozgrzewało skórę, a błękitne niebo wręcz zapraszało do spacerów po lesie. Miałam przy sobie tylko lekki plecak i ogromną chęć, by rozprostować kości. Kultura wymagała, by najpierw przywitać się z dziadkami, ale zdrętwiałe od godzinnej jazdy mięśnie wzięły górę nad dobrym wychowaniem.

Reklama

"Pójdę tylko na chwileczkę", zdecydowałam i wkroczyłam w tę oazę spokoju pełną starych drzew, rozśpiewanego ptactwa i najsmaczniejszych grzybów na świecie. Przypomniało mi się, że gdy byłam mała, babcia zawsze powtarzała mi: "Trzymaj się ścieżki! To niebezpieczny las". Ale gdy patrzyłam na ten bajkowy krajobraz, naprawdę trudno było mi w to uwierzyć. Rozejrzałam się uważnie i dostrzegłam prawdziwka. Ukrywał się w gęstwinie tuż za ścieżką. "Babcia się ucieszy", pomyślałam i ruszyłam w jego kierunku. Kawałek dalej zauważyłam następnego, a potem kolejnego. Przedzierałam się przez krzewy i zmurszałe konary drzew, by zebrać jak najwięcej. Najpiękniejsze okazy rosły jednak z dala od ścieżki, którą wolałam mieć na oku.

"No dobra, głębiej nie wchodzę", postanowiłam i wtedy jakieś trzy metry dalej dostrzegłam imponujący kapelusz dorodnego prawdziwka. Gdy się do niego zbliżyłam, zrozumiałam, że coś jest nie tak. Tu, we wnętrzu lasu, niebo zasłaniały gałęzie drzew, ale narastający szelest liści nie wróżył niczego dobrego. Wsadziłam swą zdobycz do plecaka i ruszyłam w kierunku ścieżki. Zdążyłam zrobić zaledwie parę kroków, gdy poczułam na twarzy pierwsze krople deszczu. "Nie jest dobrze", pomyślałam i przyspieszyłam.

- Aaaaaaaaaaaaaaa! - wrzasnęłam nagle, bo silny poryw wiatru przewrócił starą sosnę, która runęła z hukiem, barykadując mi drogę.

Drzewo było zbyt grube i mokre, żeby po nim przejść. Zdałam sobie sprawę, że będę musiała nieco zboczyć z kursu. Musiałam być bardzo ostrożna, bo podczas ulewy las zmienił się w uroczysko. Wystarczył jeden nieostrożny ruch, a noga grzęzła w miękkiej, mokrej ziemi.

Ostrożnie skręciłam w lewo. Szłam coraz szybciej, ale ścieżka, do której już dawno powinnam dotrzeć, wciąż była poza zasięgiem mojego wzroku. Serce biło mi jak szalone. "Czy to możliwe, że zboczyłam z drogi? Nie... Przecież byłam ostrożna!", przekonywałam samą siebie, czując jak mokre pasma włosów przyklejają mi się do skóry i karku. Zaczęłam biec...

- Ratunku! Pomocy! - wrzeszczałam, ale nie wskórałam niczego, poza wypłoszeniem kilku ptaków.

Nagle poczułam, że tracę grunt pod nogami. Spróbowałam się zatrzymać. Ostatnim desperackim ruchem chwyciłam gałąź drzewa. "Trach", usłyszałam ze zgrozą, gdy gałązka złamała się, a ja stoczyłam się za krawędź stromego zbocza.

Obudził mnie tępy ból w lewej skroni i zapach wilgotnych liści. Z trudem usiadłam i wysiliłam wszystkie zmysły, żeby zorientować się, gdzie właściwie jestem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje